Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Refleksje Czytelników...


Święta, Święta i... :) 




 Wczoraj rano przeczytałam recenzje, napisane przez moje facebookowe Czytelniczki: 
 Danutę Łeszyk z Poznania i Sylvię Ulanowską ze Strykowa.
I przyjęłam te słowa - sercem pisane, jako bardzo miłe, bożonarodzeniowe podarunki! 
Emotikon heart 
Ponownie - bardzo dziękuję!

Cytuję: 
Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam książkę Anny Strzelec "Marysia, wnuczka Leonii". Jest taka ciepła, pełna miłości, przyjaźni, choć i niespodziewanych, wręcz zaskakujących, zdarzeń.
Czytana przeze mnie w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia, w ich trakcie, a także w momencie, kiedy piętro wyżej kwilą moje malutkie wnuczęta, stała się dla mnie częścią mojego świata, bo wszak i tam, w tej książce, są, m.in., święta, ma się narodzić dziecko, ale przede wszystkim jest ludzka dobroć, życzliwość, spokój, czego, w obecnym czasie, tak nam w Polsce brakuje.
Wykreowane przez autorkę postacie również stały się dla mnie bardzo bliskie. Cieszę się, że młoda bohaterka, tytułowa Marysia, która popełnia błąd, dzięki swojej mądrości, rozwadze, wsparciu najbliższych, potrafi wyjść z całej sytuacji, w zasadzie, zwycięsko.
Bohaterowie wszystkich książek Anny Strzelec mówią językiem pozbawionym wulgaryzmów, co rzadko się ostatnio spotyka, ale nie oderwanym od rzeczywistego, nie jakimś hiperpoprawnym. Są w tym języku różne powiedzenia, są cytaty z innych utworów i zawsze wtedy, kiedy są tam przydatne.
Antoine de Saint - Exupery, Mark Twain, George Sand, Paulo Coelho, Jonathan Carroll, Józef Bułatowicz, Phil Bosmans są autorami, niezwykle trafnych i ponadczasowych, mott do jedenastu rozdziałów.
Reasumując, czwarta część sagi nowojorsko-prowansalsko-polskiej Anny Strzelec jest dowodem na to, ze w życiu można sobie poradzić, zwłaszcza, gdy ma się oparcie w rodzinie.
Koniecznie przeczytajcie: "Wizę do Nowego Jorku", "Okno z widokiem na Prowansję", "Akwarele i lawendy" i oczywiście - "Marysię, wnuczkę Leonii"!!!
Danuta Łeszyk
...............................

Jestem pod wrażeniem spotkania z "Marysią" . Planowałam zostawić sobie tę przyjemność na zbliżające się świąteczne poranki czy wieczory. Dzisiaj rano tylko chciałam przeczytać kilka stron i troszkę pobyć z Leonia i jej bliskimi. Ale losy Marysi były tak fascynujące ,że już byłam na jej koncercie w Nicejskiej katedrze. Wielokrotnie wzruszyła mnie do łez, Płakałam przy jej egzaminie na Akademię Muzyczną w Gdańsku , a przecież tak dobrą uzyskała lokate. Zapomniałam, że czekają jabłka na szarlotkę i mięsko na pasztet. Przeżywałam z Marysią jej radości i trudne chwile. To był piekny dzień! Wielkie dzięki i ukłony dla autorki tej sagi. Dla mnie ostatnia część, czyli "Marysia wnuczka Leonii" była fantastyczna . To jest anidotum na problemy codzienności. 
Polecam i pozdrawiam.
Sylvia Ulanowska

.......................................................................




poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pierwsza recenzja o Marysi :)


Otrzymałam ją dziś i natychmiast, z niewątpliwą przyjemnością

 z Wami się dzielę.




Po przeczytaniu mojej książki, pani Maria Turek napisała:


Kto nie wie, jaki kupić prezent pod choinkę, podpowiadam: tradycyjny, sprawdzony - książkę!
Boże Narodzenie to okazja do obdarowywania się prezentami, do radosnych spotkań w gronie rodziny i przyjaciół, ale również czas spokoju, refleksji i wyciszenia. Wszystko to zapewni  lektura dobrej książki, jaką jest niewątpliwie  nowa pozycja Anny Strzelec pt: „ Marysia wnuczka Leonii”. Polecam ją tym bardziej, że akcja obejmuje częściowo wyjątkowe świąteczne, grudniowe  dni, czas przygotowań pierniczków, barszczu, uszek, choinkowych świecidełek, czas  śpiewania kolęd i snucia wspomnień.

 Bohaterowie są jak żywi ( z wyjątkiem jednej postaci). Przeżywają  nie tylko radości, ale i  kłopoty, które, na szczęście, potrafią  rozwiązywać, kierując się maksymą ks. Twardowskiego: „ kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno". I oni mają pasje, są ludźmi z charyzmą. Z łatwością  można „zarazić się”  od Marysi i  Jacques’a  miłością  do muzyki,  od Mariki nauczyć się  przyjaźni i siostrzanej  miłości, od Jeremiego i Patrycji opiekuńczości i wyrozumiałości, zaś  Leonię   pokochać za  jej  artystyczną duszą i poetycką pasję.   Książka spodoba się każdej dziewczynie, tej nastoletniej, nieco starszej , jak i dojrzałej. Zainteresują się  nią również ci  mężczyźni, dla których największą wartością  w życiu jest rodzina, dom , ciepło, miłość, zaufanie, wierność, umiłowanie tradycji.  Pisarka,  kreując  swych bohaterów,  uświadamia  czytelnikowi uniwersalną prawdę o człowieku, że największym jego pragnieniem  jest kochać i być kochanym.



 Serdecznie dziękuję pani Marii za odebrane, tak pozytywne wrażenia.

Anna Strzelec  




niedziela, 20 grudnia 2015

Konkurs :)


Drodzy Czytelnicy! 

      Ogłaszam konkurs

Emotikon smiledla tych, którzy przeczytali całość 

mojej nowojorsko- prowansalskiej sagi:


Wiza do Nowego Jorku

Okno z widokiem na Prowansję

Akwarele i lawendy

Marysia wnuczka Leonii 



Emotikon heart






Jak myślicie? Uda się? Oczywiście z nagrodami... Emotikon smile

 Kto chciałby wziąć w nim udział?
 Emotikon grin
Czas na odpowiedzi tutaj, na moim blogu
DO 15 STYCZNIA 2016 ROKU.


Jedno, trochę rozbudowane pytanie:
 Emotikon smile
KTÓRA CZĘŚĆ NOWOJORSKO - PROWANSALSKIEJ SAGI PODOBAŁA CI SIĘ NAJBARDZIEJ:
JAKIE WYDARZENIA WZRUSZYŁY CIĘ ORAZ ROZBAWIŁY ?
Nagrody będą oczywiście książkowe.

ZAPRASZAM! 

Anna Strzelec


Emotikon heart

niedziela, 13 grudnia 2015

... :)


Nareszcie znajdę czas na czytanie i łasowanie świątecznych pyszności :)



A moim Czytelnikom  przesyłam bardzo serdeczne życzenia! 




Od jutra!


Nowojorsko - prowansalska saga do nabycia w wersjach: papierowa, e-book, pdf  i na inne czytniki 

w wydawnictwie https://www.e-bookowo.pl/proza/marysia-wnuczka-leonii.html https://www.e-bookowo.pl/proza/marysia-wnuczka-leonii.html



Zapraszamy!



*****************************************************

wtorek, 8 grudnia 2015

Z radością zapraszam...



W tym tygodniu zostanie wydana wersja papierowa mojej najnowszej książki " Marysia wnuczka Leonii ". 
Dla zainteresowanych czytelników będę dysponować dodatkową ilością egzemplarzy. "Marysia" będzie dostępna ok. 15-tego, a ja mogę dla Was podpisać w domu tyle książek, ilu czytelników chce nowojorsko - prowansalską sagę Anny Strzelec czytać... i Wam, ze słodką niespodzianką przed świętami wysłać.


W wydawnictwie: e-bookowo.pl na mojej stronie znajdziecie wszystkie dotychczas wydane moje książki, także w wersji e-booka.


 https://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.html



https://www.e-bookowo.pl/proza/marysia-wnuczka-leonii.html 

https://www.e-bookowo.pl/proza/marysia-wnuczka-leonii.html

Linki odnoszą się do wersji  e-booka, pdf, e-mobile oraz wersji papierowej.



Nowych Czytelników informuję, że "Marysia wnuczka Leonii" 
jest ostatnią częścią mojej nowojorsko-prowansalskiej sagi
 i polecam zapoznanie się z jej całością, aby zaspokoić swoją ciekawość, w myśl zasady: 
- A jaki był początek tej historii?  Zapraszam serdecznie! 








Anna Strzelec - Schuetz

wtorek, 1 grudnia 2015

~~~~~~



  Kilkanaście zdań o mnie...


Zostaną umieszczone na rewersie okładki "Marysi", czyli ostatniej mojej książki 

"Marysia wnuczka Leonii"  

Wczoraj skończyłam ją pisać i wysłałam do wydawnictwa, z którym od lat współpracuję. Znajdzie się w tym roku pod choinką i - mam nadzieję - ucieszy moich czytelników.


A o mnie tak napisano...

Anna Strzelec – pisarka, poetka i publicystka, z wykształcenia – artysta plastyk.
Wieloletni pobyt w Niemczech dostarczył autorce inspiracji do napisania pierwszej książki pt. Tylko nie życz mi spełnienia marzeń, która została przyjęta z dużym zainteresowaniem ze strony recenzentów i czytelników. W krótkim czasie, w ślad za nią ukazał się dalszy ciąg opisanej historii z życia polskich emigrantów: Druga pora życia czyli  jak zabija się miłość.
Pobyt w NY stał się inspiracją do napisania następnych książek. Wiza do Nowego Jorku i Okno z widokiem na Prowansję to powieści o uczuciach, podróżach i rozstaniach, namiętności, przesłaniach z zaświatów, zdradzie i wybaczeniu, a przede wszystkim o niewyczerpanej nadziei.
Czytelnikom, którzy pokochali: Jeremiego – ichtiologa z Prowansji, Leonię – pisarkę, córkę Iwonę i jej dwie, pełne szalonych pomysłów córeczki oraz kilku nowych, niemniej kreatywnych bohaterów – Autorka, wiosną 2014  zaprezentowała trzecią część nowojorsko - prowansalskiej sagi, pt. Akwarele i lawendy.
Jak potoczyły się ich dalsze losy? Czy Maria Dąbrowska miała rację, pisząc: Ani różnica poglądów ani różnica wieku, nic w ogóle nie może być powodem zerwania wielkiej miłości. Nic, prócz jej braku. A czy miłość może być silniejsza od śmierci?
W grudniu 2015 wydana Marysia wnuczka Leonii  to czwarta i ostatnia część nowojorsko – prowansalskiej sagi. Czytelnik poznając historię Marysi, będzie musiał zmierzyć się z trudnymi wyborami bohaterki, jej pierwszym romansem i będzie świadkiem psychologicznego studium przemiany młodej dziewczyny w dojrzałą kobietę.
Anna Strzelec jest także autorką felietonów, recenzji, przeprowadzonych wywiadów z ludźmi literatury i sztuki oraz trzech tomików wierszy: Miłość niejedno ma imię, Cóż wiemy o miłości, Jeszcze raz w podróż... i współautorką tomiku: Gdziekolwiek jesteś… dialogi liryczne. Dwa ostatnie zostały wydane w krakowskim wydawnictwie Miniatura, w latach 2013–2014. W przygotowaniu zbiór wszystkich wierszy autorki.
 Publikuje w miesięczniku: Libertas Miesięcznik Ludzi Wolnych. Od kwietnia 2011 jest członkiem Związku Literatów Polskich.



środa, 25 listopada 2015

Ogłoszenie!!!


DZIEŃ DOBRY 
Emotikon smile Emotikon heart
Mam problem!!!... Emotikon frown Emotikon frown Facebook, internet podobno potrafią wiele...
Otóż: w miniony wtorek 17 listopada, w MC Donaldzie, dworzec Warszawa Centralna, ok. południa rozmawiałam przy kawie z bardzo sympatyczną, młodą osobą, panią Sylwią z małej miejscowości k./Przemyśla. Nasza dość długa pogawędka dotyczyła jej spraw rodzinnych, a moich doświadczeń życiowych i pisarstwa. Przy pożegnaniu dałam jej moją wizytówkę, a ona zapisała mi swój adres na serwetce. Obiecałam podarować jedną z moich książek! W czym problem?
ZAPODZIAŁAM GDZIEŚ SERWETKĘ z ADRESEM PANI SYLWII!
Bardzo mi przykro z tego powodu i jeśli: odwiedziła już mój profil, lub zapisała się ponownie na Fb, bardzo proszę o kontakt! Sylwio! Emotikon smile
Serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie problemów i zdrowia dla syneczka! Emotikon heart

sobota, 21 listopada 2015

Autorskie spotkania i wspomnienia świadków...




Przedwczoraj 18.XI - wspaniały wieczór w gościnnej Coffee Karma, przy Pl.Zbawiciela w W-wie. Kto przybył, ten przeżył niezapomniane chwile.Oprócz znanych już członków rodzin Muszkieterów, przyjaciół i sympatyków naszych spotkań, honorowym gościem był pan Lech Żołnierz-Piotrowski, siostrzeniec Stefana Witkowskiego. Przy wejściu do „Zbawienia” witała warta wrześniowych żołnierzy. Przybył także zaproszony pan Dominik Rettinger , doskonały pisarz i scenarzysta, który odebrał z rąk Jerzego Jerzy Rostkowski historyczny zarys pięciu pierwszych odcinków serialu o działalności i męstwie Muszkieterów. Wielkie zadanie, które już jest w trakcie opracowywania.
Jak zwykle opowiadaniom i dyskusjom nie było końca...
Wspomnienia naocznych świadków są magią wzruszającą słuchaczy... Spieszmy się, bo czas tak szybko ucieka, a wiele jest jeszcze do zrobienia, aby historia była żywa, a pamięć o jej bohaterach - niezaprzepaszczona.






Coffee Karma - przy Placu Zbawienia w Warszawie.
 Trzecie spotkanie z pisarzem Jerzym Rostkowskim, autorem książki "Świat Muszkieterów - zapomnij albo zgiń" i Anną Strzelec - autorką wierszy poświęconych Muszkieterom, członkami rodziny Muszkieterów, przyjaciółmi i sympatykami twórczości historycznej.

Od lewej: Jerzy Rostkowski, Lech Żołnierz - Piotrowski (siostrzeniec komendanta Muszkieterów Stefana Witkowskiego), Andrzej Grzybowski - architekt, arysta, aktor - przyjaciel Mieczysławy Ćwiklińskiej, 

Anna Strzelec-Schuetz.  
 






Dominik Rettinger, Anna Strzelec, Ludwik Plater-Zyberk (syn Ludwika - Muszkietera), Agnieszka Suczyńska-Wąż.

 Z Dominikiem Rettingerem, pisarzem i autorem wielu scenariuszy filmowych i teatralnych. 














 




Historia zawarta we wspomnieniach. To jest magia Coffee Karma i miejsca zwanego "Zbawieniem" .

wtorek, 10 listopada 2015

Już wkrótce!


   Mam nadzieję, że jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia ukaże się moja szósta powieść!
 Wiernym czytelnikom zaprezentuję IV część nowojorsko- prowansalskiej sagi: 
 

   

    




Z  poprzednimi III częściami sagi - nowi czytelnicy mogą się zapoznać w Wydawnictwie: 


https://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.htm

       https://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.html




A także z treścią moich pozostałych utworów.
Zapraszam! 


PS. Dla niecierpliwych :) - fragment:

                       
Nicejska eskapada


Véronique była zadowolona z propozycji wyjazdu do Nicei i możliwości ponownego spotkania Van Loc’a. Poprzedniego dnia Marysia zadzwoniła do Christophera, zwanego czasem Krzysiem, którego poznała podczas niefortunnej przygody na lotnisku w Nicei i tłumacząc swoją nieobecność, zmieniła termin ich podwójnego rendez-vous[1] na jutro. Podobno Van Loc na wiadomość o przyjeździe Véronique bardzo się ucieszył. Od dnia odwiedzin obu panów u Leonii i Jeremiego w Antibes, zrodziły się wzajemne sympatie. Ale cóż, jedna, najprawdopodobniej była skazana na powolne usychanie. Chociaż, kto wie, co naprawdę jest mi pisane – myślała Marysia, bo sytuacja Véronique, długoletniej mieszkanki Nicei i jej znajomość z van Loc’em przedstawiała się bardziej obiecująco. Chyba nadszedł już czas, by opuściła Antibes  i przestała świecić oczami za Jeremim. Tak kalkulując, Marysia zbierała się do wyjścia.
Przed domem czekała już Leonia, która zdecydowała, że odwiezie „panienki” autem na dworzec, tłumacząc tę nadmierną troskliwość kilkoma sprawami nie cierpiącymi zwłoki, w centrum Antibes.
− Nie wracajcie, proszę zbyt późno!
− Zdrowe i trzeźwe – żartowały − nienaruszone! I śmiejąc się, wsiadły do nadjeżdżającej kolejki.
Leonia miała zamiar odwiedzić kilka sklepów w poszukiwaniu dwóch prezentów. Zbliżał się dzień odlotu Marysi, a Leni chciała obdarować wnuczkę i Patrycję, swoją od lat przyjaciółkę, u której przyszła studentka miała zamieszkać. Pamiętała, że kiedyś Patrycja zachwycała się narzutą na łóżko, eksponowaną we francuskim katalogu „Ma Maison”, który do niej Leni wysłała. Nakrycie było uszyte techniką patchworku w  pastelowych kolorach, wśród których dominowały wzory w różyczki. Czy znajdzie jednak podobną? Dla Marysi najchętniej kupiłaby sukienkę, stosowną do wystąpienia na egzaminie, ale nie był to zbyt fortunny pomysł. Powinny same, we dwie wybrać się po zakupy, a czas tak szybko upływał.
                                                             ***
 Tymczasem w Nicei, na peronie dwóch mężczyzn czekało na przyjazd regionalnej kolejki z Antibes.
Peter van Loc nie miał zbyt dobrego humoru. Okazało się, że na dzisiejsze przedpołudnie, sekretarka zaplanowała mu spotkanie z  nową praktykantką, do służby w jego zespole.
Pozostawało mu więc przywitanie Véronique i nie wiedział, jaka będzie reakcja kobiety, na jego propozycję spędzenia  przedpołudnia.
Za to Christopher promieniał radością. Wziął sobie dzień urlopu i jak to miał zwyczaj mówić, dziś mógł być do dyspozycji.
Odnaleźli się na dworcu pełnym okrzyków powitań i radości, bo sezon turystyczny stopniowo nabierał rozpędu, a z lotniska w Nicei najkorzystniej jest dostać się pociągiem do miasta.
Jakże miło było widzieć ich ponownie i być przez nich adorowanym.
− Jakie plany? Może wypilibyśmy razem kawę?− Naturellement, avec plaisir[2]! Lody, ciasteczka?
Postanowili pójść w kierunku plaży, gdzie przy Promenadzie Anglików kafejki i restauracje, stojące jedna obok drugiej w cieniu palm i z widokiem na morze zapraszały turystów i mieszkańców.
Véronique z wyrozumiałością przyjęła wiadomość o kłopotach  Petera oraz zaproszenie, by po kawowych i słodkich przyjemnościach, odwiedzić jego miejsce pracy. Czy pod wieczór wybraliby się wszyscy razem na kolację, a po niej do kina? O tym zadecydują po południu, gdy ponownie spotkają się w czwórkę.
Teraz rozdzielili się, a dla Marysi rzeczą priorytetową stało się znalezienie hotelu Amaryllis, w którym zatrzymała się pani Elżbieta Szarocka. Krzysztof sprawdził to na planie miasta w swojej komórce, czym niewątpliwie chciał zaimponować Marysi. Okazało się, że ulica Rue Alsace-Lorraine, przy której mieścił się hotel, jest całkiem niedaleko.
− Dziesięć minut spacerku, idziemy! Wiesz, chciałem ci kupić jakieś kwiatki na powitanie – mówił biorąc ją za rękę – ale nie przeżyłyby przecież tego dnia, do czasu powrotu do domu.
− Nie szkodzi – uśmiechnęła się. – Pomysł był dobry, ale niepraktyczny. Zobacz, już widać szyld!
Przy tej ulicy i następnej Rue Paganini, restauracje i nieduże hotele sąsiadowały ze sobą: Hôtel d’Ostende, chińskie bistro i Hôtel Amaryllis, a naprzeciw butiki i znów kawiarniane stoliki zapraszały pod kolorowe parasole.
− Nawet ulicę imieniem Paganiniego nazwali – westchnęła zachwycona i weszli do sympatycznego hotelu, bez zbytniego luksusu, za to w samym sercu Nicei, który to polecała pani Szarocka. Marysia podeszła do recepcjonistki:
− Bonjour! Je voudrais voir Madame Elżbieta Szarocka. Quelle chambre?[3]Recepcjonistka sprawdziła w stojącym obok komputerze listę gości hotelowych i powiedziała:
− Désolé Mademoiselle, Madame Szarocka quitté aujourd’hui matin notre hôtel[4].− O, non! Savez-vous où elle est allée[5] ?− Oui! A l’aéroport, est retourné vers à Pologne[6].− Merci beaucoup − podziękowała zasmucona.Wyszli na słoneczną stronę ulicy i Marysia rozpoczęła monolog, wypełniony samokrytyką: I tak to jest, cholercia jasna, gdy się odwleka, zostawia coś na ostatnią chwilę! Gapa jestem!
Krzysztof szedł obok niej, a po chwili zapytał: A co to znaczy cholercia?
To samo, co cholera jasna! I roześmiali się, wspominając aresztowanie Marysi, pierwszego dnia w Nicei, właśnie przez niego. Jakież to dziś było zabawne.
W kajdanki mnie zakułeś!


Przeprosiłem przecież! Napijemy się soku?
Chętnie. Chodź, usiądziemy trochę, przecież nie mamy się dokąd spieszyć.
Jest pięknie i miło. Lubię Niceę i jego bliskość, też polubiłam – myślała, popijając pomarańczowy napój i spoglądając na Krzysia. Żal będzie wyjeżdżać. Podobał się jej. Ciemne, krótko ostrzyżone włosy, szczupła, ale wysportowana sylwetka i oczy, obserwujące ją z zainteresowaniem. Trudno, nie przyjechałam tutaj na wakacje. Może spotkamy się jeszcze kiedyś w życiu? Tak wiele jest możliwe... Słuchaj Krzysiu, poszedłbyś ze mną do katedry? To niedaleko stąd.
− Jasne, gdzie to jest?
− Przy 2 Rue d’Italie, niedaleko hotelu, podobno jakieś sto metrów stąd. Basilique Notre Dame de l’Assomption  czyli Wniebowziętej. Tak wskazywał plan miasta.
−  No to idziemy. Dla ciebie wszystko!
Jakie miłe ciepełko w jego słowach. Czy to tylko zwyczajny podryw? Do katedry faktycznie nie było daleko.
− Czytałam o niej, że jest symbolicznym zabytkiem, bo została zbudowana po przyłączeniu Nicei do Francji  w 1860 roku. Zaczęli budować sklepienie w stylu neogotyckim, potem dobudowali aż osiem kaplic. Oczywiście, od tego czasu kilka razu przeprowadzali konieczne renowacje, a ogólnie mówiąc, rozpoczynając budowę, architekci wzorowali się na paryskiej Notre Dame.
Marysia prawie recytowała, a Krzysztof słuchał jej w milczeniu.
Trochę popisywała się przed nim, ale chciała go po prostu zainteresować swoją znajomością sztuki. Nie mogli przecież rozmawiać o technikach batalistycznych i wywiadowczych, jak to prowadzili w Antibes, z Van Loc’em i Jeremim. Krzysztof ponownie wziął ją za rękę. Dłoń miał przyjemną w dotyku. Z Dustinem jakoś nigdy nie trzymali się za rękę, ale ich czas upływał inaczej. Między nimi śpiewała muzyka… Czy zaczynało jej tego brakować?
− Zanim zaplanowałam moją podróż, czytałam sporo o Lazurowym Wybrzeżu. Kilka lat temu zwiedzaliśmy już katedrę z rodzinką. Tak niebotyczny kościół zachwycił mnie, a moją siostrę prawie przeraził.
− Przeraził? Czemuż to?Roześmiała się.– Była jeszcze mała i pamiętam, że stała z zadartą w górę głową, oglądała sklepienie i martwiła się, jak oni to mogli budować! Wchodzili po wielkich drabinach, mieli dźwigi, czy co? A potem zaczęła się martwić, czy te stare belki nie spadną nam czasem na głowę. Cała Marika!
– Teraz już chyba nie bałaby się, prawda?
− Nie sądzę. Chce studiować historię sztuki albo być lekarzem zwierząt.
Krzysztof uśmiechnął się również.
– Rozwojowo rzecz biorąc, dość rozbieżne zainteresowania.
− O tak! Poza tym pisze wiersze i chętnie chciała zaopiekować się moim chłopakiem, gdy wyjadę. Fajna jest.
Marysia spojrzała na niego trochę kokieteryjnie, ale jej ostatniego zdania Krzysztof nie skomentował, a ponieważ doszli już do placu przed katedrą, wróciła do tematu.
− Zobacz! Najbardziej podobają mi się te portale i rozeta. − Przepiękne są wszystkie witraże i bardzo stare. Chyba z XIX wieku. Wchodzimy?
− Oczywiście.
Puściła jego rękę i weszli po kilku szerokich schodach do wnętrza.
− Kościół jest pod wezwaniem Maryi Wniebowziętej na pamiątkę pierwszej małej katedry w Nicei, która znajdowała się na Wzgórzu Zamkowym i miała tę samą patronkę – oznajmiła tonem dobrze zorientowanej w temacie przewodniczki.
– Czy ty jesteś katolikiem, czy traktujesz zwiedzanie ze mną tylko turystycznie? – zapytała go półszeptem.
− Ciii, później ci powiem. W kościele się nie rozmawia.Miał bardzo ładny uśmiech.Ogarnął ich chłód i tajemniczość, które mieszkają we wszystkich katedrach. Z witraży i obrazów spoglądały na zawsze uwięzione postacie świętych. Na obrazie, który był kopią Murilla, Maryja troszczyła się o malutkiego Jezusa i św. Jana. Najpiękniejsza była jednak w kaplicy figura Matki Bożej. Marysia uklękła. Niezależnie od tego, co Krzysztof o niej pomyśli, czuła, że powinna się tutaj pomodlić. Skąd taka potrzeba? Upłynęło sporo czasu, gdy modliły się z Mariką o wyzdrowienie Jeremiego. Gdy nie wiadomo było, czy wyzdrowieje po wypadku, w którym ratował Marikę[1].  Później, przed szkolnymi testami zaklinała któregoś ze Świętych, by jej pomógł albo świątecznie witała małego Jezuska. Mówi się, że kościoły odwiedzane po raz pierwszy mają swoją magię, a modlitwy w nich składane – zostają wysłuchane. I z takim założeniem, Marysia prosiła teraz o pomyślne zdanie egzaminu do Akademii, o zdrowie dla całej rodziny i o spotkanie prawdziwej miłości. Modlitwy zakończyła zdaniem, które kiedyś słyszała podczas rozmowy  Leonii z jej mamą, Iwoną. To było jeszcze dawniej, przed ich przyjazdem do Nowego Jorku, gdy mama przeżywała rozwód z tatą, który odsiadywał wyrok za handel narkotykami.
− Wiesz Iwonko, o co ja się często modlę – mówiła babcia w zamyśleniu – o zdrowie, ale przede wszystkim, żeby dobry Bóg dał siły i pomógł znieść wszystko, co jest mi w życiu przeznaczone.
Ciekawe… I babcia świetnie sobie radzi – podsumowała Marysia w myśli. Poszukała wzrokiem Krzysztofa, który stał przed tablicą ogłoszeniową umieszczoną w kruchcie[2] katedry. Gdy podeszła, wskazał jedną z informacji:
(…) Jest do dziś miejscem zgromadzeń liturgicznych wspólnoty katolickiej, a także ośrodkiem kultury, gdyż odbywają się tu w ciągu całego roku recitale i koncerty.
− Może kiedyś przyjedziesz i dasz recital albo weźmiesz udział w koncercie, na przykład kameralnym?
− Ty marzycielu! – powiedziała z uśmiechem. − A może wcale mnie nie przyjmą i wrócę  niepyszna do Jefferson?
Klepnęła go w ramię i wyszli na przedkatedralny plac. Chciała zapytać, na którą godzinę są umówieni z Véronique i Peterem, gdy właśnie rozdzwoniła się jego komórka. Z rozmowy wywnioskowała, że Van Loc pozałatwiał wszystkie sprawy niecierpiące zwłoki i oboje mogą wracać do ich towarzystwa. Umówili się na Promenadzie Anglików, w tym samym miejscu, w którym się rozstali. Przyszli uśmiechnięci, zadowoleni, chyba między nimi zaiskrzyło, a przedpołudnie spędzone w miejscu pracy Van Loc’a, nie było dla Véronique uciążliwe. Może wprost przeciwnie? Takie wrażenie odnosiła Marysia i w duszy cieszyła się, że jej chytry plan może dać pozytywne rezultaty. Postanowili teraz razem zjeść coś na ciepło, jakieś danie francuskie i zatrzymując się przed kolorowymi stojakami z menu, jakie prezentowała każda restauracja, czytali głośno i wybierali:
− Steki w sosie pietruszkowym?− Kurczaki nadziewane orzechami lub migdałami?− Polędwica w cieście francuskim?
− Bażant w winogronach?− Na co macie ochotę? – pytał Krzysztof, odwracając kartę proponującą sałatki.

− Żadnego bażanta! Gdy pomyślę, jak oskubali i upiekli tego pięknego ptaka, robi mi się słabo – powiedziała Marysia. Wezmę muszle, do nich sos czosnkowy i jakąś sałatkę.
− A jeśli zamówię tego kurczaka pieczonego z orzechami, to spróbujesz ode mnie? – Krzysio objął ją z uśmiechem.
− Wyjem ci orzeszki! A wy, co weźmiecie?
− Chyba te steki. Chętnie spróbuję ich pietruszkowego sosu. Jakoś dotąd nie dodawałam pietruszki do steku  – zdecydowała Véronique – nie wszyscy ją lubią.
− Umiesz gotować?
Temat wyraźnie zainteresował Petera. Zresztą, jego postura też wskazywała na to, że lubi dobrze i smacznie zjeść.
− Jeszcze jak! Gdy ona króluje w kuchni, to wszyscy potem palce liżą! − zawołała radośnie Marysia. Jej plan wyraźnie nabierał rumieńców.
− Moment! Kto, komu palce liże i dlaczego?
Krzysio zupełnie nie zrozumiał, czemu trzeba lizać? Matka go uczyła, że palce po jedzeniu wyciera się serwetką i noża też nie wolno oblizywać.
− O, mamo! Zaraz będzie jak z tym kałamarzem na początku aresztowania. Pamiętasz? – zaśmiewała się. – Nie słyszałeś po polsku takiego powiedzenia, że coś jest tak bardzo smacznie przyrządzone, że palce lizać?
Myślała, że może się obrazi, ale on powiedział:
− Siadajcie i zamawiamy, bo padniemy zaraz z głodu – a do niej ciszej − nie słyszałem. Paluszki są do całowania, a nie lizania.
Véronique też usłyszała ostatnie zdanie i obie wybuchnęły śmiechem. Prawdą jest, że obcy język ma swoje powiedzonka i przysłowia, ale czy każdy dowcip powinnam mu tłumaczyć? – myślała. Biedny! Ale orzeszki i tak mu wyjem!
Zamówione dania pachniały pysznie. Siedzieli w ogródku przed restauracją, zajadali, popijali czerwonym winem, a Marysia do muszli i sałatki z krabów -  białym Rieslingiem. Rozmawiali swobodnie, dużo żartując i zastanawiając się, kiedy będą mogli znów spotkać się tak, we czwórkę, bo jest nad wyraz sympatycznie. Peter van Loc, intensywnie zapracowany każdego dnia, po wypiciu dwóch lampek wina wyglądał na mężczyznę prawdziwie uszczęśliwionego dzisiejszym spotkaniem, a Marysia, której wino troszkę uderzyło do głowy,  po jedzeniu demonstrowała Krzysiowi oblizywanie paluszków.




[1] zob. Anna Strzelec „Akwarele i lawendy” s.193
[2] Kruchta - przedsionek kościoła.




[1] Spotkanie (franc.)
[2] Naturalnie, z przyjemnością (franc.)
[3] Dzień dobry! Chciałabym zobaczyć się z panią Elżbietą Szarocką. Który pokój? (franc.)
[4] Przykro mi. Pani Szarocka opuściła dziś rano nasz hotel. (franc.)

[5] O nie! Mogę wiedzieć dokąd się udała? (franc.)

[6] Tak. Na lotnisko, w drogę powrotną do Polski (franc.)






piątek, 4 września 2015

Lato...zaczekaj chwilę...


 

            Już wrzesień! Dopiekły nam upały, oj dopiekły... A może powoli zaczniemy żałować, że słonko się schowało? Zaniedbałam moją stronę, wybaczcie! Trochę podróżowałam, a poza tym nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Dziś, dla poprawy nastroju proponuję Wam fragment, który może troszkę złagodzi nasze "politycznie" zmęczone serca?... Nie protestujcie, proszę, że znów tylko fragment! :) Całość ukaże się jesienią, obiecuję, a nowe Czytelniczki mają czas na nadrobienie zaległości, bo przypominam, że to już czwarta część mojej nowojorsko-prowansalskiej sagi, którą tak miło inni ocenili. Najpierw, oczywiście jeśli Was zainteresuje, wypadałoby przeczytać: 


Z ostatniej części, jest tutaj na blogu, post z 4 czerwca, fragment pt. Marysia powraca... 

A dziś? -  Moja bohaterka- Marysia Morelly dotarła do Antibes w Prowansji, gdzie od kilku lat mieszkają Leonia z Jeremim i prowadząca im dom - Veronique. Jest czerwiec, a koniec miesiąca odbędą się wstępne przesłuchania w Akademii Muzycznej w Gdańsku.                     


     @Spécialité de la Maison


Dom, który chętnie odwiedzała… Jak długo niespotkanego przyjaciela, wiedząc jednak, że on zawsze czeka.

Ile razy przyjeżdżała do Antibes, miała wrażenie, że to jest miejsce, w którym mogłaby żyć. Gdy przed kilku laty zwierzyła się Yvonne, mama powiedziała, że uczucia przynależności jakie ludzie odczuwają, zmieniają się i jej, Marysi z pewnością też się odmieni, bo w zasadzie, to nie dobrze jest przyzwyczajać się do miejsc, ludzi lub zwierząt…
Nareszcie Antibes! Rozpakowała plecak i walizkę, odświeżyła się i przebrała do obiadu. Czuła się wspaniale, emocje powoli opadły i przypomniała sobie te dawne słowa matki. Jak bardzo zaskakująca była wtedy jej filozofia. Ale ich rozmowa miała miejsce w Port Jefferson, po aferach, jakich dostarczył im ojciec i po rozwodzie rodziców. Może teraz matka zmieniła już zdanie?
W każdym razie Marysia uważała inaczej i postanowiła, że będzie wierna swoim przekonaniom. Żadnego kręcenia i nawijania, nie będzie szarości i nudy, bo trzeba mieć swój cel w życiu. A ona miała i ze wszystkich sił postara się, by go osiągnąć!
− Marysiu, czekamy na ciebie! Głos babci zabrzmiał donośnie od strony kuchni.
− Bien, idę!
W jadalni pachniało pysznie. Właśnie tak powinien nęcić rodzinny dom. Pomyślała, że gdy nadejdzie czas, jej miejsce w życiu będzie bardzo podobne. Choć nie koniecznie miała na myśli ten zapach lecz całokształt atmosfery, jaką umieli stworzyć Leonia i Jeremi. No i ta wszechobecna Véronique, która lubiła czasem żartować, że w tym domu czas się zatrzymał.
Jeremi siedział przy nakrytym stole, Leonia kładła przy każdym talerzu lawendową serwetkę i sztućce, a Véronique niosła brytfankę z daniem, które cała rodzina Morelly już dawno okrzyknęła Spécialité de la Maison czyli kulinarną specjalnością tego domu.
Kilka lat temu, podczas ich pierwszego pobytu w Antibes, Marysia, która od momentu przylotu do Nowego Jorku i poznania Jeremiego, wprost chwaliła się, że jest wegetarianką, więc dla niej należałoby gotować coś innego… poddała się!
Rolada z piersi kurczaka w zalewie z żubrówki, nadziewana suszonymi kalifornijskimi śliwkami i owocami żurawiny. Oczywiście pieczona w piekarniku, a nie smażona!
Ivonne miała co prawda wtedy obiekcje – dziewczynki i żubrówka, ale Jacques śmiejąc się, twierdził, że alkoholowy smak jest po prostu jeszcze jedną z przypraw, jak Maggi, czy też zastosowany sos imbirowy Tao-Tao. Marysia spróbowała odrobinę mięsa, łyżeczkę sosu i… wywiesiła białą flagę.
 − Proszę, smacznego! Véronique postawiła na podgrzewaczu małą blaszkę z ziemniakami pokrojonymi w kształcie półksiężyców, upieczonymi dzięki oliwie na złoty kolor,  posypanymi kminkiem i rozmarynem.
− Merci, merci, ależ zrobiłaś pyszności!
− Tak, czekały też na ciebie odpowiednio długo.
Marysia i Véronique darzyły się wzajemnie wyjątkową sympatią. Gdy dziewczynki były młodsze, w czasie wakacji przyjeżdżały do Antibes i madame Leraine przejmowała rolę ich guwernantki. Spędzały miło dwa, nawet trzy tygodnie, a ona bawiąc się z nimi w szkołę, poprawiała ich francuską wymowę, zadawała pisanie krótkich opowiadań lub wierszyków i wspólnie gotowały coś bardzo francuskiego lub piekły razem kruche ciasteczka.
− Nie miałaś jeszcze czasu, by rozglądnąć się po domu, co nowego u nas, prawda? – zagadnął Jeremi wnuczkę, nakładając sobie jednocześnie kolejną porcję pokrojonej w plastry kurczakowej rolady.
− Nie, ale z pewnością i jeszcze dziś. – Marysia uśmiechnęła się, popijając różowe wino, odpowiednie do czerwcowego czasu. Znów pomyślała, że to jest wspaniałe uczucie, gdy można delektować się swoją dorosłością, bo wszyscy tak ją właśnie traktują.
− Przywiozłaś może ostatnie nagrania z Twojej uroczystości? – Leonia tęskniła za wnukami i co jakiś czas, wręcz domagała się aktualnych zdjęć lub rodzinnych nagrań z Port Jefferson.
− Tak, babciu, mam, mam! Marika przegrała specjalnie trzy DVD, a Jasiek dodał nawet ustną dedykację dla Was. Chcielibyście obejrzeć i posłuchać po obiedzie?
Leonia spojrzała pytająco na Jeremiego i widząc w jego oczach gotowość do poobiedniej drzemki, powiedziała:
− Szczerze mówiąc, chyba przydałby się nam teraz odpoczynek po dzisiejszych, porannych przeżyciach, ale mamy w perspektywie przyjemny wieczór, na który już się cieszę, prawda mon Cher?
Jeremi kiwnął potakująco głową, ciesząc się w duchu, że Leonia zawsze potrafi dyplomatycznie i nie sprawiając nikomu przykrości, rozwiązać  temat, nie potrzebując jego zdania.
− Pomogę Veronice ogarnąć stół, dobrze? A wy już idźcie!
Marysia wstała i obie „ogarniały”, jak to młodzieżowym żargonem nazwała sprzątanie po posiłku.
− Pójdziesz też odpocząć? – spytała Marysia, gdy skończyły zmywać, wycierać naczynia i ustawiać na kuchennych półkach.
− Myślę, że tak – odpowiedziała Véronique z uśmiechem.
Zawołała Sally, która też skończyła swój psi obiad i obie wyszły kuchennymi drzwiami do ogrodu.

Marysia patrzyła za  oddalającą się Leraine i powróciła myśl - pytanie, które kiedyś zadała, jak zwykle dociekliwa Marika.
− Czemu Véronique nie wyszła za mąż? Myślisz, że to tak fajnie mieszkać u kogoś i być służącą?
− Marika! Prowadzenie czyjegoś domu, to duża odpowiedzialność i nie zawsze jest się jednocześnie służącą. Poza tym, nie zapominaj, że ona była tu cały czas, po śmierci naszej drugiej babci Josette.
− Nie miała swojego domu, rodziców? – nie ustępowała Marika.
− Nie wiem dokładnie, zapytamy się kiedyś przy okazji Jeremiego, albo babci Leonii.
Tak jednak zostało i ciekawość dziewczynek nie została do dziś zaspokojona. A może Véronique nie spotkała dotąd swojej wielkiej miłości?
Marysia spojrzała przez okno na Véronique, która czytała siedząc w koszykowym fotelu, stojącym w cieniu rozpostartych, jak parasol gałęzi czereśniowego drzewa i pomyślała sceptycznie: – w tym wieku pewnie trudno będzie znaleźć prawdziwą miłość… chociaż, czytałam gdzieś, że na nią nigdy nie jest zbyt późno. Idąc po schodkach do pokoiku na facjatce, uśmiechała się, bo właśnie postanowiła podzielić się wszystkimi wrażeniami z Mariką.


          @Chłodnik z botwinki i Stradivarius

 Rozpakowała walizkę, wyjęła laptop i podłączyła modem. –Jak dobrze, że mają Internet − uśmiechnęła się. Widać, że od czasu, gdy Antibes stało się prawdziwym kurortem, zyskało też absolutne połączeniem ze światem. A co miał na myśli Jeremi, pytając przy obiedzie, czy obejrzała już wszystkie  jego nowości? Ach, miał z pewnością na myśli odświeżenie gościnnego pokoju! Tak, muszę go pochwalić! Jak zapowiadał, pomalował na jasnobłękitny kolor ściany, drewniane deski podłogi też wyglądały na cyklinowane i zakonserwowane lakierem. Firanki w biało niebieską krateczkę, wykończone falbanką z koronką były z pewnością dziełem Leonii. Ich romantyczna babcia! Na komodzie stała porcelanowa miednica, w niej biały dzbanek, co miało imitować toaletkę. Bukiet z suszu i oczywiście lawendy w innym, granatowym dzbanku!  Klimat jest, ale dodamy trochę Jeffersona – myślała, rozkładając swoje kosmetyki, a na starym biurku, obok laptopa nuty i książki. –Ten mebelek też ma swoją historię… Podobno przyjechał z Niemiec, mama załatwiała kiedyś transport, muszę babci zapytać – postanowiła przysuwając sobie bujany fotel i zabierając się do pisania.

Hello kochana Siostrzyczko!
Z pewnością już wiesz, jakie cudaczne przyjęcie mnie tutaj spotkało na lotnisku. Brakowało tylko orkiestry, mówię Ci. Żartuję teraz, ale nikomu z nas nie było wcale do śmiechu. Słyszałam rozmowę babci z mamą i jej relację. Pewnie się mocno zdenerwowaliście, ale cóż, terroryści nie śpią.

Odchyliła głowę na kraciastą, miłą poduchę, którą wyłożony był bujak. Zmęczenie podróżą i doznanymi przeżyciami jednak zwyciężyło. Czy powinna Marice napisać, że...

Zdruzgotani nieoczekiwanym zdarzeniem, szli powoli w stronę parkingu. Leonia ocierała łzy, gdy ona, blada ze złości trzymała Jeremiego za rękę, a pani Elżbieta kręciła z niedowierzaniem głową:  − Proszę się nie martwić, w dzisiejszych czasach takie rzeczy się zdarzają. Wszystko zostanie wyjaśnione. Mają przecież monitoring w samolotach i na lotnisku. Jestem przekonana, że szybko znajdą przestępcę.– A moje skrzypce pani Elżbieto? Mon Dieu, moje skrzypce, za dwa tygodnie mam przecież egzamin! Pani Elżbieta uśmiechała się dziwnie pokrzepiająco. − Poradzisz sobie, do zobaczenia − i odwracając się, pomachała jej przyjaźnie. Co ona mówiła w samolocie? Jakaś rezerwacja w samym sercu Nicei? Hotel Amarilis  przy 5 rue d'Alsace-Lorraine. Czy tam właśnie miała odebrać swoje skrzypce?

Marysia zerwała się przerażona. Za oknem kogut sąsiadów obwieszczał zbliżający się wieczór, a jej kręciło się w głowie i bardzo chciało się pić. Odkładając na później pisanie maila do Mariki, zeszła na dół do kuchni. Było pusto, a na dworze jeszcze jasno. Wszyscy byli w ogrodzie, podlewając gumowym wężem rabaty z warzywami. To znaczy Jeremi trzymał wąż, kierując strumień wody na zmęczone słonecznym dniem rośliny. Véronique z Leonią wydawały od czasu do czasu śmieszne okrzyki, gdy Jeremi kierował krople wody w ich stronę. − Zaraz ci przyniesiemy coś do opłukania ─ śmiała się Leni. − Uspokój się! Véronique już szła do niego z płaskim koszykiem, który był po brzegi wypełniony warzywami, prawdopodobnie na jutrzejszy obiad. Obejmowała go ramionami przyciskając do brzucha, a Jeremi zauważył, że struga wody, jaką puścił przy podlewaniu w stronę kobiet dosięgła bardziej Véronique niż jego żonę. Cienka bluzka w drobne kwiatki z krótkimi rękawami, zebranymi w tak zwane bufki oblepiła jej wydatne piersi. Postawiła koszyk na ziemi, odgarnęła opadające jej na czoło ciemne włosy i uśmiechając się, powiedziała:─  Łobuz jesteś, oczyść tę zieleninę.─ Czemu tego tyle powyrywane?─ Jutro, w porze obiadowej będziemy mieć gości. Kombinujemy z Leni coś jarskiego, co nie znaczy jajecznego ─ roześmiała się.─ Ktoś przyjedzie? Nic mi Leni nie mówiła – powiedział i zaraz przypomniał sobie, że przecież spał po południu, gdy ona czytała książkę przywiezioną przez Marysię. A później obudziła go i poszli do ogrodu.− Ma być niespodzianka. Przyjeżdżają z Nicei. Polej mi tutaj te buraczki.Patrzył na nią z przyjemnością. Znali się już tyle lat, ale ani razu nie pomyślał o niej, jak o kobiecie, którą mógłby mieć… A był pewien, że mógłby, bo jest coś, niczym kosmiczne przyciąganie – kobiety do mężczyzny i na odwrót. I to się wyczuwa. A może ona myślała już o nim, jak o starzejącym się dziwaku, który wielbił tylko swoją żonę? Być może, ale to przecież wcale nie przeszkadzało mu być wrażliwym na uroki innych kobiet. Wizualnie! Uśmiechnął się i klepnął pochyloną Véronique lekko w pupę.− Opowiadaj, kto przyjeżdża?Odpowiedzią była mokra wiązka pietruszki, która wylądowała na szyi Jeremiego. Nie uszło to uwadze Leni, idącej w ich stronę z naręczem margerytek do wazonu.− Rozwiązujecie jakiś problem?− Próbuje wymusić na mnie odpowiedź na pytanie: kto przyjedzie jutro na obiad? − odpowiedziała wesoło Véronique. Zbyt wesoło.

− Niespodzianka będzie jutro, a teraz czas na kolację, jestem głodna.

Marysia widząc, że cała trójka kieruje swe kroki w stronę kuchennych drzwi, oderwała się od okna, przez które śledziła śmieszne zachowanie dorosłych i zaczęła nakrywać do stołu, nie bardzo wiedząc co Leonia zadecyduje. Poza tym, Marysia wiedziała od Yvonne, że babcia już od młodzieńczych lat miewała sny, o których czasem opowiadała, i które w czarowny sposób sprawdzały się. O swoim, popołudniowym śnie właśnie chciała wszystkim też opowiedzieć. Może uda się coś wyjaśnić?                                         

                                             *** 

    Niestety, tego wieczoru Leonia nie znalazła czasu na senne opowieści, bo niecierpiącą zwłoki stała się rozmowa z ciocią Jane, przyjaciółką z Nowego Jorku, a sprawą prawie „wagi państwowej” było zanotowanie przepisu na letnią zupę – tak zwany Chłodnik z botwinki. − Mama nigdy czegoś takiego w Jeffersonie nie gotowała. Marysia wzruszyła ramionami, a Jeremi uśmiechnął się i skinął do niej ręką.

− Chodź, niech one sobie tutaj rozmawiają, pieką czy też gotują, a my pójdziemy na górę, bo chciałbym ci coś pokazać. Czy moja Mademoiselle jest zadowolona z swojego gościnnego buduaru?Marysia lubiła, gdy Jeremi żartował, wyrażając się nad wyraz górnolotnie.− Oczywiście, bardzo, choć zbyt długo tu jednak zabawić nie mogę mon Monsieur.Śmiejąc się, weszli do pokoiku.− Zaraz przekonamy się, że zamieszkała tu młoda dama i artystka. Mówiąc to,  Jeremi podszedł do komody i wyjętym z kieszeni kluczem, otworzył trzecią szufladę. Pochylił się i wyjął przedmiot, na którego widok Marysi pojaśniały oczy.− Ten instrument pamięta  czas młodości mojego ojca, Philipa, a ja zachowałem go z myślą o tobie.Marysia podeszła do Jeremiego i wzięła skrzypce ostrożnie i oglądając ze wszystkich stron zawołała.    – O Boziu, to Stradivarius? Dziękuję Ci!− Musisz je ożywić i nadać znów takie brzmienie, jakie fascynowało słuchaczy przed laty. Ostatnio korzystał z nich Jacques zanim poznał twoją mamę.− Dlaczego nie zabrał ich ze sobą?− Nie wiem. Może przypuszczał, że ktoś po nie wróci? Albo rozumiał, że jako rodzinna pamiątka, należą do mnie ? W obu przypadkach miał rację. Jeszcze smyczek, z pewnością będziesz potrzebować trochę kalafonii. Zaraz poszukam, w moim biurku mam z pewnością w pudełku, a ty sprawdź struny.Jeremi zadowolony z samego siebie i uśmiechnięty schodził po stopniach, a Marysia siedziała oniemiała, ze skrzypcami na kolanach. Serce jej biło radośnie. Takie cacko ma należeć do niej?! Czy to prawdziwy Stradivarius? Skąd wziął się w Antibes, w rękach dziadka Philipe’a?

                                          ***

Leonia siedziała przy kuchennym stole i zapisywała coś w notatniku. Słysząc kroki Jeremiego, przerwała pisanie i podniosła głowę.− Co wy tam robicie? Nie macie zamiaru przyjść do nas na dół?Widząc jego twarz rozjaśnioną uśmiechem, dodała.− A ty z jakiego powodu jesteś taki ucieszony? Pourquoi?Jeremi podszedł do niej bliżej i prawie konspiracyjnym szeptem, powiedział: − dałem jej Stradivaria.− I jak go przyjęła?− O mało nie zemdlała z wrażenia.− Mogę sobie wyobrazić. Opowiesz jej jutro?− Oczywiście. Rozmawiałaś z Jane? Co tam u nich?− Nie narzekała, więc chyba wszystko ok. Mają młodego psa,podobny do czarnego labradora. Jane nazwała go Brysio i podobno cudowny.− A co z tym przepisem?− Mam, mam. Chcesz przeczytać?Jeremi zaglądnął jej przez ramię:


  Botwinka, szczypiorek, rzodkiewka, koperek, surowy ogórek,
jajko ugotowane na twardo, kwaśna śmietana.
Botwinkę podgotować i wyjąć z wody. Pokroić drobno liście i łodyżki. Dodać garść posiekanego szczypiorku, pokroić rzodkiewkę, pęczek koperku, ogórek utrzeć na drobnej tarce. Przyprawić solą, cukrem, śmietaną. Serwować na zimno.
Uśmiechnął się: − a reszta warzyw, co tak namiętnie powyrywałyście?− Zrobimy zapiekankę, ok.?− Oczywiście. Kurczak i ryż?− Oui, mon Cher.

Przytakując mężowi, Leni pomyślała, jak to się dzieje, że przez te wszystkie lata spędzone razem, ich kulinarne upodobania niewiele się zmieniły. Gdyby zaproponowała rybę, też by się zgodził, tak jak wtedy, na Long Island, gdy pierwszy raz jedli razem w tawernie… A później odbyli długi spacer po plaży, brzegiem oceanu…

Podniosła się z krzesła i objęła męża za szyję.
− Coś mi się teraz miłego przypomniało. Powiem ci na górze, tylko najpierw zrobię nam herbatkę, a ty mógłbyś zaglądnąć do Marysi? Masz tę kalafonię dla niej?

Kalafonia była potrzebna dopiero następnego dnia, bo na pięterku domu panowała cisza. Jeremi uchylił po cichu drzwi i zobaczył dziewczynę leżącą w lawendowym łóżku, a obok niej spoczywał Stradivarius, któremu podarowała nawet kawałek poduszki.
Widok był rozczulający i Jeremi był pewny, że dopiero jutro Marysia zasypie go pytaniami.

                                      ***

   Pachniała śniadaniowa kawa, gorące croissanty i morelowa konfitura. Tradycyjne petit déjeuner[1] u nich, w Antibes. W niedzielę za to jajko na bekonie i placek z wiśniami, albo śliwkami, zależnie od owocowego sezonu.
Siedzieli wszyscy przy kuchennym stole, a pogoda zapowiadała się znakomita. Marysia już miała ochotę rozpocząć konwersację, bo tematów do zapytania zebrało się jej sporo, gdy od strony ulicy usłyszeli auto, które zatrzymało się dość głośno na żwirowej powierzchni przed ich domem. Véronique wstała i podeszła do okna, a potem zakomunikowała: Są!




[1] Pierwsze śniadanie ( franc.) 

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>                                            








DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty