Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

środa, 10 września 2014

KIM BYŁA KRYSTYNA SKARBEK... ?



           Wczoraj mój „kolega po piórze i klawiaturze” Autor Jerzy Rostkowski zastrzegł, abym nie zdradzała tajemnic Jego „Muszkieterów”.
Ripostą będzie, że powierzone mi tajemnice zawsze zachowu
ję dla siebie…
jednakże temat kobiet należących do organizacji podziemnej nazwanej Muszkieterami jest dla mnie tak fascynująca, że kilka obiecanych zdań muszę napisać. Dlaczego współdziałały te, pochodzące między innymi z arystokratycznych kręgów polskiego społeczeństwa? Dlaczego z narażeniem życia swojego i członków rodzin walczyły przenosząc meldunki, tajne i zaszyfrowane dokumenty na terenie całej Europy?
Odpowiedź jest prosta: były wielkimi patriotkami i myślę, że jest to sposób walki, który dostarcza adrenaliny niczym narkotyk. Kto raz po niego sięgnie… Na szczęście w pozytywnym tego słowa znaczeniu!

Kim była jedna z nich – KRYSTYNA SKARBEK?
Przyszła na świat w Trzepnicy ( na dzisiejszej Ukrainie) 1 maja 1908 roku. Była piękną i utalentowaną, urodzoną w arystokratycznej ( po ojcu) rodzinie, od dzieciństwa lubiącą konną jazdę, władającą perfekt językiem angielskim i francuskim. Wykształcona, pełna wdzięku, elokwencji i dowcipu. W okresie międzywojennym kandydowała w wyborach Miss Polonia, znalazłszy się w ścisłym finale, a kilka lat później została wybrana Miss Nart w Zakopanem. Jej osobiste walory sprawiały, że uwielbiano ją w towarzystwie, a ona sama lubiła być też zakochaną i wychodzić za mąż.
Początek II wojny światowej i...
atmosfera miłości ojczyzny i walki z przeciwnościami losu w domu rodzinnym ( jej matka była Żydówką ) spowodowały, że Krystyna Skarbek została POLSKĄ, a nie brytyjską agentką wywiadu i pracowała dla organizacji podziemnej „Muszkieterzy”, której szefem został Stefan Witkowski.
Przyznam, że ze wzruszeniem czytałam manuskrypt książki Jerzego Rostkowskiego… a później napisałam wiersz dla Krystyny i o Krystynie Skarbek. Umieszczam go i chociaż trochę będzie Wam wiadomo o jej działalności i odwadze…

Nie zatańczę z wami tej zimy panowie
i kwiatów mi już nie ślijcie
Na cóż nam rauty i party
gdy ojczyzna w potrzebie?
Mnie czas narty jak skrzydła
znów przypiąć i w drogę!
Sosny zakopiańskie i kosodrzewiny
bądźcie mi przyjazne
tatrzańskie kozice kryjcie moje ślady
walizeczka ma wypchana
tym, co jest najdroższe
odwagą, nadzieją i zwycięstwa wiarą.
Przez Tarnów do Dąbrowy i nad Dunaj
który krwią spłynął – wiodły moje drogi…

Dziś… na sztylecie „kochanka” – ludzka zdrada!
Stefanio, Heleno… kiedyś się spotkamy
i chociażby zza grobu prawdę opowiemy
See you…
………………..
Stefania, Helena – wspomnienie o Stefanii Hanausek pseud. Puma
i Helenie Marusarzównie, współpracujących w organizacji „Muszkieterzy” .

Okoliczności śmierci Krystyny Skarbek są znane, a kto za tym się kryje? Prawdę zachowywali ludzie, którzy byli jej bliscy i częściowo też zabrali ją na drugą stronę tęczy...


Anna Strzelec
Źródła: Jerzy Rostkowski "Świat Muszkieterów-zapomnij albo zgiń"
http://wmrokuhistorii.blogspot.com/2014/01/krystyna-skarbek-ulubiony-szpieg.html
 



Miejsce wiecznego spoczynku Krystyny Skarbek na cmentarzu St. Mary w Kensal Green,        w południowo-zachodnim Londynie.

MÓJ POST DOTYCZY PROGRAMU, O KTÓREGO REALIZACJĘ WALCZYMY DO KOŃCA WRZEŚNIA, ZOSTAŁO NAM TYLKO 21 DNI!


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wywiad z pisarzem...

Zapraszam do zapoznania się z treścią wywiadu, jaki przeprowadziłam 

                   z pisarzem JERZYM ROSTKOWSKIM - 


Historia drugiej wojny światowej pełna jest nieznanych wydarzeń i niewyjaśnionych tajemnic. O ukrywanych do dziś faktach i tajemnicach polskiego wywiadu z Jerzym Rostkowskim, popularyzatorem historii i autorem licznych książek o tajemnicach drugiej wojny światowej rozmawia 
poetka i pisarka Anna Strzelec.

Anna Strzelec   Jest pan pisarzem, niestrudzonym  badaczem rozmiłowanym w historii, opisującym wydarzenia, których nie zawierają podręczniki historii Polski. Co najważniejsze, każdy nowo odkryty fakt dokumentuje Pan mnóstwem zdjęć kartograficznych i fotografiami zachowanymi przez rodziny wojennych bohaterów.  W jednym z wcześniejszych wywiadów przeczytałam, że uwielbia Pan „ulotny pył tajemnicy drzemiący na starych dokumentach”. Bardzo poetycznie nazwane… ale muszę zapytać, co skłoniło Pana do takiej właśnie pracy i kiedy zrodziła się pasja historycznego odkrywcy?

Jerzy Rostkowski   Często w życiu bywa, że wydarzeniami kieruje przypadek i tak właśnie było u mnie. Zaczęło się w zasadzie od kolekcjonerstwa [śmiech].

AS   Kolekcjonerstwa? Zbierał pan stare przedmioty?

JR   O nie, na to prawdopodobnie nie byłoby mnie stać w takiej formie, w jakiej bym chciał. Ludzie zbierają monety, znaczki, nawet stare butelki, a ja zbierałem fakty.

AS   Jakie fakty?

JR   Różne, ale w zasadzie wyłącznie dotyczące II wojny światowej. Od początku nazywałem je informacjami „nieuczesanymi”, bo takie właśnie były. Kiedy trafiałem na relację, dokument lub informację, o której nikt nie wspominał, której nikt nie znał, to natychmiast lądowała ona w moim archiwum, gdzie początkowo teczki zawierały poszczególne miesiące wojny. Później komputer znacznie ułatwił pracę. Z czasem kolejne „zdobycze” zaczynały układać się w logiczne ciągi faktów i powstawała historia, której nie znałem nawet ja sam.

AS   Jest pan autorem sześciu książek odsłaniających tajemnice wydarzeń II wojny światowej i licznych artykułów związanych z wymienionym tematem. Która z pana książek była pierwszą?

JR   Zadaje mi pani wbrew pozorom  bardzo trudne pytanie [śmiech], bo pierwsza łączy się z drugą, której w zasadzie nie ma i z rzeczywistymi początkami mojej pracy pisarskiej i może w związku z tym mógłbym się spierać, czy książek było sześć, czy siedem.

AS   Czyżby znów jakaś tajemnica?

JR   Fakt – trafiłem na tajemnicze miejsce, zapomniane wtedy, a z tego, co wiem również teraz przez Boga i ludzi. To było na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku w miejscowości Brody na moim ukochanym Dolnym Śląsku. Proszę sobie wyobrazić wrażenia młodego wówczas człowieka, który wchodzi do kościoła, widzi poprzewracane ławki, ślady kul na ścianach, postrzelane, przepiękne witraże, ślady ogniska przed ołtarzem. Jakby wojna przeszła wczoraj, a nie dwadzieścia lat temu. To musiało pozostawić ślad w duszy. I zostawiło, tym bardziej, że już tego samego dnia dosłownie poczułem „dotyk” tajemnicy, trafiłem na fakty, których nie znał nikt i na ludzi, którzy strzegli wojennych sekretów.

AS   I powstała wtedy książka?

JR   Ależ skąd [śmiech]. Przecież wojenne zagadki była wówczas dla mnie terra incognita, byłem całkowicie „zielony”. Wtedy zaczęło się kolekcjonowanie faktów, wspomnianych informacji „nieuczesanych”.  Pierwsza książka – „Zamek Książ – zapomniana tajemnica” powstała znacznie później.

AS   A książka, „której nie ma”? Czuję tu zręczny unik z pana strony.

JR   Ależ pani dociekliwa [śmiech]. Wspomniałem, że w pałacu Brühla w Brodach poczułem dotyk tajemnicy, jeszcze nie została ona rozwiązana i nie czas na książkę o charakterze dokumentalnym, ale jako druga powstała niewielka powieść napisana pod pseudonimem, gdzie autor zmienił jedynie nazwiska i opisy niektórych miejsc. Fakty pozostały prawdziwe, a były sensacyjne. To one połączyły dwa pałace – Brody i Książ. Książka została napisana pod pseudonimem, więc jej nie ma [śmiech].

AS   Żałuję, chciałabym ją przeczytać [uśmiech]. Jerzy, pańska twórczość zawiera w sobie zadziwiająco płynne przejścia pomiędzy niemieckimi a polskimi tajemnicami drugiej wojny. Które z nich są dla pana ważniejsze?

JR   Zacznijmy od tego, że pani pytanie zawiera błąd merytoryczny [śmiech]. To nie moja twórczość, tylko pewnej damy o imieniu Klio. Ja jedynie słucham jej podszeptów i staram się jak najbardziej rzetelnie przekazać je czytelnikom. A już zupełnie poważnie - sekrety drugiej wojny są ciekawostką samą w sobie. Niegdyś myślałem, że najwięcej „białych plam” zawiera historia międzywojennej i wojennej działalności Niemców na terenach obecnie należących do Polski, a które ja w przeciwieństwie do wielu środków masowego przekazu nazywam „ziemiami wyzyskanymi”. Materiały, które zbierałem do wydanej kilka lat temu książki pt. „Rozkaz – Zapomnieć!” (nawiasem mówiąc przygotowuję do druku drugie, znacznie poszerzone wydanie tej pozycji) wykazały, że jestem w wielkim błędzie. Nierozwiązanych poniemieckich zagadek jest bardzo wiele, lecz jestem głęboko przekonany, że dla nas, Polaków ważniejsze powinno być wymazywanie „białych plam” z naszej rodzimej historii, prostowanie kłamstw tworzonych jeszcze podczas wojny i po jej zakończeniu, a powielanych przez różnych, najczęściej rodzimych „dziejopisów”.

AS   Przecież książek poważnych autorów o czasach wojny powstało bardzo wiele, często wspomnieniowych, później poważnych analiz. Pan nazywa ich autorów „dziejopisami”, czyżbym wyczuwała tu jakiś, delikatnie mówiąc dystans?

JR   Ten dystans musi być. Musimy pamiętać w jakich czasach powstawała tzw. literatura wspomnieniowa. Przykładem niech będzie bardzo ważna dla mnie książka mego ojca, Henryka Rostkowskiego pt. „Czas powrotu”. Książka ważna, relacja z Powstania Warszawskiego zawierająca prawdę, lecz skażona w dramatyczny sposób nożycami cenzora. Wycięto duży rozdział o przeżyciach ojca podczas dwukrotnego przejścia kanałów pod walczącą Warszawą, usunięto następny o bestialstwach 1. Rosyjskiej Dywizji Grenadierów SS (cenzor stwierdził, że nie było zdrajców narodu rosyjskiego), usunięto informacje o dokumentach z polskich archiwów, do których dotarli w Anglii, bezpośrednio po wojnie ojciec i stryj. Jednak niestety nie tylko cenzura miała wpływ na kształt wspomnień. Bardzo często w materiałach traktowanych przez historyków jako źródłowe stykam się z opowieściami, kiedy najprostsza nawet weryfikacja pokazuje, że są wymyślone dla podkreślenia znaczenia osoby autora, lub wręcz ukrycia jego błędów. Przykłady można tu mnożyć godzinami. Osobna i najsmutniejsza dla Polaka część, to bardzo trudne do rozszyfrowania materiały będące wynikiem większych spisków i manipulacji mających ukryć przestępstwa natury politycznej, finansowej, albo mające na celu przejęcie władzy, osiągnięcie wysokich stanowisk i usunięcie osób z przeróżnych powodów niewygodnych. Bywa, że stoją one na granicy zdrady narodu i ojczyzny.

AS   Czyli nie można wierzyć nikomu?

JR   Ależ nie. Jest bardzo wielu rzetelnych historyków uważnie i wnikliwie analizujących dokumenty i wyciągających właściwe wnioski z dostępnych materiałów. Wielu, których nie przeraża gigantyczna praca, którą trzeba włożyć w poszukiwanie prawdy. Niestety wielu - i tych właśnie nazywam „dziejopisami” przepisuje wcześniej publikowane teksty ciesząc się, że bibliografia w ich dziełach jest bardzo bogata, a są też i tacy, którzy wcale nie podają źródeł swych „informacji”.

AS   Przeczytałam na pana blogu, że książka, o której wydanie stara się Pan od dwóch lat nosi tytuł: ” Świat Muszkieterów - zapomnij albo zgiń”. Jakie kontrowersje zawiera w sobie, że tak trudno jest ją wydać?

JR   Moim zdaniem ta książka nie zawiera żadnych kontrowersji. Kontrowersja to przecież różnica zdań, rozbieżność sądów albo spór, dyskusja, polemika. Nie wchodzę w żadne spory, a jedynie przedstawiam dokumenty i relacje, jakie udało mi się odnaleźć. Wyciągam z nich wnioski, jak sądzę bezsporne, choć czasami tragiczne i smutne. Jestem przekonany, że to czytelnik powinien ocenić, czy autor książki jest idiotą, czy może dotychczas stykał się w przedmiotowej sprawie z manipulacją i fałszywym wybielaniem naszej historii. Jeśli jednak nim nie jestem, to my - Polacy, powinniśmy pamiętać o naszych prawdziwych bohaterach i ich dokonaniach, pamiętać o ludziach, którzy dla nas poświęcali życie.

AS   Muszkieterzy – ale nie francuscy muszkieterowie – choć zapał i waleczność bardzo podobne.  A jaka jest etymologia nazwy tej konspiracyjnej, podziemnej organizacji  „Muszkieterzy”?

JR   Zmusza mnie pani do zdradzenia jednej z tajemnic książki. Gdzie diabeł nie może tam… [śmiech]. Cóż, odpowiem, bo często zadawano mi już pytanie dlaczego używam na przemian form: Muszkieterzy i Muszkieterowie, a jeden z dyskutantów nazwał mnie wręcz grafomanem, bowiem nasz język zna jedną, prawidłową  nazwę – Muszkieterowie. Odpowiedź niech będzie także ukłonem w stronę naszych „dziejopisów”, z których żaden nie pokusił się na wyjaśnienie tego, jakże dla nich skomplikowanego problemu. Otóż posługuję się jedną i drugą formą podobnie jak… Stefan Witkowski, twórca i szef tej wspaniałej organizacji wywiadowczej. Forma zależała ściśle od treści, lecz znać ją może jedynie ten, kto zetknął się osobiście z dokumentami sygnowanymi nazwiskiem Witkowskiego, a nie ten, kto cudze książki jedynie przepisuje z wielu składając „nową” całość [śmiech]. Fakty wyglądały następująco. Przyszły szef podziemnej organizacji wywiadowczej we wrześniu 1939 roku zorganizował kilkudziesięcioosobowy oddział konny walczący pod rozkazami generała Franciszka Kleeberga. Jego żołnierze uzbrojeni byli w doskonałe polskie karabiny przeciwpancerne wz. 1935 przez swą znaczną długość zwane powszechnie w wojsku „muszkietami”.  Oddział Witkowskiego odnosił znaczne sukcesy w walkach z niemieckimi i sowieckimi jednostkami pancernymi, a wojsko Grupy Operacyjnej „Polesie" zaczęło wkrótce witać jego jeźdźców radosnymi okrzykami – Muszkieterzy, Muszkieterzy jadą! I taką właśnie nazwę nadał Witkowski tworzonej organizacji – „Muszkieterzy”. Wobec osób, jej członków używał w swych pismach formy prawidłowej – Muszkieterowie. Takie właśnie, udokumentowane formy przyjąłem w mojej książce.

AS   Kim był Stefan Witkowski?

JR   Kolejno – bardzo zdolnym studentem, wynalazcą z przynoszącymi spory dochód patentami, oficerem polskiego wywiadu, dowódcą oddziału GO „Polesie” w stopniu porucznika, dowódcą konspiracyjnej organizacji wywiadowczej o europejskim zasięgu - w stopniu kapitana.

AS   Czytałam Pana artykuł  „Gwiazda wśród Muszkieterów” opublikowany w jednym z numerów „Uważam Rze Historia”. Był zwiastunem książki, o której wydanie pan się stara. Przyznać muszę, że zafascynowała mnie  postawa kobiet należących do organizacji, ich dzielność i poświęcenie. Wszystkie zasługują na uznanie, ale ponieważ wspomniał Pan w tytule artykułu o „gwieździe”, to była nią niewątpliwie Mieczysława Ćwiklińska - aktorka międzywojennego i powojennego polskiego kina i teatru. Wydarzenia, które Pan opisuje poruszyły mnie do głębi serca i napisałam wiersz, który pozwolę sobie przytoczyć:

Przyjacielu drogi, jakże mi przykro
już się nie spotkamy…
nie zapomnę kawiarenek, gdzie z rąk moich
kawę odbierałeś adrenaliną słodzoną,
twoje zaufanie, moje cenne wieści
co służyły wspólnej, słusznej misji
i jednemu słowu „wolność”.
Za kulisami teatru, zanim zaśpiewała
Zanim kadr filmu mego publiczność ujrzała
meldunek biegł do Londynu, a razem z nim wiara…
Teraz – jak drzewo płaczące przy grobie twoim
umierać mogę stojąc…   

JR   Wzruszyła mnie Pani piękna poezja. Sprawiła, że zobaczyłem samotną Ćwiklińską idącą za trumną Stefana Witkowskiego. Tak właśnie było, kiedy za własne pieniądze wykupiła z niemieckich łap zwłoki zamordowanego kapitana.

AS   W organizacji Witkowskiego działało wiele kobiet. Czy ich dokonania były znaczące dla „Muszkieterów”?

JR   Doszedłem do przekonania, że właśnie dokonania kobiet stanowiły o większości błyskotliwych osiągnięć „Muszkieterów”. Bez Klementyny Mańkowskiej, Krystyny Skarbek, Teresy Łubieńskiej, Izabeli Czarkowskiej - Golejewskiej, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Marii Grocholskiej i wielu innych doskonałych agentek o niektórych sukcesach organizacji Stefana Witkowskiego trudno byłoby nawet pomyśleć.

AS   W 1942 r. „Muszkieterzy” byli nazwani przez aliantów najlepszą konspiracyjną organizacją wywiadowczą na terenach okupowanych przez Niemców, a krótko później stali się niewygodni dla Armii Krajowej. Dlaczego zarzucano im niepodporządkowanie się dowództwu Państwa Podziemnego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego? Jak to się stało, że Polacy prowadzili walkę przeciw sobie?

JR   Teraz doprawdy wymaga Pani za wiele [śmiech]. Jest faktem, że „Muszkieterzy” i ich dowódca nie podporządkowali się w sposób ostateczny Armii Krajowej, choć długo z nią współpracowali. Mieli jednak swoje racje odmawiając wykonania tego polecenia. Czy były słuszne? To właśnie, na podstawie umieszczonych w książce dokumentów, relacji i materiałów źródłowych powinni ocenić sami czytelnicy. Moja opinia jest jednoznaczna – zapominając o Muszkieterach zapominamy o polskich bohaterach. Oby ta niepamięć nie była znaczącą skazą na naszym honorze. Więcej szczegółów tutaj zdradzić nie mogę.

AS   Proszę jeszcze wyjaśnić, dlaczego w tytule znajduje się dramatyczne zawołanie; „zapomnij albo zgiń”?

JR   Te dramatyczne słowa kierowane były do członków organizacji, jeszcze długo po wojnie.  Szanse na przeżycie mieli jedynie ci członkowie Muszkieterów, którzy nigdy nie wspominali na temat swojej okupacyjnej działalności. Pozostali ginęli w wypadkach, lub skrytobójczych zamachach. Z informacją, iż wiedza na temat działania Muszkieterów „może zabijać” zetknąłem się nawet w pokoleniu dzieci okupacyjnych wywiadowców, kiedy przeprowadzałem liczne wywiady w poszukiwaniu materiałów do książki.

AS   Czy uważa pan, że książka napisana przez pana ma swoją misję do spełnienia?

JR   Dokładnie, tak sądzę. Już nigdy w życiu nie chcę usłyszeć słów, jakie powiedział do mnie młody licealista podczas jednego ze spotkań z młodzieżą. Kiedy wyjawiłem tym dzieciom jedną skrywaną tajemnicę Września 1939 roku, jeden z uczestników, młody blondyn wstał i powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę: ─ Panie Rostkowski, przecież pan wiedział o tym od lat. Dlaczego pan milczał? Czy nie sądzi pan, że milczenie w sprawie tak ważnej jest rodzajem kłamstwa? Odbierał pan nam prawo do tak istotnej wiedzy, prawo do położenia kwiatów na grobach tych, którzy za nas oddawali życie? Jak się pan z tym czuje teraz, panie Rostkowski? Poczułem się wtedy tak, jakbym zasłużenie dostał w twarz. Nigdy więcej nie chcę tego poczuć i dlatego będę pisać, będę krzyczeć o ludziach i ich dokonaniach. Wierzę, że mój krzyk przywróci nam pamięć. I taka właśnie jest misja książki o Muszkieterach. Niechaj pamięć o Ich wielkości będzie największą, bo jedyną możliwą formą wdzięczności, jaką możemy Im dziś przekazać.

Książka "Świat Muszkieterów – Zapomnij, albo zgiń" Jerzego Rostkowskiego
jest przedmiotem projektu Polak Potrafi dostępnego na stronie internetowej


Dzięki niemu i wszystkim, którzy udzielą finansowego wsparcia zostanie wydana książka o organizacji Muszkieterzy. Musi ona dotrzeć do Czytelników z misją niesienia historycznej prawdy bez niedomówień i zakłamania.

Autorowi – za umożliwienie mi wnikliwego spojrzenia za kulisy historii i osobiste wzruszenia, jakich doznałam podczas ich czytania bardzo dziękuję, a wszystkim Polakom lekturę Jego książek bardzo polecam!


Z Jerzym Rostkowskim rozmawiała Anna Strzelec.

Anna Strzelec



   

wtorek, 5 sierpnia 2014

Krynica Morska 2


   Fragmenty mojej książki dotyczące Krynicy Morskiej już są poniżej, w poprzednim poście. Na czytanie całości zapraszam na: 
http://www.e-bookowo.pl/proza/druga-pora-zycia.htmlhttp://www.e-bookowo.pl/proza/druga-pora-zycia.html 




            Wnętrze kościółka Braci Mniejszych Kapucynów:

            prezbiterium i fresk powyżej głównego ołtarza.




Zdjęcia: Maria Turek - Gdańsk.


   
 Anna Strzelec






piątek, 25 lipca 2014

W Krynicy Morskiej przed laty...


Następnego przedpołudnia „Dozgonny” miał wolne, więc odwieźli mnie na dworzec, uściskali i wsadzili do autobusu relacji Gdańsk – Krynica Morska.


W pamiętniku z sekretarzyka  (2)

Chyba się trochę zdrzemnęłam. Wczoraj wieczorem długo siedzieliśmy razem, popijając naleweczkę porzeczkową z ubiegłego roku produkcji Jarosława, plotkując i oglądając stare zdjęcia. Mary miała jeszcze w planie poczytać mi coś wspominkowego z jej pamiętnika, ale nie wypadało tego robić przy „ Dozgonnym”, więc dałyśmy spokój.

Otworzyłam oczy, gdy mijaliśmy Sztutowo. Gdybym to wiedziała, jak nazywała się dawniej ta mieścina z plażą bielusieńką jak z reklamy Bounty? Nie pamiętam, nie było szyldu, a czytać przecież już umiałam. Stał tylko zwykły przystanek PKS na kiju, a my, to znaczy moja o dziewięć lat starsza kuzynka i ja robiłyśmy wyprawę na dziką plażę z rosnącymi na niej mikołajkami. Woda była płyciutka i przejrzysta, ze śmigającymi spod ręki i nie dającymi się złapać małymi, posrebrzanymi w słońcu rybkami, a las pełen jagód.
 Było to  dawno, tak dawno, że KM. nosiła jeszcze podwójną nazwę Krynica Morska ─ poczta Łysica.
Mój autobus przemierza teraz ten las. Po prawej stronie tory kolejki wąskotorowej, za nimi równie głębokie leśne gęstwiny. Są piękne w swoich odcieniach soczystej, dojrzałej zieleni. Wagoniki kolejki mijają nas i te same pewnie będą wracać. Trochę country. Może znajdę czas, aby i taką eskapadę zrobić? Ale na wszystko mam niestety tylko trzy dni.
Końcowy przystanek, wysiadam i jestem mile podniecona.
Czuję przyjemne łaskotanie w brzuchu.
Na własną rękę wyruszam na spotkanie wspomnień.
***
 
Nie bardzo wiem, w którą stronę się udać …
Powinnam znaleźć ulicę Teleexspresu i pensjonat „U Reni”, gdzie mam rezerwację noclegów. Pytam o nią przechodnia, wyglądającego na tubylca i wędruję ulicą pod górę, mijając kafeterię, piekarnię, kilka smażalni ryb, kioski z pamiątkami, pizzerię, oraz grupy wczasowiczów z dziećmi udające się po obiedzie na plażę.
 Wszystko jest inne, ale fragmenty lasu z wysokimi sosnami, ozdabiające skwery między pensjonatami pozostały. Bogu dzięki, chociaż to. Wysokie, wieloletnie, a więc muszą być te same.
Przy ulicy Teleexpresu, kiedyś Villenstrasse zachowały się też piękne, przedwojenne willowe budynki. Kupiłam po drodze w kiosku ostatnią, leżącą za szybą książeczkę pt. „Dzieje kąpieliska i kurortu w Krynicy Morskiej” i usiadłam na ławce. Czytam stare nazwy ulic, oglądam między stronami czarnobiałe zdjęcia z dawnych lat.
Hotele, których już nie ma, pawilony plażowe i ludzie, którzy w retro romantycznych strojach spacerowali kiedyś po molo.
Ostseebad Kahlberg – Terrasse vor der Strandhalle.
Perełki  dawnych lat. Nostalgia pur i czytając obszerne komentarze dochodzę do wniosku, że autor „Dziejów kąpieliska” musi kochać Krynicę Morską tak samo mocno, jak i ja.
„Podobno ─ jak pisze Dariusz Barton, życie kulturalne w kurorcie toczyło się z wielką werwą już od około 1915 roku. Dziesiątki pensjonatów oferowały swoim gościom rozrywkę na wysokim poziomie, godną najwyższych sfer. W Krynicy nikt się nie nudził, nie narzekał na brak uciech, nie miał wrażenia, że trafił na pustynię pełną piasku z fatamorganą w postaci morza z ciepłymi i zimnymi łazienkami. W przerwach między koncertami, balami czy posiedzeniami przy kawie, towarzystwo przechadzało się po Ulicy Interesów, Promenadzie Plażowej oraz Ulicy Willowej prezentując drogie kreacje, rozsiewając i łowiąc ploteczki wymieniając grzeczne ukłony. W nocne wieczory całowano się przy blasku księżyca, obiecywano sobie dozgonną miłość i rozdzierano naiwne serca.”           
(A mojego serduszka nikt niestety nie rozdarł, bo miałam sześć lat i przybyłam tu 50 lat później. Szkoda!)
„Na Zalewie Wiślanym organizowano regaty, w których regularnie uczestniczyło 50 – 60 jachtów.  Zwycięzcom, złote puchary wręczał burmistrz Krynicy. Odbywano liczne wycieczki piesze po mierzejowych, bajkowych lasach i rejsy „białą flotą” do położonych w pobliżu miast i majątków.
Były do dyspozycji wczasowiczów również kasyna gier i sale bilardowe, a najbardziej popularnymi ─ pensjonaty: Belvedere, Bellevue i Czarny Wieloryb.”
Jakie romantyczne nazwy! Szkoda, że już nie istnieją.
 Mój nazywa się po prostu  „U Reni” i powinnam tam zgłosić już swoje przybycie, bo chyba od godziny siedzę naprzeciw wejścia do wymienionego i posilam się kupioną po drodze w piekarni drożdżówką, błądząc myślami w książeczce o historii tego miasteczka. 
A więc naprzód! Powitałam gospodarzy i zakwaterowałam się w pokoiku trochę większym od dziupli dzięcioła. Wiedziałam, że to jednoosobowe maleństwo z łazienką na korytarzu, ale naprawdę nie potrzebuję komfortu, gdy jak archeolog wyruszam na odkopywanie wspomnień.
Każde moje przybycie nad morze, obojętnie jakie by ono nie było, polskie czy zagraniczne, zaczynam od wędrówki w kierunku plaży. Pokłóciliśmy się o to kiedyś z Horstem... W Lido de Camaiore we Włoszech,  po wyładowaniu maneli z samochodu, Horst zamiast pójść ze mną przywitać morze, położył się na hotelowym łóżku i wziął za czytanie kryminału, a to dla mnie było nie do pojęcia.
    Wyruszam teraz też sama i wcale mi to nie szkodzi. Sosny chwieją się i szumią, morze szumi… Zamiast wybetonowanego przejścia, specjalnie wybieram dziką drogę przez las, bo to jak spacer w dzieciństwie z niepowtarzalnym zapachem torfu i żywicy  wymieszanego już z nagrzanym, południowym powietrzem.
Idę takimi samymi jak kiedyś, piaszczystymi, wydeptanymi ścieżkami, przecinanymi rozgałęzionymi  korzeniami sosen. Przypominały mi wtedy węże ukryte w piachu i trawie. Wyprawiając się tamtego pamiętnego lata, z ciocią i resztą dzieciaków na plażę przeskakiwałam zawsze przez korzenie, nie chcąc nadepnąć węża. Zahaczyłam za to o coś innego,  urywając sandałkowy paseczek, a dalsza wędrówka odbyła się na bosaka.
Zdejmę teraz lepiej moje klapki, bo a nuż historia się powtórzy?
Przed zejściem na plażę ─ stoisko. Sprzedają „Amerykańskie złoto” – czyli gorące kolby kukurydzy, czytam zachęcający napis na prostokątnym kawałku kartonu.
Oj, nabieram apetytu, zaraz sobie jedną kupię, ale najpierw: t a t u a ż. Dawno chciałam mieć. Taki na niby, malowany, podobno ma wytrwać dwa tygodnie. To zależy też, jak często się człowiek myje, prawda? ─ Śmiejąc się wybieram wzór z zeszytu i miła dziewczyna maluje mi na przedramieniu pięknego, grafitowego motyla. 
Pogodę mam piękną  jak na zamówienie, o dzięki Bogowie!
I piasek taki jak dawniej, miałki, piszczy pod stopami. Podwijam nogawki jeansów  i wchodzę po kolana do wody, a potem brodzę brzegiem w kierunku latarni. Siadam pod wydmą i pełnymi garściami czerpię radość tego popołudnia. Mewa przelatuje z piskiem nisko nad moją głową i wtedy dzwoni też komórka.
Horst… On w szpitalu, ja na plaży… On po pomyślnej operacji, założone klamry, za trzy dni może chyba już  wrócić do domu,
Dora u dziadków, wszyscy doglądani przez Frau Kiefer, naszą sąsiadkę, a u mnie słońce zachodzi i po niebie zaczynają snuć się chmurki, jak wyrzuty sumienia.
Nie zdążę wrócić do jego powrotu.
Frau Kiefer i jej męża spotykałam czasem na schodach. Wypytywali o zdrowie teściów, kiwali głowami i mówili: no tak, nie wiadomo jacy my będziemy na starość…
A synowa ─ czarna owca, siedzi sobie nad morzem… Cholera.
Powoli wracam w kierunku małego centrum. W ogródku restauracji, którą mijam gra zespół. Na drzewach zawieszone lampiony robią nastrój, niektóre przytulone pary zaczynają tańczyć. Zadowoleni, opaleni nawiązują znajomości, sezonowe sympatie, a może miłości na całe życie?…
─ Kochać… ta... tam,… jak to łatwo powiedzieć…
Kochać… ta… tam… tylko to, więcej nic… Bo miłooość… ─  zaczyna śpiewać solista zespołu, naśladując Szczepanika.
W studenckich czasach, gdy zamiast do domu jechałam na weekend do Mary, w wałęsaniach po plaży towarzyszył nam Seweryn Krajewski.
─ Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pooośród drzew…
wszystko to w letnie dnii przypomina ciebie mi,
przypomina ciebie mii, sza la la la, o, o, o, o.
Tyle lat, a dalej piękne i słowa pamiętam… jakaś prywatka, jakiś chłopak, jak przez mgłę. Tylko melodia została…
Wrócę do pani Reni, ale muszę jeszcze coś zjeść po drodze. Czuję się zmęczona wrażeniami dzisiejszego dnia.
Może rybka, smażony sandacz lub halibut postawi mnie na nogi?
 I koniecznie lodowate piwko !
A potem spać ! Dobrze, że poduszeczkę, mój jasiek zabrałam ze  sobą z domu. Coś do przytulenia.
***
 O której dzisiaj słońce wstało?
Zapomniałam naładować komórkę, nie wiem, która jest godzina. Wyskakuję z łóżka, wciskam kabel od ładowaczki do kontaktu, włączam pokojowe radio i zaraz potem słyszę w telefonie dzwonek i głos Mary:
─ No i jak ci tam koteczku?
─ Dzięki, jest super. Wyspana, robię kawę i zaraz wyruszam.
─ Jasne, po to tam przecież pojechałaś.
─ Buziaki, do wieczora!
Rozczochrana  jestem. Faktycznie jak kotek i to angorowy, bo włosy w nieładzie, jakieś pokręcone, ale motyl jest, siedzi dalej na moim ramieniu. Lecę pod prysznic. Motyla nie myję, Horst musi tato zobaczyć. Grzałką zagotowuję wodę, rozpuszczalna neska, słodzik, śmietanka w małych pojemniczkach. Czuję się trochę jak na obozie wędrownym , gdy pakuję do plecaczka ręcznik, kostium kąpielowy, mleczko przeciwsłoneczne i przybory do pisania. A nuż mi coś do przyjdzie do głowy, co trzeba będzie natychmiast zapisać?
Zaglądam jeszcze raz do książeczki –jak przewodnika i ogarnia mnie  wzruszenie. Przy ulicy Teleexpressu mieści się kościółek, do którego chodziłam czasem z ciocią. A więc już wiem, w którą teraz pójdę stronę.
„Bracia Mniejsi Kapucyni w Krynicy Morskiej
Parafia pod wezwaniem św. Piotra Apostoła i św. Franciszka z Asyżu” – czytam historię kościoła umieszczoną na tablicy przy wejściu do wnętrza.
„Obecność kapucynów związana jest z pierwotną kaplicą pod wezwaniem Gwiazdy Morza, która wybudowana została w okresie międzywojennym, a poświęcona 1939 roku przez biskupa warmińskiego. Po wojnie pierwsi bracia kapucyni przybyli z prowincji warszawskiej.
Ponieważ tereny objęte kapucyńską opieką duszpasterską obejmowały też strefę przygraniczną, władze PRL-u prowadzące politykę  antykościelną postanowiły ograniczyć działalność posług sakramentalnych. Otuchą dla duszpasterzy i wiernych była wizyta Stefana Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Polski w Krynicy Morskiej 24 kwietnia 1958 roku. Niestety w 1964 roku, przebywającym przy kościele kapucynom wręczono pisemny nakaz opuszczenia Krynicy M ”. Biedni braciszkowie.
I co, wyjechali? Niee! Jak głosi historia ─ „zamieszkali w dwóch niewielkich  piwnicznych pomieszczeniach  pod kościołem.
Pomimo dużego napływu wiernych (poza sezonem parafia liczy tylko około tysiąca osób) msza św. mogła być sprawowana tylko we wnętrzu małego kościoła.
I w takich warunkach dzielni zakonnicy pracowali aż do 1978 roku.
29 maja 1978 roku ustawiono na placu przykościelnym łódź, na której sprawowano mszę św.”
Wszystko się zgadza. To miejsce ma nastrój.
„Z czasem wybudowano za kościołem nowy klasztor, w którym mogli zamieszkać duszpasterzujący kapucyni.”
 Zrobiłam kilka zdjęć i weszłam do środka kościółka. Lubię małe, wiejskie kościoły. Duże – zachwycają swoją monumentalnością, bogactwem, ale przytłaczają mnie. One są jak obszar bez ścianek działowych z kanapą na środku pokoju.
 Małe kościoły są przytulne i tajemnicze, swojskie.
 Tu mieszka Pan. Drewniane sklepienie, strop z belkami, okienne witraże na  bocznych ścianach wpuszczają rozproszone, kolorowe światło.
Nad głównym ołtarzem, w dość nowoczesnym stylu  bardzo ładne malowidło. Na nim Chrystus stojący na barce, a wokół  zebrani Apostołowie. Poniżej krzyż, taki sam jak przy łodzi na dworze. Chodziłam tutaj z ciocią przed laty, ale niewiele pamiętam. Wtedy wnętrze z pewnością  było inne, ale dziś cieszę się, że odnalazłam je.
─ Dzięki Ci Boże za Horsta, za dzieci moje i wnuki, i daj mi proszę siły, abym mogła znieść wszystko to, co dla mnie jeszcze przewidziałeś. Amen.
I wychodzę na słoneczną ulicę. Teraz czas na plażę!








Zbiegam innym dojściem po chodnikowych płytach i już jestem obok plażowej tawerny i wypożyczalni drewnianych, białych leżaków. Zamiast nich, dawno temu stały kosze, które miały wypisane na plecach swoje numery.
Ciągnę jedną Liegę[1] za sobą, zapadam się co chwilę w piachu i parkuję niedaleko
wydmowego wzgórza.
Młody chłopak, obsługujący wypożyczalnię włączył głośnik z muzyką. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku Piotr Szczepanik zawładnął Krynicą. Teraz lecą „Żółte kalendarze ”. Przykrywam leżak ręcznikiem, wyciągam się jak długa i odpływam.
Przez zmrużone powieki widzę słońce trochę przysłonięte welonikami chmur, lekki wiaterek, drobne fale przy brzegu, delikatny plusk… Pięknie!
─ Jaaagodzianki ! Jaaagodzianki proszę! Komu jaaagodziankę ?
O matko, jagodzianki też jeszcze tutaj pieką?
Zrywam się, biegnę  i nabywam z leżących w wielkim koszu, dwie pachnące, świeżutkie bułeczki, które oferował okrzykiem spalony słońcem, starszy pan. Obnośna sprzedaż jagodzianek na plaży... to jest historia!!!
Ciocia kupowała nam  też, ale tylko po jednej, bo liczba wakacyjnej dzieciarni w wieku przedszkolnym była spora sama rodzinka, nie moja, ze wujka strony: Anielka (jedyna nastolatka), Marysia, Hania (były dwie, ona i ja ) oraz najmłodszy, trzyletni Antek. Zapamiętałam go najbardziej, bo latał nago, miał czarne, kręcone loki i ze śniadą karnacją wyglądał jak Murzynek Bambo.
Podobno od kilkunastu lat mieszka niedaleko Londynu.
Upilnować taką gromadkę, to było nie lada wyzwanie dla mojej cioci!
No i zabrać jedzenie dla wszystkich… Coś tam pomagaliśmy nosić, za bardzo nam, jak to ze starszymi dziewczynkami bywa, się nie chciało  Wody ani soku się nie zabierało, tylko jakieś owoce, bo ciocia twierdziła, że pijąc w upale, jeszcze bardziej będziemy spragnieni.
No i pewnego plażowego popołudnia, siedząc zmęczona na piachu i patrząc w dal zniechęconym do życia spojrzeniem sześciolatki, rozważałam problem wielkiej wagi: p i ć!! Chciało mi się okropnie pić!! Uschnę tu zaraz, jak ta biedna jaszczurka, którą widziałam wczoraj rozpłaszczoną w lesie.
I nagle przerywając moje medytacje, zerwałam się jak ten Archimedes. Nie krzycząc jednak – eureka – popędziłam w kierunku brzegu.
Ależ głupia jestem, tyle wody w morzu, a ja narzekam na brak picia? Dwoma rączkami nabieram wodę, chlipię ją szybko, z radością i natychmiast w tym samym tempie pluję.
Ha! Tego lata jedno z moich większych, życiowych doświadczeń zostało zaliczone. W o d a  m o r s k a  j e s t  s ł o n a.
Po kilku latach byłam tutaj znów na wakacjach.
Miałam już dwuczęściowy kostium kąpielowy, uszyty przez moją kuzynkę z materiału zwanego korą, w pomarańczowe kwiatki i brązowe listki. Górna część bardziej jako atrapa, przykrywająca przyzwoicie dziewczęce guziczki.
Tamtego lata nie było innych dzieciaków, tylko ciocia, wujek i para znajomych z Warszawy. Mieszkańcy stolicy od dawna kochają Krynicę. Leżałam na plaży z tymi Warszawiakami i jak we śnie, jak w  moim prywatnym zaćmieniu, słońce przysłonił cień…
Co ona powiedziała: ─ Haniu? Hanulka?
Nie pamiętam, tylko ten turkus jej letniej sukienki, dekolt wycięty w karo, bursztynowa opalenizna. Słoneczne objawienie.
W odróżnieniu ode mnie moja mama opalała się pięknie. Mój brąz uzyskiwałam po kilku dniach bolesnej różowości.
Cholera, czemu pamiętam ten dzień,  jakby to było wczoraj?
Nie chcę. Boli, jak opalone wtedy ramiona, bo Ona tylko
o d w i e d z i ł a  m n i e  na plaży… Odpływała za chwilę statkiem z jakimś  towarzystwem do Orłowa i odszukały mnie z ciocią na plaży, na kilka minut…
”Miej czas dla tych, których kochasz ”…
Pewnie nie znała tego przysłowia. Nigdy nie byłyśmy razem na wczasach i teraz chce mi się beczeć, jakby mi ktoś odmówił kupna loda, albo kubeczka poziomek ze śmietana, bo były za drogie.
 
Wspomnienia… jak video film, albo stare fotografie…
wspomnienia są w nas… jak ptaki zagnieżdżone,
gdziekolwiek  pójdziemy, zabierzemy je ze sobą…
***
Jeśli teraz przyjdzie jeszcze facet z drewnianą skrzynką, zawieszoną  paskiem  na szyi i zawoła: looody Bambinoo, lateeem i zimą ─ pokulam się ze śmiechu.
Nie przyszedł. Pewnie już Bambino nie produkują. Pomaszerowałam do budki i kupiłam sobie Magnum z orzechami na patyku. Lubimy z Horstem Magnum, z migdałami też. On jest ciągle ze mną…
Wysyłam mu smsa, odpowiedzi na razie nie ma, więc wyjmuję blok i robię notatki do książki, której pisanie zaczyna mnie już od paru tygodni męczyć. Będąc z nimi, nie znajdowałam czasu na nic mojego, wszystko kręciło się wokół nich.
A jak będzie teraz, po powrocie?
─ Nie psuj sobie Stara, tych paru dni, wyluzuj ─ mówiła Mary przy pożegnaniu.
Tak właśnie zrobię. I  myśląc to, smaruję się mleczkiem do opalania tak daleko,  jak tylko sięgnę, kładę na leżaku i zamykam oczy.
 Z głośnika śpiewa Joe Dassin.
„ Et si tu n’existais pas ”[1]
Mam wrażenie jakbym była na plaży w Belgii. I z Horstem… 
                                           ***
Anna Strzelec " Druga pora życia... czyli jak zabija się miłość
Wydawnictwo: www.e-bookowo.pl

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty


Popularne posty

Popularne posty