Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

środa, 25 listopada 2015

Ogłoszenie!!!


DZIEŃ DOBRY 
Emotikon smile Emotikon heart
Mam problem!!!... Emotikon frown Emotikon frown Facebook, internet podobno potrafią wiele...
Otóż: w miniony wtorek 17 listopada, w MC Donaldzie, dworzec Warszawa Centralna, ok. południa rozmawiałam przy kawie z bardzo sympatyczną, młodą osobą, panią Sylwią z małej miejscowości k./Przemyśla. Nasza dość długa pogawędka dotyczyła jej spraw rodzinnych, a moich doświadczeń życiowych i pisarstwa. Przy pożegnaniu dałam jej moją wizytówkę, a ona zapisała mi swój adres na serwetce. Obiecałam podarować jedną z moich książek! W czym problem?
ZAPODZIAŁAM GDZIEŚ SERWETKĘ z ADRESEM PANI SYLWII!
Bardzo mi przykro z tego powodu i jeśli: odwiedziła już mój profil, lub zapisała się ponownie na Fb, bardzo proszę o kontakt! Sylwio! Emotikon smile
Serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie problemów i zdrowia dla syneczka! Emotikon heart

sobota, 21 listopada 2015

Autorskie spotkania i wspomnienia świadków...




Przedwczoraj 18.XI - wspaniały wieczór w gościnnej Coffee Karma, przy Pl.Zbawiciela w W-wie. Kto przybył, ten przeżył niezapomniane chwile.Oprócz znanych już członków rodzin Muszkieterów, przyjaciół i sympatyków naszych spotkań, honorowym gościem był pan Lech Żołnierz-Piotrowski, siostrzeniec Stefana Witkowskiego. Przy wejściu do „Zbawienia” witała warta wrześniowych żołnierzy. Przybył także zaproszony pan Dominik Rettinger , doskonały pisarz i scenarzysta, który odebrał z rąk Jerzego Jerzy Rostkowski historyczny zarys pięciu pierwszych odcinków serialu o działalności i męstwie Muszkieterów. Wielkie zadanie, które już jest w trakcie opracowywania.
Jak zwykle opowiadaniom i dyskusjom nie było końca...
Wspomnienia naocznych świadków są magią wzruszającą słuchaczy... Spieszmy się, bo czas tak szybko ucieka, a wiele jest jeszcze do zrobienia, aby historia była żywa, a pamięć o jej bohaterach - niezaprzepaszczona.






Coffee Karma - przy Placu Zbawienia w Warszawie.
 Trzecie spotkanie z pisarzem Jerzym Rostkowskim, autorem książki "Świat Muszkieterów - zapomnij albo zgiń" i Anną Strzelec - autorką wierszy poświęconych Muszkieterom, członkami rodziny Muszkieterów, przyjaciółmi i sympatykami twórczości historycznej.

Od lewej: Jerzy Rostkowski, Lech Żołnierz - Piotrowski (siostrzeniec komendanta Muszkieterów Stefana Witkowskiego), Andrzej Grzybowski - architekt, arysta, aktor - przyjaciel Mieczysławy Ćwiklińskiej, 

Anna Strzelec-Schuetz.  
 






Dominik Rettinger, Anna Strzelec, Ludwik Plater-Zyberk (syn Ludwika - Muszkietera), Agnieszka Suczyńska-Wąż.

 Z Dominikiem Rettingerem, pisarzem i autorem wielu scenariuszy filmowych i teatralnych. 














 




Historia zawarta we wspomnieniach. To jest magia Coffee Karma i miejsca zwanego "Zbawieniem" .

wtorek, 10 listopada 2015

Już wkrótce!


   Mam nadzieję, że jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia ukaże się moja szósta powieść!
 Wiernym czytelnikom zaprezentuję IV część nowojorsko- prowansalskiej sagi: 
 

   

    




Z  poprzednimi III częściami sagi - nowi czytelnicy mogą się zapoznać w Wydawnictwie: 


https://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.htm

       https://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.html




A także z treścią moich pozostałych utworów.
Zapraszam! 


PS. Dla niecierpliwych :) - fragment:

                       
Nicejska eskapada


Véronique była zadowolona z propozycji wyjazdu do Nicei i możliwości ponownego spotkania Van Loc’a. Poprzedniego dnia Marysia zadzwoniła do Christophera, zwanego czasem Krzysiem, którego poznała podczas niefortunnej przygody na lotnisku w Nicei i tłumacząc swoją nieobecność, zmieniła termin ich podwójnego rendez-vous[1] na jutro. Podobno Van Loc na wiadomość o przyjeździe Véronique bardzo się ucieszył. Od dnia odwiedzin obu panów u Leonii i Jeremiego w Antibes, zrodziły się wzajemne sympatie. Ale cóż, jedna, najprawdopodobniej była skazana na powolne usychanie. Chociaż, kto wie, co naprawdę jest mi pisane – myślała Marysia, bo sytuacja Véronique, długoletniej mieszkanki Nicei i jej znajomość z van Loc’em przedstawiała się bardziej obiecująco. Chyba nadszedł już czas, by opuściła Antibes  i przestała świecić oczami za Jeremim. Tak kalkulując, Marysia zbierała się do wyjścia.
Przed domem czekała już Leonia, która zdecydowała, że odwiezie „panienki” autem na dworzec, tłumacząc tę nadmierną troskliwość kilkoma sprawami nie cierpiącymi zwłoki, w centrum Antibes.
− Nie wracajcie, proszę zbyt późno!
− Zdrowe i trzeźwe – żartowały − nienaruszone! I śmiejąc się, wsiadły do nadjeżdżającej kolejki.
Leonia miała zamiar odwiedzić kilka sklepów w poszukiwaniu dwóch prezentów. Zbliżał się dzień odlotu Marysi, a Leni chciała obdarować wnuczkę i Patrycję, swoją od lat przyjaciółkę, u której przyszła studentka miała zamieszkać. Pamiętała, że kiedyś Patrycja zachwycała się narzutą na łóżko, eksponowaną we francuskim katalogu „Ma Maison”, który do niej Leni wysłała. Nakrycie było uszyte techniką patchworku w  pastelowych kolorach, wśród których dominowały wzory w różyczki. Czy znajdzie jednak podobną? Dla Marysi najchętniej kupiłaby sukienkę, stosowną do wystąpienia na egzaminie, ale nie był to zbyt fortunny pomysł. Powinny same, we dwie wybrać się po zakupy, a czas tak szybko upływał.
                                                             ***
 Tymczasem w Nicei, na peronie dwóch mężczyzn czekało na przyjazd regionalnej kolejki z Antibes.
Peter van Loc nie miał zbyt dobrego humoru. Okazało się, że na dzisiejsze przedpołudnie, sekretarka zaplanowała mu spotkanie z  nową praktykantką, do służby w jego zespole.
Pozostawało mu więc przywitanie Véronique i nie wiedział, jaka będzie reakcja kobiety, na jego propozycję spędzenia  przedpołudnia.
Za to Christopher promieniał radością. Wziął sobie dzień urlopu i jak to miał zwyczaj mówić, dziś mógł być do dyspozycji.
Odnaleźli się na dworcu pełnym okrzyków powitań i radości, bo sezon turystyczny stopniowo nabierał rozpędu, a z lotniska w Nicei najkorzystniej jest dostać się pociągiem do miasta.
Jakże miło było widzieć ich ponownie i być przez nich adorowanym.
− Jakie plany? Może wypilibyśmy razem kawę?− Naturellement, avec plaisir[2]! Lody, ciasteczka?
Postanowili pójść w kierunku plaży, gdzie przy Promenadzie Anglików kafejki i restauracje, stojące jedna obok drugiej w cieniu palm i z widokiem na morze zapraszały turystów i mieszkańców.
Véronique z wyrozumiałością przyjęła wiadomość o kłopotach  Petera oraz zaproszenie, by po kawowych i słodkich przyjemnościach, odwiedzić jego miejsce pracy. Czy pod wieczór wybraliby się wszyscy razem na kolację, a po niej do kina? O tym zadecydują po południu, gdy ponownie spotkają się w czwórkę.
Teraz rozdzielili się, a dla Marysi rzeczą priorytetową stało się znalezienie hotelu Amaryllis, w którym zatrzymała się pani Elżbieta Szarocka. Krzysztof sprawdził to na planie miasta w swojej komórce, czym niewątpliwie chciał zaimponować Marysi. Okazało się, że ulica Rue Alsace-Lorraine, przy której mieścił się hotel, jest całkiem niedaleko.
− Dziesięć minut spacerku, idziemy! Wiesz, chciałem ci kupić jakieś kwiatki na powitanie – mówił biorąc ją za rękę – ale nie przeżyłyby przecież tego dnia, do czasu powrotu do domu.
− Nie szkodzi – uśmiechnęła się. – Pomysł był dobry, ale niepraktyczny. Zobacz, już widać szyld!
Przy tej ulicy i następnej Rue Paganini, restauracje i nieduże hotele sąsiadowały ze sobą: Hôtel d’Ostende, chińskie bistro i Hôtel Amaryllis, a naprzeciw butiki i znów kawiarniane stoliki zapraszały pod kolorowe parasole.
− Nawet ulicę imieniem Paganiniego nazwali – westchnęła zachwycona i weszli do sympatycznego hotelu, bez zbytniego luksusu, za to w samym sercu Nicei, który to polecała pani Szarocka. Marysia podeszła do recepcjonistki:
− Bonjour! Je voudrais voir Madame Elżbieta Szarocka. Quelle chambre?[3]Recepcjonistka sprawdziła w stojącym obok komputerze listę gości hotelowych i powiedziała:
− Désolé Mademoiselle, Madame Szarocka quitté aujourd’hui matin notre hôtel[4].− O, non! Savez-vous où elle est allée[5] ?− Oui! A l’aéroport, est retourné vers à Pologne[6].− Merci beaucoup − podziękowała zasmucona.Wyszli na słoneczną stronę ulicy i Marysia rozpoczęła monolog, wypełniony samokrytyką: I tak to jest, cholercia jasna, gdy się odwleka, zostawia coś na ostatnią chwilę! Gapa jestem!
Krzysztof szedł obok niej, a po chwili zapytał: A co to znaczy cholercia?
To samo, co cholera jasna! I roześmiali się, wspominając aresztowanie Marysi, pierwszego dnia w Nicei, właśnie przez niego. Jakież to dziś było zabawne.
W kajdanki mnie zakułeś!


Przeprosiłem przecież! Napijemy się soku?
Chętnie. Chodź, usiądziemy trochę, przecież nie mamy się dokąd spieszyć.
Jest pięknie i miło. Lubię Niceę i jego bliskość, też polubiłam – myślała, popijając pomarańczowy napój i spoglądając na Krzysia. Żal będzie wyjeżdżać. Podobał się jej. Ciemne, krótko ostrzyżone włosy, szczupła, ale wysportowana sylwetka i oczy, obserwujące ją z zainteresowaniem. Trudno, nie przyjechałam tutaj na wakacje. Może spotkamy się jeszcze kiedyś w życiu? Tak wiele jest możliwe... Słuchaj Krzysiu, poszedłbyś ze mną do katedry? To niedaleko stąd.
− Jasne, gdzie to jest?
− Przy 2 Rue d’Italie, niedaleko hotelu, podobno jakieś sto metrów stąd. Basilique Notre Dame de l’Assomption  czyli Wniebowziętej. Tak wskazywał plan miasta.
−  No to idziemy. Dla ciebie wszystko!
Jakie miłe ciepełko w jego słowach. Czy to tylko zwyczajny podryw? Do katedry faktycznie nie było daleko.
− Czytałam o niej, że jest symbolicznym zabytkiem, bo została zbudowana po przyłączeniu Nicei do Francji  w 1860 roku. Zaczęli budować sklepienie w stylu neogotyckim, potem dobudowali aż osiem kaplic. Oczywiście, od tego czasu kilka razu przeprowadzali konieczne renowacje, a ogólnie mówiąc, rozpoczynając budowę, architekci wzorowali się na paryskiej Notre Dame.
Marysia prawie recytowała, a Krzysztof słuchał jej w milczeniu.
Trochę popisywała się przed nim, ale chciała go po prostu zainteresować swoją znajomością sztuki. Nie mogli przecież rozmawiać o technikach batalistycznych i wywiadowczych, jak to prowadzili w Antibes, z Van Loc’em i Jeremim. Krzysztof ponownie wziął ją za rękę. Dłoń miał przyjemną w dotyku. Z Dustinem jakoś nigdy nie trzymali się za rękę, ale ich czas upływał inaczej. Między nimi śpiewała muzyka… Czy zaczynało jej tego brakować?
− Zanim zaplanowałam moją podróż, czytałam sporo o Lazurowym Wybrzeżu. Kilka lat temu zwiedzaliśmy już katedrę z rodzinką. Tak niebotyczny kościół zachwycił mnie, a moją siostrę prawie przeraził.
− Przeraził? Czemuż to?Roześmiała się.– Była jeszcze mała i pamiętam, że stała z zadartą w górę głową, oglądała sklepienie i martwiła się, jak oni to mogli budować! Wchodzili po wielkich drabinach, mieli dźwigi, czy co? A potem zaczęła się martwić, czy te stare belki nie spadną nam czasem na głowę. Cała Marika!
– Teraz już chyba nie bałaby się, prawda?
− Nie sądzę. Chce studiować historię sztuki albo być lekarzem zwierząt.
Krzysztof uśmiechnął się również.
– Rozwojowo rzecz biorąc, dość rozbieżne zainteresowania.
− O tak! Poza tym pisze wiersze i chętnie chciała zaopiekować się moim chłopakiem, gdy wyjadę. Fajna jest.
Marysia spojrzała na niego trochę kokieteryjnie, ale jej ostatniego zdania Krzysztof nie skomentował, a ponieważ doszli już do placu przed katedrą, wróciła do tematu.
− Zobacz! Najbardziej podobają mi się te portale i rozeta. − Przepiękne są wszystkie witraże i bardzo stare. Chyba z XIX wieku. Wchodzimy?
− Oczywiście.
Puściła jego rękę i weszli po kilku szerokich schodach do wnętrza.
− Kościół jest pod wezwaniem Maryi Wniebowziętej na pamiątkę pierwszej małej katedry w Nicei, która znajdowała się na Wzgórzu Zamkowym i miała tę samą patronkę – oznajmiła tonem dobrze zorientowanej w temacie przewodniczki.
– Czy ty jesteś katolikiem, czy traktujesz zwiedzanie ze mną tylko turystycznie? – zapytała go półszeptem.
− Ciii, później ci powiem. W kościele się nie rozmawia.Miał bardzo ładny uśmiech.Ogarnął ich chłód i tajemniczość, które mieszkają we wszystkich katedrach. Z witraży i obrazów spoglądały na zawsze uwięzione postacie świętych. Na obrazie, który był kopią Murilla, Maryja troszczyła się o malutkiego Jezusa i św. Jana. Najpiękniejsza była jednak w kaplicy figura Matki Bożej. Marysia uklękła. Niezależnie od tego, co Krzysztof o niej pomyśli, czuła, że powinna się tutaj pomodlić. Skąd taka potrzeba? Upłynęło sporo czasu, gdy modliły się z Mariką o wyzdrowienie Jeremiego. Gdy nie wiadomo było, czy wyzdrowieje po wypadku, w którym ratował Marikę[1].  Później, przed szkolnymi testami zaklinała któregoś ze Świętych, by jej pomógł albo świątecznie witała małego Jezuska. Mówi się, że kościoły odwiedzane po raz pierwszy mają swoją magię, a modlitwy w nich składane – zostają wysłuchane. I z takim założeniem, Marysia prosiła teraz o pomyślne zdanie egzaminu do Akademii, o zdrowie dla całej rodziny i o spotkanie prawdziwej miłości. Modlitwy zakończyła zdaniem, które kiedyś słyszała podczas rozmowy  Leonii z jej mamą, Iwoną. To było jeszcze dawniej, przed ich przyjazdem do Nowego Jorku, gdy mama przeżywała rozwód z tatą, który odsiadywał wyrok za handel narkotykami.
− Wiesz Iwonko, o co ja się często modlę – mówiła babcia w zamyśleniu – o zdrowie, ale przede wszystkim, żeby dobry Bóg dał siły i pomógł znieść wszystko, co jest mi w życiu przeznaczone.
Ciekawe… I babcia świetnie sobie radzi – podsumowała Marysia w myśli. Poszukała wzrokiem Krzysztofa, który stał przed tablicą ogłoszeniową umieszczoną w kruchcie[2] katedry. Gdy podeszła, wskazał jedną z informacji:
(…) Jest do dziś miejscem zgromadzeń liturgicznych wspólnoty katolickiej, a także ośrodkiem kultury, gdyż odbywają się tu w ciągu całego roku recitale i koncerty.
− Może kiedyś przyjedziesz i dasz recital albo weźmiesz udział w koncercie, na przykład kameralnym?
− Ty marzycielu! – powiedziała z uśmiechem. − A może wcale mnie nie przyjmą i wrócę  niepyszna do Jefferson?
Klepnęła go w ramię i wyszli na przedkatedralny plac. Chciała zapytać, na którą godzinę są umówieni z Véronique i Peterem, gdy właśnie rozdzwoniła się jego komórka. Z rozmowy wywnioskowała, że Van Loc pozałatwiał wszystkie sprawy niecierpiące zwłoki i oboje mogą wracać do ich towarzystwa. Umówili się na Promenadzie Anglików, w tym samym miejscu, w którym się rozstali. Przyszli uśmiechnięci, zadowoleni, chyba między nimi zaiskrzyło, a przedpołudnie spędzone w miejscu pracy Van Loc’a, nie było dla Véronique uciążliwe. Może wprost przeciwnie? Takie wrażenie odnosiła Marysia i w duszy cieszyła się, że jej chytry plan może dać pozytywne rezultaty. Postanowili teraz razem zjeść coś na ciepło, jakieś danie francuskie i zatrzymując się przed kolorowymi stojakami z menu, jakie prezentowała każda restauracja, czytali głośno i wybierali:
− Steki w sosie pietruszkowym?− Kurczaki nadziewane orzechami lub migdałami?− Polędwica w cieście francuskim?
− Bażant w winogronach?− Na co macie ochotę? – pytał Krzysztof, odwracając kartę proponującą sałatki.

− Żadnego bażanta! Gdy pomyślę, jak oskubali i upiekli tego pięknego ptaka, robi mi się słabo – powiedziała Marysia. Wezmę muszle, do nich sos czosnkowy i jakąś sałatkę.
− A jeśli zamówię tego kurczaka pieczonego z orzechami, to spróbujesz ode mnie? – Krzysio objął ją z uśmiechem.
− Wyjem ci orzeszki! A wy, co weźmiecie?
− Chyba te steki. Chętnie spróbuję ich pietruszkowego sosu. Jakoś dotąd nie dodawałam pietruszki do steku  – zdecydowała Véronique – nie wszyscy ją lubią.
− Umiesz gotować?
Temat wyraźnie zainteresował Petera. Zresztą, jego postura też wskazywała na to, że lubi dobrze i smacznie zjeść.
− Jeszcze jak! Gdy ona króluje w kuchni, to wszyscy potem palce liżą! − zawołała radośnie Marysia. Jej plan wyraźnie nabierał rumieńców.
− Moment! Kto, komu palce liże i dlaczego?
Krzysio zupełnie nie zrozumiał, czemu trzeba lizać? Matka go uczyła, że palce po jedzeniu wyciera się serwetką i noża też nie wolno oblizywać.
− O, mamo! Zaraz będzie jak z tym kałamarzem na początku aresztowania. Pamiętasz? – zaśmiewała się. – Nie słyszałeś po polsku takiego powiedzenia, że coś jest tak bardzo smacznie przyrządzone, że palce lizać?
Myślała, że może się obrazi, ale on powiedział:
− Siadajcie i zamawiamy, bo padniemy zaraz z głodu – a do niej ciszej − nie słyszałem. Paluszki są do całowania, a nie lizania.
Véronique też usłyszała ostatnie zdanie i obie wybuchnęły śmiechem. Prawdą jest, że obcy język ma swoje powiedzonka i przysłowia, ale czy każdy dowcip powinnam mu tłumaczyć? – myślała. Biedny! Ale orzeszki i tak mu wyjem!
Zamówione dania pachniały pysznie. Siedzieli w ogródku przed restauracją, zajadali, popijali czerwonym winem, a Marysia do muszli i sałatki z krabów -  białym Rieslingiem. Rozmawiali swobodnie, dużo żartując i zastanawiając się, kiedy będą mogli znów spotkać się tak, we czwórkę, bo jest nad wyraz sympatycznie. Peter van Loc, intensywnie zapracowany każdego dnia, po wypiciu dwóch lampek wina wyglądał na mężczyznę prawdziwie uszczęśliwionego dzisiejszym spotkaniem, a Marysia, której wino troszkę uderzyło do głowy,  po jedzeniu demonstrowała Krzysiowi oblizywanie paluszków.




[1] zob. Anna Strzelec „Akwarele i lawendy” s.193
[2] Kruchta - przedsionek kościoła.




[1] Spotkanie (franc.)
[2] Naturalnie, z przyjemnością (franc.)
[3] Dzień dobry! Chciałabym zobaczyć się z panią Elżbietą Szarocką. Który pokój? (franc.)
[4] Przykro mi. Pani Szarocka opuściła dziś rano nasz hotel. (franc.)

[5] O nie! Mogę wiedzieć dokąd się udała? (franc.)

[6] Tak. Na lotnisko, w drogę powrotną do Polski (franc.)






DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty