Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

sobota, 28 lipca 2012

Moje dzisiejsze odkrycie...

Małgorzata Hillar

RECENZJE

Czy można umrzeć z miłości?

Nie można. Nie warto. To się tylko tak mówi w chwilach przesadnych uniesień. To się tylko tak pisze w nienajlepszej prozie i w egzagerowanych wierszach. Ale to się także utrwala w przekazywanych przez pokolenia mitach, które są wieczną tęsknotą do Wiecznego Uczucia. W wielkiej literaturze umiera się nie z miłości, ale z jej niespełnienia, z rozczarowania, z rozpaczy. Tristan i Izolda, Romeo i Julia, młody Werter i Julian Sorel, Anna Karenina i Emma Bovary - giną z Miłości Niemożliwej, niszczonej nie tylko przez wrogi jej świat, ale i przez małość, zmienność natury ludzkiej. Są tacy, których zabija śmierć miłości.
Do nich należała Małgorzata Hillar, poetka debiutująca w roku 1957 zbiorem liryków „Gliniany dzbanek”. Miała wówczas 21 lat. W rok później wznowiono ten tomik, w 1959 ukazał się zbiorek „Prośba do macierzanki”, w 1961 „Krople słońca”, w 1967 „Czekanie na Dawida”. Czytano te wiersze jako wyrazisty głos kobiety, która chciała żyć i pisać namiętnie, frenetycznie, radośnie i boleśnie. To nie było typowe dla dziewczyn z tamtych lat, dla pokolenia, które Hillar tak przedstawiła w swoim najbardziej znanym wierszu: „My z drugiej połowy XX wieku: " ... wstydzimy się / miękkich gestów / czułych spojrzeń / ciepłych uśmiechów / Kiedy cierpimy / wykrzywiamy lekceważąco wargi / Kiedy przychodzi miłość / wzruszamy pogardliwie ramionami / Silni cyniczni / Z ironicznie zmrużonymi oczami/ Dopiero późną nocą / przy szczelnie zasłoniętych oknach / gryziemy z bólu ręce / umieramy z miłości”.
Było jej sądzone ginąć z miłości, z jej utraty, z braku - przez wiele następnych lat, umarła w Warszawie w maju 1995 roku, samotna, chora, walcząca desperacko z alkoholizmem, będącym jej dążeniem do samo zatraty. Wciąż liczyła na ocalenie, zapowiadała nowy tom poetycki „Wiersze do Dawida” (jedynego jej syna), zdążyła jeszcze napisać autorski wstęp do tomiku o wymownym tytule: „Gotowość do Zmartwychwstania”, wydanego już pośmiertnie. Mamy okazję do spotkania z tą niezwykłą osobą i poetką, ukazał się właśnie doskonały szkic monograficzny „Małgorzata Hillar”, napisany ze znawstwem i z czułością przez Agnieszkę Nietrestę. Prawie zapomniana poetka okazuje się bardzo nam bliska.
                  

Helena Zaworska
(źródło: Czytelnia.onet.pl, 2004-01-28)

-----------------------------------------------------

PS. Zachęcona recenzją pani Heleny Zaworskiej, kupiłam tę monografię właśnie na Allegro i niecierpliwie będę czekać na jej dostawę.

                                                               Anna Strzelec
                         

środa, 25 lipca 2012

MAŁGORZATA HILLAR - poetka zapomniana?

Od kilku dni myślę o napisaniu o Niej postu...

O poetce polubionej przeze mnie już w czasach studenckich. Gdy w Liceum Ogólnokształcącym wraz z maturą, opuściłam okres Romantyzmu i Pozytywizmu, nadszedł czas, by zaczytać się w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Juliana Tuwima, Konstantego I.Gałczyńskiego, Małgorzaty Hillar i innych... Jakże trudno wymienić wszystkich poetów, których wydane tomiki wierszy za ostatnie złotówki wysupłane ze studenckiej kieszeni kupowałam i czytałam z zachwytem. Przetrwały do dziś i mają swoje szczególne miejsce na moim regale...


 Mówisz
słowa nie wyrażą

Patrzę na ciebie
ze smutkiem

Ja znam słowa
które jak atropina
rozszerzają źrenice
i zmieniają kolor świata

Po nich
nie można już odejść
Czy mogę dać ci siebie
jeżeli nie umiesz powiedzieć
co czujesz
kiedy oddaję ci usta

                                  ( Małgorzata Hillar - Czy mogę )


Mam w ręce tomik wierszy Małgorzaty Hillar, ostatni zbiór, który sama przygotowała. Z obszernym, wzruszającym wstępem napisanym również przez Poetkę.

Jest to wydanie pośmiertne, które ukazało się w 70. rocznicę urodzin Małgorzaty Hillar. Spółdzielnia Wydawnicza Anagram 1995 rok -  "Gotowość do Zmartwychwstania".

Tyle wokół nas ludzi tworzących, blogujących, piszących wierszem i prozą o miłości, strachu dzieciństwa, macierzyństwie, cierpieniu i nadchodzącej starości...

Przypominam dziś sylwetkę Małgorzaty Hillar, aby jej wzruszająca twórczość nie zaginęła w tłumie ludzi czytających i piszących... 

Miłość


Jest czekaniem
na niebieski mrok
na zieloność traw
na pieszczotę rzęs

Czekaniem
na kroki
szelesty
listy
na pukanie do drzwi

Czekaniem
na spełnienie trwanie
zrozumienie

Czekaniem
na potwierdzenie
na krzyk protestu

Czekaniem
na sen
na świt
na koniec świata


Dobrze pamiętam, że są to pierwsze wiersze Jej autorstwa, z którymi dawno temu się zetknęłam, a one poraziły mnie prostotą wyrazu i zawartym w nich sensem uczucia. ( Ze zbioru wydanego w 1961 roku pt. " Krople słońca")


Poziomka

Gdybyś był blisko
dałabym ci
tę pierwszą poziomkę

Mówiłabym
Weź najmilszy
to jest kropla słońca

Ty jesteś daleko
a poziomka ma kształt
łzy

Gdy spodziewałam się mojego pierwszego dziecka, z przejęciem czytałam tomik Małgorzaty Hillar: "Czekanie na Dawida" ( wydany w roku 1967, wyd.Iskry ), poświęcony oczekiwaniu na syna, macierzyńskim uczuciom i niepokojom. Debiut książkowy nastąpił jednak dużo wcześniej. Był to "Gliniany dzbanek" wyd.Iskry 1957 rok, z ilustracjami Mai Berezowskiej, a za nimi ukazały się następne: " Prośba do macierzanki", "Erotyki", "Krople słońca". Za "Gliniany dzbanek" otrzymała w 1958 roku nagrodę Stowarzyszenia Księgarzy Polskich.

Jej wiersze tłumaczone na język rosyjski, niemiecki, francuski, czeski i słowacki, serbo-chorwacki, słoweński i białoruski były publikowane w antologiach i czasopismach literackich. Sama, oprócz poetyckiej twórczości, zajmowała się także przekładami, najczęściej z języka rosyjskiego, między innymi wierszy Anny Achmatowej i Belli Achmaduliny oraz młodych poetów kubańskich.

W 1960 roku poetka wyszła za mąż za Zbigniewa Bieńkowskiego, poetę, tłumacza, romanistę i krytyka literackiego, zostając jego trzecią żoną.

W czasie Warszawskiej Jesieni w 1971 roku zostały premierowo wykonane do muzyki kompozytora Tadeusza Bairda jej "Erotyki".

Inne usta --
Chwila --
Noc bez ciebie --
Wspomnienie twoich rąk --
Czerwona klamra --
Prośba do macierzanki.

Niestety, nie znałazłam żadnego  linku na youtube, by móc go w tym miejscu przytoczyć.
W latach 1967- 1969 poetka przebywała wraz z mężem na stypendium w USA...

Jaka była Ona, która od dziecka pragnęła matczynego uczucia i akceptacji, erotyczna i zniewolona miłością do mężczyzny, zafascynowana macierzyństwem, przerażona możliwymi skutkami wybuchu w Czernobylu?...

Na pierwszej stronie tomiku wierszy, o którym piszę:

"Gotowość do Zmartwychwstania" - czytam napisane przez Nią szokujące słowa wstępu:

" Dwadzieścia lat minęło odkąd umarłam"
"Oto dwadzieścia lat minęło odkąd umarłam, porażona cierpieniem przestałam pisać, mając tak wiele do napisania.
Co prawda, jak to się dzieje wobec osoby świętej pamięci, wydano mi w tym czasie parę wyborów wierszy ( ostatni w 1993) a młode, miłe dziewczyny pisały o mnie pracę magisterską. Kuratorium zaś zadało mój wiersz jako temat maturalny, lecz działo się to wszystko bez mego udziału.
Toteż kiedy mój aktualny wydawca, pan Jerzy Koperski, zaproponował mi przygotowanie wyboru, wraz z nowymi wierszami, a także napisanie wstępu do tego tomiku, niemal się przestraszyłam. Będąc zablokowana emocjonalnie i pełna lęku uznałam to za niemożliwe. Tak minęło od podpisania umowy wiele miesięcy, potem rok, potem półtora, kiedy wreszcie powoli zaczęłam wychodzić z głębokiego dołu zabijającego, niszczącego milczenia. Nie odbywało się to przy pomocy silnej woli, ani walki wewnetrznej. Każda walka wyzwala we mnie demony, więc już dawno słowo to wyrzuciłam ze swego słownika, lecz było to coś w rodzaju przebudzenia - jakby gotowość do zmartwychwstania."

Wstęp pisany przez Małgorzatę Hillar jest dość długi i zawiera jeszcze dwie części: "O niekochaniu i o Matce Bożej" oraz "O poezji kobiecej i o zabijaniu".

Redaktor wyd. Anagram Jerzy Koperski napisał: cyt. Powyższy tekst, to bez wątpienia ostatnie słowa - Manifest Małgorzaty Hillar. Słowa o sobie samej. Inne pozostawiła bez retuszu i sądzę, że w kolejnym wydaniu tej książki i tamte fragmenty przytoczymy, aby czytelnik Jej poezji poznał  ogrom zmagań, dramat w zapisywaniu swojego Ja. Jej rozmyślania nad własną poezją i własnym życiem. (...)

W nocie edytorskiej przeczytałam, że wstęp nie został przez Autorkę dokończony. Nie doszło też do spotkania planowanego na 9 czerwca 1995 z zespołem wydawców Anagramu. Małgorzata Hillar zmarła 30 maja w Warszawie.
Cyt. Jerzego Koperskiego: (...) odeszła bez ostatniej z nami rozmowy, nie doczekała wspólnego zdjęcia, nie przekazała ostatnich decyzji co do kształtu swojego wstępu.(-)
(...) Wrażliwa jak róża, gdy żarzące południe, zamilkła, pozostawiając swój testament poezji dla Ludu, nowatorskiej i niekłamliwej. (...)

Ostatnie strony tomiku zawierają "Wiersze Nowe".
Jako podsumowanie moich dzisiejszych wspomnień, zamieszczam jeden z cyklu S.O.S

Mówisz
Ja jestem

Mówisz
Ja mam świat
swój własny
osobny niezależny

tak skomplikowany
że nie jesteś w stanie
go pojąć

Zbudowałam więc
szczelne drzwi do niego

Nie pukaj
Nie otwieraj
Wstęp wzbroniony
Tobie

Mówisz
Ja mam kobietę
swoją własną
wara ci od niej
i kota mam
możesz mu przynieść rybę
lecz połóż ją na progu

mojego świata

Mówisz
Ja mam czas
swój własny i tej kobiety
któremu ty zagrażasz

I spokój mam
swój własny i tej kobiety
którego nie wolno ci naruszyć

Mówisz
Ja jestem

Mówisz
Ja mam świat
swój własny
osobny niezależny

To prawda
mówię
lecz nie byłoby cię
na tym świecie
gdyby nie ja
synku
     ....................

Źródła: "Gotowość do Zmartwychwstania" Małgorzata Hillar, wyd.Anagram1995, Wikipedia.





środa, 18 lipca 2012

***


 Naprawdę silni ludzie nie tłumaczą dlaczego wymagają szacunku.
Po prostu nie zadają się z kimś, kto im szacunku nie okazuje.

                                                   Sherry Argov

.......................................................................

poniedziałek, 16 lipca 2012

***** :)

"(...) teraz staram się pracować codziennie, wliczając w to weekendy. Oczywiście, nie zawsze się udaje, ale nauczyłam się już, że czasem lepiej odpuścić. Kiedy zaczynam się zmuszać do pisania, moi bohaterowie po prostu odwracają się do mnie plecami i wymownie milczą…" - Kelly Creagh

                                                               Anna Strzelec        
..........................................................................................

środa, 11 lipca 2012

~~~~~~


Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło : i zwyczaje, i święta. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest,by żyć dla powrotu.                                                  
                                                      Antoine de Saint-Exupery


Są ludzie, obiekty, przedmioty, o których myśli się, że czas jest dla nich wyjątkowo łaskawy. Dotyka niezauważalnie, nie pozostawiając po sobie śladu zniszczenia. A jeśli już, to bardzo nieznacznie. Z takim to uczuciem Jeremi stanął przed swoim rodzinnym domem w Antibes... Był, jaki pozostał mu w pamięci. Wiejski, prowansalski z poddaszem i trochę przyniszczoną farbą fasady w kolorze ochry.  Łaciate ślady pomarańczowego koloru nad oknami wskazywały na niedawne, może w porze lata odnawianie. Drewniane okiennice trzymały się dzielnie... Brakowało jednego cyprysu, który rósł po lewej stronie, zaraz za wejściową furtką do ogrodu i jeśli dobrze pamiętał, po prawej stronie w głębi było też kiedyś drzewo platanu, ale jeśli nawet, to miało już prawo ze starości zakończyć swój żywot. Jak wygląda ogród, zobaczę później- postanowił i zadzwonił do wejściowych drzwi.
─ Salut, bonjour Remi!  
Véronique Leraine powitała go z radością i zaprosiła do wnętrza, które też było mu mile znajome. Jakie to dziwne. Zupełnie nie pamiętał, kiedy był tutaj ostatnio, nie potrafił określić dnia, ani okazji, ale wszedł z wrażeniem, że w tym momencie dla niego czas się zatrzymał. Może stanął w miejscu tylko na kilka chwil, bo przecież daleki lot, jaki Jeremi odbył zwiazany był z innym wydarzeniem... Czy powinien teraz rozmawiać z Véronique o Jacquline? Wszystko w odpowiednim czasie - pomyślał wręczając przyniesione wino córce przyjaciółki jego matki. Po chwili siedząc w dawnym, zwanym przez ojca żartobliwie la grande chambre[1] pokoju poddał się  całkowicie nastrojowi, słuchając nowin z rodzinnego miasteczka.

Véronique Leraine śmiała się opowiadając: ─ A wiesz, że na ulicę Grimaldiego przyprowadził się nowy mieszkaniec Antibes. Podobno jest malarzem i pochodzi z Polski. Spotkaliśmy się dwa razy w piekarni. Cóż za cudak!
─ Zaprzyjaźniliście się?─ Jeremi odpowiedział uśmiechem.
─ Może nie aż tak, ale jak na obcego jest bardzo komunikatywny. Przywiózł żubrówkę, spróbowaliśmy jej trochę u niego. Wynajmuje pokój u doktora Santany i chciałby to pomieszczenie przeznaczyć na swoją pracownię. Doktor już się obawia. Wiadomo, starsi ludzie nie lubią zmian. A ja lubię – miał ochotę powiedzieć, ale nie przerywał jej w opowiadaniu.
─ Zaprosiłam go do siebie w przedostatnią sobotę.
 ─ Przyjaźnisz się dalej z Simonem? 
─ Tak, on też przyszedł i spędziliśmy w czwórkę bajeczny wieczór. A w następną niedzielę gotowaliśmy razem i upiekliśmy mięso według przepisu Michaela.
─ Ma na imię Michał?
─ Tak, podobno pochodzi spod Krakowa.                                 

Nie wiadomo dlaczego igła zazdrości ukłuła go w okolicy serca. Zapragnął być znów radosny i mieć bajeczne wieczory, jak oni tutaj. Gotować razem, popijać wino, śmiać się i opowiadać, nawet bzdurzyć i plotkować, byle było znów jego MTW. Smakowało mu wytrawne porto, którym Véronique ponownie napełniła jego szklaneczkę. Rozparł się w skórzanym fotelu przykrytym owczą skórą i obserwował ją, słuchając. Mogła się podobać mężczyznom ta pełna temperamentu kobieta, kilka lat młodsza od niego z resztkami złotawej opalenizny minionego lata, na twarzy i głębokim dekolcie czarnej, trykotowej bluzki, umiejąca opowiadać i śmiać się tak serdecznie. Niezależna, bez pragnienia założenia rodziny i związania się z kimkolwiek. Wolna jak ptak. Poczuł się tym odkryciem dziwnie podniecony, a Véronique opowiadała dalej:
─ Ależ on umie dobrze gotować!
─ Który z nich? ─ zaśmiał się. ─ Michael czy Simon?
─ Misza, oczywiście. Wiesz co robiliśmy? Roladę z piersi kurczaka moczoną w żubrówce! ─ prawie wykrzyknęła. Nadziewaną śliwkami kalifornijskimi i owocami żurawiny.
─ O! Zaraz będę głodny!
─ Zrobię kanapki, tylko ci opowiem.

Pierś kurza musi być oczywiście duża i rozcięta tak, by można było z niej zwinąć roladę. Mięso moczone w wódce - lepiej w żubrówce, suszone śliwki kalifornijskie i żurawiny też mogą być razem marynowane. Owoce i trochę masła położyć na mięso, można jeszcze posmarować trochę sosem imbirowym Tao-Tao, zawinąć wszystko nitką w roladę i piec w piekarniku pod przykryciem w 180 do 200 stopni C, chyba około półtorej godziny. Ach, zapomniałam dodać, że mięso trzeba oczywiście trochę posolić. Po ostygnięciu odwinąć nitkę i roladę pokroić. Można też zamrozić w folii aluminiowej i odgrzewać  z sosem od pieczenia i masłem.
Véronique skończyła opowiadać i wstała.

─ Zmieniłam decyzję, zrobię ci coś pysznego, wypada mi przecież zaprosić cię na kolację ─ powiedziała z kokieteryjnym uśmiechem wychodząc do kuchni.
Pomyślał, że koniecznie musi spróbować tak przyrządzone mięso, o którym ona niesamowicie sugestywnie opowiadała. Ale skąd wziąć jakąś tam żubrówkę?
                                                   
                                                  ***

Kuchnia wyglądała też jak za dawnych lat, gdy królowała w niej jego matka. Stół, komody z drewna, które zachowały swój dobry stan, bez śladów przemijania… W oknie białe firanki z haftem są z pewnością nowe – myślał. Pod drewnianym pułapem wisiały wiązki majeranku, rozmarynu i mięty, oczywiście świeże, z tegorocznego zbioru, a w glinianym wazonie na komodzie stały pachnące bukiety lawendy. Véronique podtrzymywała tradycję domu, który nieformalnie odziedziczyła i ogarnęło go uczucie wdzięczności. Stanął za nią, mieszającą coś na patelni.
─ Co przygotowujesz ? 
─ Robię dla ciebie smażone ziemniaki z ziołami i kawałki łososia sauté. Może być ? I odwróciła się do niego, stojąc tak blisko, że poczuł zapach jej ciała, przytłumiony perfumem, którego nie znał, a ona odłożyła drewnianą łyżkę, którą przewracała krążki ziemniaków i objęła ramionami jego szyję.─ Zostaniesz do jutra ?
To też było do przewidzenia - pomyślał. Pocałowała go w policzek, nie patrząc mu jednak w oczy, a gdy nic nie odpowiadał, odwróciła się do kuchenki i skwierczących na tłuszczu, już zrumienionych ziemniaków.
Poczuł się znów podniecony przebywaniem tutaj, w jego Prowansji, ale trochę inaczej. Pomyślał, że już dawno nie kochał się z kobietą, ale mon Dieu[1], nie chodziło przecież o to, by przespać się teraz z Véronique, albo z Marie-Claire z męskiej potrzeby, hołdując wspomnieniom młodości czy nastrojom chwil...
Stała odwrócona do niego tyłem krojąc obiecanego łososia na kawałki, a on pochylił się, odgarnął jej włosy przykrywające szyję i pocałował. Zanim zdążyła zareagować, powiedział :
─ Non,Véronique, nie zostanę, ale zabiorę ze sobą wspomnienie tego miłego wieczoru i receptę o przyrządzaniu kurzych piersi.
Obróciła się do niego, pogroziła mu drewnianą łyżką i oboje roześmiali się. On, figlarnie, jak psotny chłopak lubiący robić dziewczynom kawały, ona- miał wrażenie, trochę wymuszenie, ale tylko troszkę. Chyba jednak miała na niego ochotę.

Jedzenie było gotowe. Pomógł jej nakryć do stołu, a potem siedzieli razem pod lampą rzucającą pomarańczowe światło, jedli dobrze przyprawioną ziołami rybę z ziemniakami i sałatkę z kilku zielonych liści rucoli skropionych koperkowym dresingiem. Popijając na zakończenie kolacji czerwone wino, Véronique powiedziała :─ Jacques przyleci dziś wieczorem, dzwonił do mnie zanim przyszedłeś. Chce zanocować.
Très bien[2] ─ powiedział, pomyślawszy, że tylko tego brakowało by jego syn go tutaj zastał.
─ Myślałam, że może zostaniecie do Świąt...
To zdanie zdeprymowało go, ale z innego punktu widzenia. Prawie zapomniał, że do Bożego Narodzenia zostały im dwa tygodnie... Im, to znaczy wszystkim, z którymi był związany: rodziną tutaj i tam, podczas, gdy on od kilku dni żyje w takim cholernym zawieszeniu, jak między niebem i ziemią, życiem i śmiercią. Ten czas przypomniał mu jego skok ze spadochronem, który kiedyś w młodości uparł się odbyć, a gdy wyskoczył z samolotu poczuł, że pod kombinezonem poci się ze strachu... bo spadochron mógł się przecież nie otworzyć.
─ Przyznam ci się, że zapomniałem o zbliżających się Świętach, ale... Leni na pewno o nich pamięta.
Wypowiedział zdanie, które dziwnie go uspokoiło. Véronique spojrzała zaciekawiona i zauważył, że nie wie o jego obecnym życiu, nie ma pojęcia o kim Jeremi mówi.
─ Studentka ?
Uśmiechnął się: ─ nie, pisarka z Polski. Mieszkamy razem w Port Jefferson. Nie czuł potrzeby, aby opowiadać jej o Yvonne i dziewczynkach.
Klasnęła w dłonie: ─ no popatrz, Polaków można naprawdę spotkać na całym świecie.
─ Oui, oui, właśnie dla niej chciałbym zabrać twoją kulinarną receptę. Wstał i pomógł jej sprzątnąć ze stolu.─  Napisz mi ją proszę, zaglądnę tymczasem jeszcze na strych.

Pokoje na poddaszu pachniały lawendą i kurzem. Z każdego kąta, wychodziły mu na spotkanie wspomnienia... Niektóre uśmiechały się do niego radośnie, inne znów siedziały pod ścianą z opuszczonymi głowami... O szafę w zamyśleniu oparta gitara... Pewnego lata, w tym pokoju nocowały Jacquline i Marie-Claire. Pojedyńcze tapczany przykryte były kolorowymi patchworkowymi kapami, które szyła jego matka. Cud, że się to wszystko jeszcze nie podarło, w praniu nie rozlazło, tyle lat... myślał głaszcząc kolorowe kwadraty. Wszystko wskazywało na cierpliwą pielęgnację - najpierw matki, później córki z rodziny Leraine. Tylko lustro nad komodą z białym, marmurowym blatem, która pełniła kiedyś funkcję umywalni, pokryły plamy antycznej szarości.
Lustro, lusterko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie ? A lustro zasnuło się czarodziejską mgłą i usłyszał : Véronique jest piękna, ale Leonia jeszcze piękniejsza , ta, która w Port Jefferson mieszka...
─ Przecież wiem ─ mruknął. Naprawdę dziecinnieję. Otworzył szufladkę komody, przetarł kurz zebrany na niegdyś kryształowej powierzchni lustra i czar prysnął. Porcelanowa misa, w której się myli, dzbanek do przynoszenia wody z kuchni na piętro były w doskonałym stanie.
W drugim pokoju, jaki zajmowali z Mattheo pewnego lata, a które to bardzo utkwiło Jeremiemu w pamięci, stały kartony pełne książek i porcelany. Kiedyś ceniona przez jego rodziców, teraz na dole w kredensie i w kuchni stała się - zbędna...
Ożywię, przywrócę was... mówił do siebie cicho, przekładając stare kawałki gazety służące za opakowanie talerzom, serwisowi do kawy, sosjerce w kobaltowe kwiaty, dzbanuszkowi do śmietanki... Ten ostatni postanowił zabrać dla Leonii, wiedząc, że jej się spodoba. Z innego kartonu wybrał jeszcze kilka książek dla dzieci, historyjek bogato ilustrowanych. Już prawie zapomniał o czym opowiadały... Niektóre z nich dostał w prezencie pod choinkę. Jak dobrze, że one znają mój język─ znów mówił do siebie myśląc o Marysi i Marice.
Wyjrzał przez okno. Ogród uszykował się już do zimowego snu... Pociemniało i siąpił deszcz... Z zawiniątkiem pod pachą zszedł na dół i poprosił Véronique o zamówienie mu taksówki. Wymienili jeszcze kilka mało znaczących, pożegnalnych zdań, z których najważniejszym było to, że pozostaną w kontakcie oraz, że jedno z drzew oliwkowych w ogrodzie trzeba będzie usunąć, bo mróz ubiegłej zimy okazał się dla niego mało łaskawy. ─ Dobrze, że tylko jedno... Na wiosnę ─ obiecał. Uściskał Véronique  na pożegnanie, gdy taksówka zajechała przed dom. Wyszedł, ale wrócił za chwilę po tę kurczakową receptę, którą przepisała dla niego i położyła na stole, a on zapomniał zabrać.
Był roztargniony i wzruszony. Deszcz rozpadał się na dobre...
...........................................................................

            Anna Strzelec- Fragment mojej czwartej książki : Okno z widokiem na Prowansję

PS. Jeremiego MTW, to miłość, tolerancja, wierność.
[1]Mój Boże ( franc.)

2] Bardzo dobrze ( franc.)

[1] Wielki pokój (franc.)

niedziela, 8 lipca 2012

LATO...

         Kocham letnie poranki z zapowiedzią słonecznego dnia, bo jak mówiła kiedyś moja wnuczka, powietrze wtedy pachnie kremowo... Świt budzi ptaki, a one zaczynają na wyścigi opowiadać mi swoje sny... Wstaję wcześnie i z kubkiem kawy w ręce cieszę się świadomością istnienia: moich najbliższych i mnie samej. 

Przynoszę laptop, jeszcze jedną kawę i zaczynam pisać kolejne strony czwartej książki, wypełnionej przygodami i marzeniami moich bohaterów o Prowansji. Czytelnicy czekają...



                                                                                                Anna Strzelec  

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty