Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

piątek, 4 września 2015

Lato...zaczekaj chwilę...


 

            Już wrzesień! Dopiekły nam upały, oj dopiekły... A może powoli zaczniemy żałować, że słonko się schowało? Zaniedbałam moją stronę, wybaczcie! Trochę podróżowałam, a poza tym nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Dziś, dla poprawy nastroju proponuję Wam fragment, który może troszkę złagodzi nasze "politycznie" zmęczone serca?... Nie protestujcie, proszę, że znów tylko fragment! :) Całość ukaże się jesienią, obiecuję, a nowe Czytelniczki mają czas na nadrobienie zaległości, bo przypominam, że to już czwarta część mojej nowojorsko-prowansalskiej sagi, którą tak miło inni ocenili. Najpierw, oczywiście jeśli Was zainteresuje, wypadałoby przeczytać: 


Z ostatniej części, jest tutaj na blogu, post z 4 czerwca, fragment pt. Marysia powraca... 

A dziś? -  Moja bohaterka- Marysia Morelly dotarła do Antibes w Prowansji, gdzie od kilku lat mieszkają Leonia z Jeremim i prowadząca im dom - Veronique. Jest czerwiec, a koniec miesiąca odbędą się wstępne przesłuchania w Akademii Muzycznej w Gdańsku.                     


     @Spécialité de la Maison


Dom, który chętnie odwiedzała… Jak długo niespotkanego przyjaciela, wiedząc jednak, że on zawsze czeka.

Ile razy przyjeżdżała do Antibes, miała wrażenie, że to jest miejsce, w którym mogłaby żyć. Gdy przed kilku laty zwierzyła się Yvonne, mama powiedziała, że uczucia przynależności jakie ludzie odczuwają, zmieniają się i jej, Marysi z pewnością też się odmieni, bo w zasadzie, to nie dobrze jest przyzwyczajać się do miejsc, ludzi lub zwierząt…
Nareszcie Antibes! Rozpakowała plecak i walizkę, odświeżyła się i przebrała do obiadu. Czuła się wspaniale, emocje powoli opadły i przypomniała sobie te dawne słowa matki. Jak bardzo zaskakująca była wtedy jej filozofia. Ale ich rozmowa miała miejsce w Port Jefferson, po aferach, jakich dostarczył im ojciec i po rozwodzie rodziców. Może teraz matka zmieniła już zdanie?
W każdym razie Marysia uważała inaczej i postanowiła, że będzie wierna swoim przekonaniom. Żadnego kręcenia i nawijania, nie będzie szarości i nudy, bo trzeba mieć swój cel w życiu. A ona miała i ze wszystkich sił postara się, by go osiągnąć!
− Marysiu, czekamy na ciebie! Głos babci zabrzmiał donośnie od strony kuchni.
− Bien, idę!
W jadalni pachniało pysznie. Właśnie tak powinien nęcić rodzinny dom. Pomyślała, że gdy nadejdzie czas, jej miejsce w życiu będzie bardzo podobne. Choć nie koniecznie miała na myśli ten zapach lecz całokształt atmosfery, jaką umieli stworzyć Leonia i Jeremi. No i ta wszechobecna Véronique, która lubiła czasem żartować, że w tym domu czas się zatrzymał.
Jeremi siedział przy nakrytym stole, Leonia kładła przy każdym talerzu lawendową serwetkę i sztućce, a Véronique niosła brytfankę z daniem, które cała rodzina Morelly już dawno okrzyknęła Spécialité de la Maison czyli kulinarną specjalnością tego domu.
Kilka lat temu, podczas ich pierwszego pobytu w Antibes, Marysia, która od momentu przylotu do Nowego Jorku i poznania Jeremiego, wprost chwaliła się, że jest wegetarianką, więc dla niej należałoby gotować coś innego… poddała się!
Rolada z piersi kurczaka w zalewie z żubrówki, nadziewana suszonymi kalifornijskimi śliwkami i owocami żurawiny. Oczywiście pieczona w piekarniku, a nie smażona!
Ivonne miała co prawda wtedy obiekcje – dziewczynki i żubrówka, ale Jacques śmiejąc się, twierdził, że alkoholowy smak jest po prostu jeszcze jedną z przypraw, jak Maggi, czy też zastosowany sos imbirowy Tao-Tao. Marysia spróbowała odrobinę mięsa, łyżeczkę sosu i… wywiesiła białą flagę.
 − Proszę, smacznego! Véronique postawiła na podgrzewaczu małą blaszkę z ziemniakami pokrojonymi w kształcie półksiężyców, upieczonymi dzięki oliwie na złoty kolor,  posypanymi kminkiem i rozmarynem.
− Merci, merci, ależ zrobiłaś pyszności!
− Tak, czekały też na ciebie odpowiednio długo.
Marysia i Véronique darzyły się wzajemnie wyjątkową sympatią. Gdy dziewczynki były młodsze, w czasie wakacji przyjeżdżały do Antibes i madame Leraine przejmowała rolę ich guwernantki. Spędzały miło dwa, nawet trzy tygodnie, a ona bawiąc się z nimi w szkołę, poprawiała ich francuską wymowę, zadawała pisanie krótkich opowiadań lub wierszyków i wspólnie gotowały coś bardzo francuskiego lub piekły razem kruche ciasteczka.
− Nie miałaś jeszcze czasu, by rozglądnąć się po domu, co nowego u nas, prawda? – zagadnął Jeremi wnuczkę, nakładając sobie jednocześnie kolejną porcję pokrojonej w plastry kurczakowej rolady.
− Nie, ale z pewnością i jeszcze dziś. – Marysia uśmiechnęła się, popijając różowe wino, odpowiednie do czerwcowego czasu. Znów pomyślała, że to jest wspaniałe uczucie, gdy można delektować się swoją dorosłością, bo wszyscy tak ją właśnie traktują.
− Przywiozłaś może ostatnie nagrania z Twojej uroczystości? – Leonia tęskniła za wnukami i co jakiś czas, wręcz domagała się aktualnych zdjęć lub rodzinnych nagrań z Port Jefferson.
− Tak, babciu, mam, mam! Marika przegrała specjalnie trzy DVD, a Jasiek dodał nawet ustną dedykację dla Was. Chcielibyście obejrzeć i posłuchać po obiedzie?
Leonia spojrzała pytająco na Jeremiego i widząc w jego oczach gotowość do poobiedniej drzemki, powiedziała:
− Szczerze mówiąc, chyba przydałby się nam teraz odpoczynek po dzisiejszych, porannych przeżyciach, ale mamy w perspektywie przyjemny wieczór, na który już się cieszę, prawda mon Cher?
Jeremi kiwnął potakująco głową, ciesząc się w duchu, że Leonia zawsze potrafi dyplomatycznie i nie sprawiając nikomu przykrości, rozwiązać  temat, nie potrzebując jego zdania.
− Pomogę Veronice ogarnąć stół, dobrze? A wy już idźcie!
Marysia wstała i obie „ogarniały”, jak to młodzieżowym żargonem nazwała sprzątanie po posiłku.
− Pójdziesz też odpocząć? – spytała Marysia, gdy skończyły zmywać, wycierać naczynia i ustawiać na kuchennych półkach.
− Myślę, że tak – odpowiedziała Véronique z uśmiechem.
Zawołała Sally, która też skończyła swój psi obiad i obie wyszły kuchennymi drzwiami do ogrodu.

Marysia patrzyła za  oddalającą się Leraine i powróciła myśl - pytanie, które kiedyś zadała, jak zwykle dociekliwa Marika.
− Czemu Véronique nie wyszła za mąż? Myślisz, że to tak fajnie mieszkać u kogoś i być służącą?
− Marika! Prowadzenie czyjegoś domu, to duża odpowiedzialność i nie zawsze jest się jednocześnie służącą. Poza tym, nie zapominaj, że ona była tu cały czas, po śmierci naszej drugiej babci Josette.
− Nie miała swojego domu, rodziców? – nie ustępowała Marika.
− Nie wiem dokładnie, zapytamy się kiedyś przy okazji Jeremiego, albo babci Leonii.
Tak jednak zostało i ciekawość dziewczynek nie została do dziś zaspokojona. A może Véronique nie spotkała dotąd swojej wielkiej miłości?
Marysia spojrzała przez okno na Véronique, która czytała siedząc w koszykowym fotelu, stojącym w cieniu rozpostartych, jak parasol gałęzi czereśniowego drzewa i pomyślała sceptycznie: – w tym wieku pewnie trudno będzie znaleźć prawdziwą miłość… chociaż, czytałam gdzieś, że na nią nigdy nie jest zbyt późno. Idąc po schodkach do pokoiku na facjatce, uśmiechała się, bo właśnie postanowiła podzielić się wszystkimi wrażeniami z Mariką.


          @Chłodnik z botwinki i Stradivarius

 Rozpakowała walizkę, wyjęła laptop i podłączyła modem. –Jak dobrze, że mają Internet − uśmiechnęła się. Widać, że od czasu, gdy Antibes stało się prawdziwym kurortem, zyskało też absolutne połączeniem ze światem. A co miał na myśli Jeremi, pytając przy obiedzie, czy obejrzała już wszystkie  jego nowości? Ach, miał z pewnością na myśli odświeżenie gościnnego pokoju! Tak, muszę go pochwalić! Jak zapowiadał, pomalował na jasnobłękitny kolor ściany, drewniane deski podłogi też wyglądały na cyklinowane i zakonserwowane lakierem. Firanki w biało niebieską krateczkę, wykończone falbanką z koronką były z pewnością dziełem Leonii. Ich romantyczna babcia! Na komodzie stała porcelanowa miednica, w niej biały dzbanek, co miało imitować toaletkę. Bukiet z suszu i oczywiście lawendy w innym, granatowym dzbanku!  Klimat jest, ale dodamy trochę Jeffersona – myślała, rozkładając swoje kosmetyki, a na starym biurku, obok laptopa nuty i książki. –Ten mebelek też ma swoją historię… Podobno przyjechał z Niemiec, mama załatwiała kiedyś transport, muszę babci zapytać – postanowiła przysuwając sobie bujany fotel i zabierając się do pisania.

Hello kochana Siostrzyczko!
Z pewnością już wiesz, jakie cudaczne przyjęcie mnie tutaj spotkało na lotnisku. Brakowało tylko orkiestry, mówię Ci. Żartuję teraz, ale nikomu z nas nie było wcale do śmiechu. Słyszałam rozmowę babci z mamą i jej relację. Pewnie się mocno zdenerwowaliście, ale cóż, terroryści nie śpią.

Odchyliła głowę na kraciastą, miłą poduchę, którą wyłożony był bujak. Zmęczenie podróżą i doznanymi przeżyciami jednak zwyciężyło. Czy powinna Marice napisać, że...

Zdruzgotani nieoczekiwanym zdarzeniem, szli powoli w stronę parkingu. Leonia ocierała łzy, gdy ona, blada ze złości trzymała Jeremiego za rękę, a pani Elżbieta kręciła z niedowierzaniem głową:  − Proszę się nie martwić, w dzisiejszych czasach takie rzeczy się zdarzają. Wszystko zostanie wyjaśnione. Mają przecież monitoring w samolotach i na lotnisku. Jestem przekonana, że szybko znajdą przestępcę.– A moje skrzypce pani Elżbieto? Mon Dieu, moje skrzypce, za dwa tygodnie mam przecież egzamin! Pani Elżbieta uśmiechała się dziwnie pokrzepiająco. − Poradzisz sobie, do zobaczenia − i odwracając się, pomachała jej przyjaźnie. Co ona mówiła w samolocie? Jakaś rezerwacja w samym sercu Nicei? Hotel Amarilis  przy 5 rue d'Alsace-Lorraine. Czy tam właśnie miała odebrać swoje skrzypce?

Marysia zerwała się przerażona. Za oknem kogut sąsiadów obwieszczał zbliżający się wieczór, a jej kręciło się w głowie i bardzo chciało się pić. Odkładając na później pisanie maila do Mariki, zeszła na dół do kuchni. Było pusto, a na dworze jeszcze jasno. Wszyscy byli w ogrodzie, podlewając gumowym wężem rabaty z warzywami. To znaczy Jeremi trzymał wąż, kierując strumień wody na zmęczone słonecznym dniem rośliny. Véronique z Leonią wydawały od czasu do czasu śmieszne okrzyki, gdy Jeremi kierował krople wody w ich stronę. − Zaraz ci przyniesiemy coś do opłukania ─ śmiała się Leni. − Uspokój się! Véronique już szła do niego z płaskim koszykiem, który był po brzegi wypełniony warzywami, prawdopodobnie na jutrzejszy obiad. Obejmowała go ramionami przyciskając do brzucha, a Jeremi zauważył, że struga wody, jaką puścił przy podlewaniu w stronę kobiet dosięgła bardziej Véronique niż jego żonę. Cienka bluzka w drobne kwiatki z krótkimi rękawami, zebranymi w tak zwane bufki oblepiła jej wydatne piersi. Postawiła koszyk na ziemi, odgarnęła opadające jej na czoło ciemne włosy i uśmiechając się, powiedziała:─  Łobuz jesteś, oczyść tę zieleninę.─ Czemu tego tyle powyrywane?─ Jutro, w porze obiadowej będziemy mieć gości. Kombinujemy z Leni coś jarskiego, co nie znaczy jajecznego ─ roześmiała się.─ Ktoś przyjedzie? Nic mi Leni nie mówiła – powiedział i zaraz przypomniał sobie, że przecież spał po południu, gdy ona czytała książkę przywiezioną przez Marysię. A później obudziła go i poszli do ogrodu.− Ma być niespodzianka. Przyjeżdżają z Nicei. Polej mi tutaj te buraczki.Patrzył na nią z przyjemnością. Znali się już tyle lat, ale ani razu nie pomyślał o niej, jak o kobiecie, którą mógłby mieć… A był pewien, że mógłby, bo jest coś, niczym kosmiczne przyciąganie – kobiety do mężczyzny i na odwrót. I to się wyczuwa. A może ona myślała już o nim, jak o starzejącym się dziwaku, który wielbił tylko swoją żonę? Być może, ale to przecież wcale nie przeszkadzało mu być wrażliwym na uroki innych kobiet. Wizualnie! Uśmiechnął się i klepnął pochyloną Véronique lekko w pupę.− Opowiadaj, kto przyjeżdża?Odpowiedzią była mokra wiązka pietruszki, która wylądowała na szyi Jeremiego. Nie uszło to uwadze Leni, idącej w ich stronę z naręczem margerytek do wazonu.− Rozwiązujecie jakiś problem?− Próbuje wymusić na mnie odpowiedź na pytanie: kto przyjedzie jutro na obiad? − odpowiedziała wesoło Véronique. Zbyt wesoło.

− Niespodzianka będzie jutro, a teraz czas na kolację, jestem głodna.

Marysia widząc, że cała trójka kieruje swe kroki w stronę kuchennych drzwi, oderwała się od okna, przez które śledziła śmieszne zachowanie dorosłych i zaczęła nakrywać do stołu, nie bardzo wiedząc co Leonia zadecyduje. Poza tym, Marysia wiedziała od Yvonne, że babcia już od młodzieńczych lat miewała sny, o których czasem opowiadała, i które w czarowny sposób sprawdzały się. O swoim, popołudniowym śnie właśnie chciała wszystkim też opowiedzieć. Może uda się coś wyjaśnić?                                         

                                             *** 

    Niestety, tego wieczoru Leonia nie znalazła czasu na senne opowieści, bo niecierpiącą zwłoki stała się rozmowa z ciocią Jane, przyjaciółką z Nowego Jorku, a sprawą prawie „wagi państwowej” było zanotowanie przepisu na letnią zupę – tak zwany Chłodnik z botwinki. − Mama nigdy czegoś takiego w Jeffersonie nie gotowała. Marysia wzruszyła ramionami, a Jeremi uśmiechnął się i skinął do niej ręką.

− Chodź, niech one sobie tutaj rozmawiają, pieką czy też gotują, a my pójdziemy na górę, bo chciałbym ci coś pokazać. Czy moja Mademoiselle jest zadowolona z swojego gościnnego buduaru?Marysia lubiła, gdy Jeremi żartował, wyrażając się nad wyraz górnolotnie.− Oczywiście, bardzo, choć zbyt długo tu jednak zabawić nie mogę mon Monsieur.Śmiejąc się, weszli do pokoiku.− Zaraz przekonamy się, że zamieszkała tu młoda dama i artystka. Mówiąc to,  Jeremi podszedł do komody i wyjętym z kieszeni kluczem, otworzył trzecią szufladę. Pochylił się i wyjął przedmiot, na którego widok Marysi pojaśniały oczy.− Ten instrument pamięta  czas młodości mojego ojca, Philipa, a ja zachowałem go z myślą o tobie.Marysia podeszła do Jeremiego i wzięła skrzypce ostrożnie i oglądając ze wszystkich stron zawołała.    – O Boziu, to Stradivarius? Dziękuję Ci!− Musisz je ożywić i nadać znów takie brzmienie, jakie fascynowało słuchaczy przed laty. Ostatnio korzystał z nich Jacques zanim poznał twoją mamę.− Dlaczego nie zabrał ich ze sobą?− Nie wiem. Może przypuszczał, że ktoś po nie wróci? Albo rozumiał, że jako rodzinna pamiątka, należą do mnie ? W obu przypadkach miał rację. Jeszcze smyczek, z pewnością będziesz potrzebować trochę kalafonii. Zaraz poszukam, w moim biurku mam z pewnością w pudełku, a ty sprawdź struny.Jeremi zadowolony z samego siebie i uśmiechnięty schodził po stopniach, a Marysia siedziała oniemiała, ze skrzypcami na kolanach. Serce jej biło radośnie. Takie cacko ma należeć do niej?! Czy to prawdziwy Stradivarius? Skąd wziął się w Antibes, w rękach dziadka Philipe’a?

                                          ***

Leonia siedziała przy kuchennym stole i zapisywała coś w notatniku. Słysząc kroki Jeremiego, przerwała pisanie i podniosła głowę.− Co wy tam robicie? Nie macie zamiaru przyjść do nas na dół?Widząc jego twarz rozjaśnioną uśmiechem, dodała.− A ty z jakiego powodu jesteś taki ucieszony? Pourquoi?Jeremi podszedł do niej bliżej i prawie konspiracyjnym szeptem, powiedział: − dałem jej Stradivaria.− I jak go przyjęła?− O mało nie zemdlała z wrażenia.− Mogę sobie wyobrazić. Opowiesz jej jutro?− Oczywiście. Rozmawiałaś z Jane? Co tam u nich?− Nie narzekała, więc chyba wszystko ok. Mają młodego psa,podobny do czarnego labradora. Jane nazwała go Brysio i podobno cudowny.− A co z tym przepisem?− Mam, mam. Chcesz przeczytać?Jeremi zaglądnął jej przez ramię:


  Botwinka, szczypiorek, rzodkiewka, koperek, surowy ogórek,
jajko ugotowane na twardo, kwaśna śmietana.
Botwinkę podgotować i wyjąć z wody. Pokroić drobno liście i łodyżki. Dodać garść posiekanego szczypiorku, pokroić rzodkiewkę, pęczek koperku, ogórek utrzeć na drobnej tarce. Przyprawić solą, cukrem, śmietaną. Serwować na zimno.
Uśmiechnął się: − a reszta warzyw, co tak namiętnie powyrywałyście?− Zrobimy zapiekankę, ok.?− Oczywiście. Kurczak i ryż?− Oui, mon Cher.

Przytakując mężowi, Leni pomyślała, jak to się dzieje, że przez te wszystkie lata spędzone razem, ich kulinarne upodobania niewiele się zmieniły. Gdyby zaproponowała rybę, też by się zgodził, tak jak wtedy, na Long Island, gdy pierwszy raz jedli razem w tawernie… A później odbyli długi spacer po plaży, brzegiem oceanu…

Podniosła się z krzesła i objęła męża za szyję.
− Coś mi się teraz miłego przypomniało. Powiem ci na górze, tylko najpierw zrobię nam herbatkę, a ty mógłbyś zaglądnąć do Marysi? Masz tę kalafonię dla niej?

Kalafonia była potrzebna dopiero następnego dnia, bo na pięterku domu panowała cisza. Jeremi uchylił po cichu drzwi i zobaczył dziewczynę leżącą w lawendowym łóżku, a obok niej spoczywał Stradivarius, któremu podarowała nawet kawałek poduszki.
Widok był rozczulający i Jeremi był pewny, że dopiero jutro Marysia zasypie go pytaniami.

                                      ***

   Pachniała śniadaniowa kawa, gorące croissanty i morelowa konfitura. Tradycyjne petit déjeuner[1] u nich, w Antibes. W niedzielę za to jajko na bekonie i placek z wiśniami, albo śliwkami, zależnie od owocowego sezonu.
Siedzieli wszyscy przy kuchennym stole, a pogoda zapowiadała się znakomita. Marysia już miała ochotę rozpocząć konwersację, bo tematów do zapytania zebrało się jej sporo, gdy od strony ulicy usłyszeli auto, które zatrzymało się dość głośno na żwirowej powierzchni przed ich domem. Véronique wstała i podeszła do okna, a potem zakomunikowała: Są!




[1] Pierwsze śniadanie ( franc.) 

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>                                            








środa, 24 czerwca 2015

23 czerwca...


Kilka słów dla Taty...



Nie poznałeś mnie

a może byś i pokochał

nie brałeś na ręce -

bo nie było nam dane


W jesiennym zmroku

plany i marzenia

z rzecznego mułu ulepione

los zabrał -



Tato

córką i matką jestem

w Twoim wiecznym śnie

od dawna...


 Pamięci Józefa Leszczynieckiego /


 
Emot

czwartek, 18 czerwca 2015


   Jak miło! 
 Przed chwilą odebrałam następujący mail... 
Emotikon smile
Szanowna Pani Anno,
tradycyjnie, tym razem z okazji naszych siódmych urodzin, przygotowaliśmy
małe podsumowanie. Przy okazji tej rocznicy chciałbym Pani serdecznie 
podziękować za wkład w nasz miesięcznik, a ponadto pogratulować, ponieważ
jeden z Pani artykułów znalazł się w gronie najchętniej czytanych w ciągu
ostatnich 12 miesięcy:
Gratuluję i oczywiście czekam na kolejne teksty.
Pozdrawiam serdecznie
Witold Wieszczek
--
LIBERTAS.PL
Miesięcznik Ludzi Wolnych

www.libertas.pl


Od siebie dodam, że najczęściej czytanym był   http://www.libertas.pl/wywiad_z_jerzym_rostkowskim.html




niedziela, 14 czerwca 2015






Delektowałam się moją kawą od rana :)
Chociaż przyznacie, że...



Autor może także delektować się dobrą recenzją, jaką otrzymały jego książki. Cieszyć się niczym miłą nagrodą za pracę, którą włożył w kreowanie postaci i ich przygód, charakterów, które może nawet oceniać i krytykować, bo oni – bohaterowie powieści żyją już swoim własnym życiem. Ciekawe prawda? Można z nimi nie tylko rozmawiać, ale i przewidywać, jak w zaskakującej sytuacji postąpią...
I to jest wspaniałe, bo jedyne, co mamy naprawdę, gdy kreujemy historię cudzego życia.














Anna Strzelec - Schuetz

czwartek, 4 czerwca 2015

"Marysia..." powraca :)


  Moi drodzy Czytelnicy!


Przyznać muszę, że z pewnym nawet przerażeniem spojrzałam na datę ostatniego wpisu na moim blogu...
Tak się złożyło: operacja, reanimacja, reinkarnacja, rehabilitacja i znów jestem z Wami! :) 

Razem ze mną powróciła też bohaterka mojej szóstej książki - Marysia Morelly, której marzy się kariera i sława skrzypaczki.

 Dziś dla Was, z serdecznymi pozdrowieniami fragment: 


"Marysia - wnuczka Leonii"


 Prolog:

(…) Marysia niecierpliwie rzucała co chwilkę w stronę matki pytające spojrzenia i gdy ta skinęła potakująco głową, pobiegła do drugiego pokoju, gdzie jeszcze stały ich bagaże. Po chwili przyszła z triumfującą miną i stanęła przed Jacques’em.
─ Zobacz, mam! ─ powiedziała i podała mu swoje nowiutkie skrzypce i smyczek, a my spontanicznie zaklaskaliśmy w ręce. Cóż takiego? To tylko skrzypce mojej wnuczki, mniejsze niż dla dorosłego artysty, gdy ja wzruszyłam się niesamowicie. Miałam wrażenie, że jeszcze jeden etap zaczyna się w naszym życiu.
Jacques wziął z namaszczeniem instrument, przeczytał nazwę firmy, która instrument wyprodukowała i pochwalił wybór.          ─ „Stagg Music” to belgijska firma produkująca szeroki asortyment instrumentów i akcesoriów muzycznych, właśnie dla początkujących artystów, rozpoczynających swoją muzyczną drogę ─ powiedział do uszczęśliwionej Marysi. (…)
Anna Strzelec „Akwarele i lawendy” /2014/

.......................................................................

           Próbowała uciszyć męczące myśli o wzruszeniu, prawie euforii, jakie towarzyszyły jej momentom pożegnania na lotnisku JFK  w Nowym Jorku. W pamięci, niczym na dotykowej komórce ciągle przesuwały się… najpierw twarz mamy z uśmiechem przez łzy. Jeszcze czuła jej objęcie... Yvonne, zawsze opanowana i nie lubiąca demonstrować swoich uczuć… Marika, rzucająca się na szyję Marysi i wołająca: - tylko dzwoń zaraz, albo pisz! Braciszek, który tak szybko urósł i ściskając ją na pożegnanie, co było raczej do niego niepodobne, szepnął: - zazdroszczę ci… O mało sama się nie popłakała! Do czego to podobne, takie rozstania! Dobrze, że Jacquesa przy tym nie było, bo miał zajęcia w Juilliard School.[1] 
Przez prawie pół roku dyskutowali nad Marysi pomysłem. Od dawna było wiadomo, że jej ambicją jest grać, występować i być sławną jak Jacques. Przez kilka minionych lat towarzyszyły im jej dziewczęce marzenia…, a on - jej drugi mąż i mama chyba najbardziej je popierali. A jednak, gdy ostatecznie poinformowała ich, że chce studiować w Polsce i wysyła już konieczne dokumenty,  wszyscy zaczęli się okropnie dziwić: – dlaczego właśnie tam wybrała uczelnię, a nie w NY, gdy prawie w zasięgu ręki jest „Juilliard”, w której Jacques wykłada?
Mama pytała, czy Marysia dobrze przemyślała swoją decyzję,  ciocia Jane z NY też dziwiła się, chociaż Marysia wiedziała, że ciocia tęskni za krajem i w taką podróż z pewnością wybrałaby się razem z nią.  Leonia i Jeremi też trochę, ale bez dramatów. Babcia, najprawdopodobniej w głębi serca ucieszyła się, że ukochana wnuczka zamieszka bliżej, bo w Europie. A jeszcze bardziej ciocia Patrycja, która była wieloletnią przyjaciółką babci Leonii i dowiedziawszy się o projektach studiów panny Morelly, zaprosiła ją do siebie. Marysia wolałaby wybrać uczelnię w Krakowie, ale ze względu na propozycję cioci, która  potajemnie i z zaangażowaniem zaczęła troszczyć się i dowiadywać o możliwościach i warunkach związanych z przyjęciem zagranicznej kandydatki na studentkę  szkoły muzycznej. Wszystkim więc nie pozostało nic innego, jak przyjąć do wiadomości, że na początku lata Marysia wyruszy do Polski. 

                                            ***                           
     

W podróży samolotem najbardziej lubiła moment startu i za każdym razem ogarniały ją fascynacja i zdziwienie, że dzięki osiągnięciom techniki, to stalowe ptaszysko potrafi wznieść się ponad chmurami. Zgadzała się też ze zdaniem matki, że zbędne są badania kosmosu i wszystkie stacje badawcze zawieszone wysoko w próżni. Marika żartowała ostatnio, że oni tam w górze tylko psują pogodę, bo porządnej zimy u nich już nie ma, wiosna taka króciutka, a latem leje. Jean Antoine, nazywany czasem przez mamę po prostu Antkiem, albo Jasiem zaraz zainteresował się jaką pogodę mają teraz babcia Leni i Jeremi w Prowansji, bo jeśli tam jest prawdziwe lato, to on bardzo chętnie znów chciałby ich odwiedzić.     
 Oczywiście zazdrościł starszej siostrze straszliwie, gdy w rozmowie z Iwoną wynegocjowała przerwę w podróży do Gdańska, lądowanie w Nicei i krótki pobyt w Antibes.
Marysia lubiła rozmowy i przekomarzanie się z rodzeństwem. Wiedziała, że będzie jej z pewnością ich brakować i całej rodzinnej atmosfery, ale trudno. Decyzja zapadła, życie musi toczyć się dalej. Podobno Leni prawie skakała z radości, a Jeremi przed przyjazdem Marysi, postanowił w ekspresowym tempie odnowić pokoik na piętrze domu i zawiesić świeże dekoracje z ziół, aby wnuczka czuła się u nich prawdziwie prowansalsko. To było miłe i trochę śmieszne, ale przecież kochała ich bardzo i cieszyła się na spotkanie w domu, który pamiętał czasy małego Jeremiego i jego rodziców. Szkoda, że  ich nie znała. Na cmentarzu w Antibes pozostały nagrobki, w platanach śpiewały ptaki, a fotografie w starodawnych albumach przypominały francuskich krewnych. Teraz będzie mogła spędzić początek lata z Leni i Jeremim. Po ich wyjeździe do Prowansji, Port Jefferson dziwnie opustoszało. Kilkakrotne odwiedziny w ciągu minionych lat dostarczały wszystkim wiele radości, ale nie rekompensowały nastroju zapamiętanego z dzieciństwa. Lubiły z Mariką wspominać Rachel Thompson, która okazała się być ich dalszą ciocią, pozwalała brzdąkać na swoim pianinie i częstowała gorącą czekoladą... – A pamiętasz naszą Królową śniegu? – uśmiechała się Marika huśtając na bujanym fotelu. – Kto to właściwie był? Marysia kiwała przecząco głową. Zagadka pozostała niewyjaśniona.
Allisson z Manfredem często wyjeżdżali, odwiedzając razem z synkiem meksykańskie Santa Fe i sanktuarium w Guadalupe . Mały Miquel, który po długich staraniach i podobno, dzięki srebrnej bransoletce, którą powiesiła Allisson w bazylice na ścianie podarunków dla Morenity, przyszedł szczęśliwie na świat, stał się ich małym cudem. – Ciekawe – mówiła Marika. Dorośli lubią się zachwycać wszystkim, co małe. A gdy człowiek podrośnie, nie mają dla niego tyle czasu – wzdychała filozoficznie, a już odkąd urodził się Antoine, wszystko kręci się wokół niego. Niewątpliwie „cudowne dziecko”… – Nie dramatyzuj siostro, masz przecież mnie – śmiała się wtedy Marysia.
Żałowała, że nie mogły razem jechać. Od dzieciństwa były bardzo ze sobą związane i odkąd stały się nastolatkami, właściwie nie miały przed sobą żadnych tajemnic. O Dustinie i jego ostatnich zwierzeniach, Marika też wiedziała...
                                            *** 
Westchnęła i rozejrzała się. Obok niej, siedząca na środkowym miejscu, starsza pani czytała numer Newsweeka, który razem z innymi gazetami był gratis dla pasażerów. Miejsce przy oknie zajmował ciemnoskóry mężczyzna, który z przymkniętymi oczami i słuchawkami na uszach słuchał, prawdopodobnie  muzyki. Mijała czwarta godzina lotu. Stewardesy pozbierawszy  opakowania z resztkami posiłku dla podróżnych, zbliżały się z wózkami, proponując gościom przed nocą rozmaite napoje.  
− Mademoiselle? Qui vous donnent à boire?
− Cola avec gin, s'il vous plaît – zamówiła Marysia.



[1] Juilliard School – nowojorska renomowana wyższa uczelnia muzyczna i artystyczna.

Summa summarum jestem dorosła. Skończyłam osiemnaście lat,  lecę sama do Europy i wolno mi się napić drinka – myślała, odbierając szklaneczkę z rąk stewardesy. Pomieszała  cicho kostki lodu i spróbowała napoju. − Marika padnie ze śmiechu, gdy jej opowiem. Starsza pani popijając białe wino, zajmowała się dalej swoją lekturą, ciemnoskóry pasażer zaczął pochrapywać…  O mamo, tyle godzin tutaj – myślała, muszę czegoś posłuchać, bo zwariuję do rana. Odprowadzona uśmiechniętym spojrzeniem swojej sąsiadki, jednym haustem dokończyła drinka, wyjęła słuchawki i poszukała nagrania „Metallicy”.
Stewardesy rozdawały wilgotne chusteczki, poduszeczki i koce, a później przyćmiono też i światła w samolocie. Starsza pani zdjęła okulary, odłożyła gazetę i uśmiechnęła się do Marysi.
 – Dobranoc – powiedziała, przykrywając się kocem. − Zrobimy sobie przytulnie. Marysi, z wrażenia wysunęła się słuchawka z ręki.
− Pani mówi po polsku! To dobrze, bo już myślałam, że zanudzę się na śmierć – roześmiała się przyszła studentka.
− Słyszałam, gdy żegnałaś się na lotnisku z rodziną. To miły zbieg okoliczności, ale teraz śpijmy, jutro porozmawiamy.
− No tak, było dość głośno i spontanicznie, dobranoc pani.
A to heca… Marysia ponownie włożyła słuchawkę do ucha, przypominając sobie słowa babci Leonii, która często mówiła, że życie jest pełne niespodzianek i należy oczekiwać tych najmilszych i absolutnie nie wolno być pesymistą.


                                              ***

Dustin powiedział jej, że nosi w sobie magię i przeznaczenie... że obdarowana jest talentem, którego nie powinna marnować na metal. To był ich przedostatni wieczór. Siedzieli nad zatoką, a on właśnie skończył dla niej grać „Schody do nieba”, które tak bardzo lubiła. On i jego gitara. Nastrój zrobił się dziwny, jak zwykle, gdy nieuchronnie, na horyzoncie życia pojawia się rozstanie. Pojawianie się czegoś i znikanie „na horyzoncie życia” wymyśliła niedawno Marika, pisząc wiersz dla Marysi na pożegnanie. Siostrzyczka z niewątpliwie artystycznym zacięciem, oddziedziczonym po cioci Steffi, która podobno też umiała pięknie malować obrazy, jako reminiscencje z wielu podróży.
Dustin… Tamtego wieczoru Marysia wolałaby, żeby to on chciał wyjechać, a ona zostałaby w domu, mając czas na rozmyślania…, bo przecież wcale nie łatwo jest odgadnąć, kto i do czego właściwie jest stworzony? I dla kogo. Z kim żyć, wspierać, wspólne życie organizować? Zupełnie nie wiadomo i właściwie, nic z tych rzeczy jeszcze nie pragnęła. Przynajmniej na razie... Dustin siedział zamyślony, a ona zaczęła głośno zastanawiać się, czy powinna dalej grać klasykę, której – jak czasem, górnolotnie żartował Jacques, była królewną skrzypcowych dźwięków. A może na studiach powinna zupełnie zmienić profil? I wtedy Dustin powiedział o magii, którą ona w sobie nosi i że… będzie mu jej, Marysi, bardzo brakować.
Teraz poszukała w mp4 nagrania kilku jego utworów, które dał jej przed pożegnaniem. Jak to się stało – myślała, że nie zauważyła dotąd nic w jego zachowaniu, co mogłoby świadczyć o tym, że nie była dla niego tylko koleżanką z Community college, w którym poznali się i studiowali dwa lata, bo było tam taniej, a na czteroletnie studia, jak stwierdzili oboje, zawsze można sobie później pozwolić. Spędzali więc ze sobą sporo czasu, bo oprócz normalnych zajęć, chodzili na próby ich uczelnianego zespołu. Występowali na szkolnych i parafialnych uroczystościach oraz w NY City, a po nich Dustin odwoził Marysię do domu. Śmiali się i często żartowali, ale Dustin nigdy dotąd nie próbował jej objąć, ani powiedzieć coś, co wskazywałoby na to, że… Tak trwało do ostatniego wieczoru…
Lubiła jego typ urody. Wysoki, szczupły o ciemnych, prostych włosach, bardzo niebieskich oczach i przesympatycznym uśmiechu. A gdy grał i śpiewał, dziewczyny, i nie tylko z ich roku były nim zauroczone i z pewnością zazdrościły, że chodzi tylko z Marysią. Tak mówiła obserwatorka -Marika, i że Dustin jest „odlotowy”, a ona może się nim zająć, gdy Marysia wyjedzie. Jej dowcipna siostrzyczka.
 Z całowaniem tego wieczoru też wyszło jakoś spontanicznie, pierwszy raz, ale bardzo przyjemnie i jakby samo zrozumiale, bo rozstawali się po dwóch latach studenckiego bycia razem i nie wiadomo na jak długo. Odprowadził ją później do domu, życzył powodzenia i obiecał, że jeśli mu nic nie stanie na przeszkodzie, to pożyczy samochód od rodziców i przyjedzie na lotnisko. Stała przy wejściu do domu i czekała, że Dustin obróci się i wtedy pomacha mu ręką, jak przy pożegnaniach w niektórych filmach, albo w jednej ze scen baletu „Romeo i Julia” Prokofiewa, którego muzyczny motyw lubiła grać.
Dustin nie obrócił się… W sumie, dobrze, że nie przyjechał na lotnisko, bo spowodowałoby to jeszcze więcej rozgardiaszu przy pożegnaniu. Coś mu stanęło na przeszkodzie… Trudno, ale obiecali sobie zostać w kontakcie… Zabrzmiało to, co prawda trochę oficjalnie, ale, jak to kiedyś mówiła babcia Leonia, o zasadach savoir-vivre, czyli dobrego wychowania, pierwsza pisze lub telefonuje osoba, która wyjeżdża. I tak też będzie.
Ułożyła się wygodniej, na ile to było możliwe, na rozłożonym siedzeniu i postanowiła usnąć. Znów jak slajdy przepływały w jej pamięci sceny z uroczystości zakończenia college. Odbierali dyplomy, z radością i tradycyjnie obracali swoje birety na głowach… Na widowni siedziały zadowolone rodziny dyplomantów… Później koncert w wykonaniu absolwentów i sążniste, szczęśliwe oklaski. Pożegnanie i podrzucanie ze śmiechem biretami w górę, kto wyżej, na skwerze, przed college. Dustin dostał od swojej siostry bukiecik kolorowych frezji i dał go Marysi, więc miała dwa, bo pierwszy, z niesłychanie przejętą miną wręczył jej braciszek. Momenty opuszczania szkoły na zawsze, są radosne i jednocześnie smutnawe. Dziewczyny ściskały się, niektóre spontanicznie i łzawo. Omawiano terminy spotkań w czasie wakacji, gdzieś na tańce, może jakiś wypad nad ocean… Tak było i już się nie powtórzy… Jeden etap życia zakończony. Zobaczyła Dustina, który czekał na nią stojąc w cieniu platanów, rosnących przed szkołą. Szła powoli w jego kierunku, czując znów zapach frezji. Oczy miał smutne i ciemnoniebieskie…− Dlaczego wyjechałaś? – zapytał. – Miałem ci jeszcze tyle do powiedzenia… Dotknął jej ramienia, powiedział jeszcze: − excusez-moi… a ona zdziwiła się, że Dustin zna język francuski i za co ją przeprasza .
– Excusez-moi, madame – usłyszała ponownie i otworzyła oczy. To ciemnoskóry towarzysz podróży usiłował minąć jej miejsce, podczas gdy ona wyciągnęła swoje długie nogi na całą szerokość przejścia.
– O, pardon! – Marysia próbowała strząsnąć z oczu resztki snu, ale powrót do rzeczywistości był trudniejszy, niż kiedykolwiek. Skąd Dustin i zapach frezji? I tak bardzo sugestywnie... Leżała jeszcze przez chwilę z zamkniętymi powiekami, gdy przypłynął do niej znów znajomy zapach. Obróciła głowę w stronę swojej sąsiadki i uśmiechnęła się widząc ją, odświeżającą sobie szyję i dłonie wilgotnymi chusteczkami.
 − Dzień dobry, ależ mocno zasnęłam.
Starsza pani pokiwała głową:
− Tak, spałaś jak kamuszek. Lot był spokojny, więc ja też trochę odpoczęłam. Kończysz swoją podróż w Nicei, czy udajesz się gdzieś dalej?
− Do Antibes, a na lotnisku odbiera mnie babcia i dziadek − odpowiedziała Marysia z uśmiechem. Pierwszy raz nazwała Jeremiego „dziadkiem” i ta forma rozbawiła ją.
− Wakacje?
− Właściwie dość krótkie , raczej odwiedziny– zwierzyła się. Muszę dalej lecieć do Gdańska, bo od 22-28 czerwca mam egzaminy na Akademię Muzyczną.
− O, to pięknie – pochwaliła starsza pani. − Na jakim wydziale?
− Skrzypce.
− Dawno już grasz?
− Od dzieciństwa.
Towarzyszka podróży uśmiechnęła się i Marysia miała ochotę jeszcze coś powiedzieć, ale stewardesy zaczęły ponownie rozdawać wilgotne ręczniczki, zbierać koce, poduszki, robiąc jak zwykle niezły rozgardiasz. Mile zaczęta rozmowa została zawieszona. Wrócił też ciemnoskóry pasażer spod okna i zajął swoje miejsce, a obsługa kontynuowała pokładowy rytuał serwując tacki z porannym posiłkiem.
− Jak dobrze, że dali coś ciepłego. Nie lubię zimnych kanapek – komentowała starsza pani, rozpakowując z folii parującą jeszcze zapiekankę.
Przypomniało to Marysi każdorazowe stwierdzenie mamy, która wolała zjeść owoc, albo sałatkę zamiast zmęczonej, małej bagietki z serem lub z salami.

− Tak, ja też – kiwnęła głową i poprosiła stewardesę o kawę.
− Przygotowałaś już repertuar muzyczny?
− Ależ oczywiście! Dokumenty też zostały wysłane zgodnie z wymaganiami. Oczy Marysi zabłysły radością i jej towarzyszka spoglądała na nią z sympatią.
− Lubię muzykę klasyczną, skrzypcową. Uchylisz mi rąbka tajemnicy, co wybrałaś?
− Bardzo chętnie. Mogłam przygotować dowolny kaprys lub etiudę w solówce i wybrałam Niccolo Paganiniego i jego  Kaprys op.1 nr 24.
Sonaty Jana Sebastiana Bacha: Sonatę No. 3 i Trio jego sonat, bo nie mogłam się zdecydować – roześmiała się. Mają żywsze tempo, bo tak szczerze mówiąc, to nie przepadam za Bachem, ale to trio jest dynamiczne i fajnie się je gra. Kocham jego  toccatę i fugę d-mol na organy. Marysia była w swoim żywiole. – Gdy byłam młodsza, odwiedziłyśmy Gdańsk z moją mamą i młodsza siostrą, ciocia zabrała nas na koncert organowy do Oliwy. Ktoś, nie pamiętam nazwiska artysty, grał właśnie te utwory. To była uczta!
− A dlaczego skrzypce stały się twoim instrumentem?
− Ach, to nasza rodzinna, amerykańsko- prowansalska historia. Drugi mąż mojej mamy jest skrzypkiem.
Pogawędka z nieznajomą była co prawda sympatyczna, ale Marysia uznała, że „rąbek” został wystarczająco odsłonięty.
− Zostaje pani w Nicei?
− Tak, postanowiłam podobnie jak ty zrobić sobie przerwę w podróży i zarezerwowałam parę dni w niedużym hotelu, w centrum, skąd, jak to się mówi, wszędzie jest blisko.
I pani Elżbieta pokazała Marysi otrzymany z Nicei kolorowy folder.
 − W samym sercu Nicei – powiedziała.
 − Hôtel Amaryllis, 5 rue d'Alsace-Lorraine.
Niezbyt szeroka ulica z pensjonatami i kolorowymi szyldami, które zapraszały do wejścia. Markety i sklepiki z souvenirami przedstawiały się równie sympatycznie.
Nie przepadam za luksusem i nikt na mnie na czeka.
Zabrzmiało trochę dziwnie, smutnawo, tym bardziej, że starsza pani po chwili wyciągnęła rękę:
− Poznajmy się, Elżbieta Szarocka.
− Maria Morelly. Marysia.
− Jesteś Polką?
− Tak. Nazwisko nadał nam partner mojej mamy.
I znów ogarnęły ją wspomnienia sprzed kilku lat, gdy po narodzinach Jasia – Antosia, Jacques zaproponował Yvonne, aby nadać dzieciom jego nazwisko. Przyjęły ten pomysł z  entuzjazmem, chociaż Marika, jak to ona, wieczorem w ich pokoju, zaczęła filozofować:
− Słuchaj, nie rozumiem, tylko my? A mama? On nie chce być jej mężem?
Marysia, która rozczesywała właśnie swoje długie włosy przed pójściem spać, odłożyła szczotkę i usiadła na łóżku obok siostry.
− Daj spokój, przecież to ich sprawa. Będą chcieć ślub, to go wezmą, a zresztą, czy to takie ważne? Mama już raz miała i zobacz, co się porobiło. Nie będziemy się wtrącać, a ty ani mi się waż ich o to pytać!
− Ojej, pewnie, że nie, ale ja bym chciała mieć ślub z chłopakiem. Marika położyła się i rozmarzonym tonem perorowała dalej: − mieć długą sukienkę z ogonem i dużo jasnoróżowych róż.
Marysia roześmiała się: − to nazywa się trenem, a nie ogonem, ty głupiutka, a poza tym ślub bierze się przeważnie z chłopakiem. Nie miała zamiaru uświadamiać siostry o innych przypadkach życiowych i przyjaźniach męsko - męskich, o których słyszała. Marika przyjęła jej słowa, jako dowcip tej starszej, która zawsze wiedziała wszystko lepiej.
Ależ to było dawno…

                                            ***

Pani Elżbieta obrała mandarynkę i poczęstowała Marysię.
− Za dwie godziny powinniśmy lądować w Nicei. Czy twoi krewni wiedzą, że jesteś już niedaleko?
− Myślę, że tak. Mama obiecała śledzić w Internecie przebieg naszego lotu i kontaktować się z babcią Leonią w Antibes.
− Leonia? Piękne, poetyckie imię.
− Zgadła pani. Ona pisze książki i wiersze. Przepraszam, posłucham trochę muzyki. Marysia założyła ponownie słuchawki i z mp4 zanurzyła się w dźwięki bachowego trio. Leni i Jeremi z pewnością będą chcieć posłuchać jej interpretacji.   

    Nicea
 1.Powitanie   

    Wzruszenie i radość, nie wiadomo których więcej, uczuć, które tak bardzo wypełniają serce, gdy oczekuje się przybycia ukochanej osoby.
Na świetlnej tablicy, w holu Arrivées nicejskiego lotniska zmieniły się numery, pokazując, że Air France z Nowego Jorku właśnie wylądował. Leonia ścisnęła Jeremiego rękę:
− Jest, przyleciała, zaraz ją zobaczymy! O, dzięki ci Boże!
W niezbyt szerokim przejściu ukazał się wreszcie tłumek pasażerów nowojorskiego lotu. Podróżni wychodzili ciągnąc za sobą bagaże, witali się okrzykami radości, ściskając nawzajem, a oni ciągle wypatrywali Marysi…
− Nareszcie, kochanie, tutaj, tutaj!
 Leonia zręcznie ominęła kilka osób oraz wysokiego księdza, za którym zauważyła smukłą sylwetkę Marysi.
Powitania nie mogły trwać długo, bo choć wielki spodek nicejskiego lotniska zachwycał obszernością i wygodą, to tutejsze służby porządkowe niechętnym okiem patrzyły na blokowanie swobodnego przepływu pasażerów.
− Dziewczyny moje, poprzytulacie się w domu.
 Jeremi sam z trudem hamował wzruszenie, ale musiał opanować radosny rozgardiasz.
– Jedziemy do domu, proszę!
Wyjął z ręki Marysi uchwyt sporej walizki na kółkach i roześmiał się widząc, jak cofa drugą rękę z futerałem skrzypiec.
− Wiem, wiem, nie zabiorę ci twojego instrumentu – śmiał się głośno. – Już słyszałem, że prawie nigdy się z nim nie rozstajesz.
Drugie piętro otwartego parkingu, gdzie czekał wygodny, choć nie najnowszy peugeot, którym zwykle jeździła Leonia, było prawie puste. Przed nimi szedł jedynie ksiądz, który również przyleciał z Nowego Jorku, a za nimi - głośno śmiali się i rozmawiali trzej młodzi mężczyźni, szukający najwyraźniej swojego pozostawionego tutaj auta. Nagle Marysi w jednej sekundzie wydało się, że świat eksplodował. Wszystko zdarzyło się jednocześnie. Obok nich z piskiem opon zahamował szary mercedes, z którego wyskoczyło dwóch pasażerów. Jednocześnie ksiądz odwrócił się i z przerażeniem dostrzegła  pistolet, który trzymał w wyciągniętej dłoni. Czarny otwór lufy wydawał się ogromnieć i przesłaniać postać w sutannie. Krótki krzyk Leonii zlał się w jedno z podwójnym, głuchym uderzeniem. Dwa niebieskie vany zdecydowanie zablokowały szarego mercedesa, a z otwierających się gwałtownie drzwi wyskakiwały czarne, zamaskowane postacie w hełmach na głowach i uzbrojone w pistolety maszynowe. Bez ruchu, niczym zahipnotyzowana Marysia wpatrywała się w wymierzony w nią pistolet i, jak na zwolnionych kadrach filmu, zobaczyła ciemnoróżową chmurkę krwi, która trysnęła, gdy kula ukrytego strzelca trafiła dłoń zaciśniętą na broni. Ze wszystkich stron rozległy się krzyki męskich głosów:
Police! Au sol! Au sol!
Zdążyła jeszcze zobaczyć, że ksiądz z krwawiącą dłonią zostaje powalony na ziemię zdecydowanym uderzeniem kolby, a mężczyźni z szarego auta leżą na betonowej podłodze twarzami do ziemi, przyciskani mocno kolanami czarnych postaci, w bojowych kamizelkach z wielkimi literami GIPN. Cały garaż rozbłyskiwał teraz niebieskimi światłami i roił się od uzbrojonych mężczyzn w czarnych mundurach i takich samych kominiarkach. Dwóch z nich stanęło po bokach Marysi uniemożliwiając jakikolwiek ruch, a trzeci wyrwawszy jej futerał ze skrzypcami, zatrzaskiwał stalowe kajdanki na jej wykręconych do tyłu rękach. Było jej słabo i czuła, że może zaraz zwymiotować, gdy prowadzono ją do granatowego busa błyskającego niebieskimi światłami. Zbyt przerażona, nie przyjrzała się okrągłym plakietkom na ramionach każdego z nich, gdzie umieszczono dziwne, skrzyżowane rewolwery na tle sztyletu i jakiś napis, którego nie zdołała przecież odczytać. Zauważyła, że Leonia i Jeremi, otoczeni przez zamaskowanych ludzi również mają na rękach czarne kajdanki.
Biedna babcia i Jeremi, co się właściwie dzieje? Kręciło się jej w głowie, zaschło w ustach. Mamo moja, chyba nas tu nie zabiją?
Gdy w tej przerażającej eskorcie wsiadała do samochodu, usłyszała krótki krzyk Jeremiego:
− Nie bój się, to Groupe d’Intervention Police Nationale [1]– to policjanci!
Nie tak wyobrażała sobie przybycie i przejazd ulicami Nicei. Samochody mknęły szybko z wyciem syren, prawie spychając z drogi innych kierowców. Bez zmniejszania szybkości minęły otwierającą się bramę wysokiego, stalowego ogrodzenia i zahamowały ostro dopiero przed dwupiętrowym budynkiem, pilnowanym przez uzbrojonych wartowników. Czarnych postaci znów było wiele i nie zdołała już zobaczyć Leonii ani Jeremiego. Wprowadzono ją do pokoju, który był nowym zaskoczeniem. Pomieszczenie nie posiadało okien, a niebieskie oświetlenie sprawiało, że poczuła przebiegające po plecach mrówki strachu. Jedynym meblem było metalowe krzesełko z poręczami, do których teraz przykuto jej ręce. Obok stanął uzbrojony strażnik, milczący jak głaz.


                                                       ***

       Rodzinny dom Jeremiego, który od czasu powrotu do Prowansji, poślubienia Leonii i zamieszkania razem z nią w Antibes, stał się prawdziwą oazą wypełnioną szczęściem i wspomnieniami. Dla Veronique Leraine, która opiekowała się domem po śmierci matki Jeremiego, jako córka jej przyjaciółki, był miejscem równie szczególnym. Zadomowiona od lat i poproszona przez Leonię o pozostanie w nim, stała się prawie częścią ich rodziny. Teraz z satysfakcją obeszła pokoje, sprawdzając czy wszystko jest korekt przygotowane, zaglądnęła do kuchni, czy ciepłe, mięsne danie, które było jej specjalnością jest prawie gotowe, gdy rozdzwonił się telefon. Aparat zawieszony na kuchennej ścianie pamiętał czasy rodziców Jeremiego i nadal służył im, jako jeszcze jedno wspomnienie dawnych lat.
− Salut?
− Halo! Veronique?
− Oui!
− Tutaj Yvonne! Czy oni już przyjechali? Dzwoniłam do Leonii, ale jej komórka nie odpowiada. Sprawdziłam, że samolot wylądował w Nicei przeszło godzinę temu!
Ton głosu Yvonne wskazywał na duże zaniepokojenie.
− Ależ proszę się nie denerwować, myślę, że powinni niedługo już być. Może jej komórka się rozładowała?
− Jeremi też nie odpowiada, ani Marysia! – krzyknęła Yvonne. – Powiedz im, że czekamy na wiadomość, natychmiast po przyjeździe do Antibes! Adieu!
− Ależ oczywiście, przekażę! Z pewnością są w drodze do domu.
Veronique powiesiła słuchawkę i ją również ogarnęło dziwne uczucie. Wyłączyła piekarnik, w którym podgrzewała już przygotowany obiad i wyszła przed dom. Usiadła na schodkach i czekała… Gdy wyjadą zza zakrętu, między wzgórzami, ona pierwsza zauważy ich samochód.

                                        ***     



[1] Policyjna Grupa Interwencyjna (franc.)

................................................................















DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty


Popularne posty

Popularne posty