Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

wtorek, 22 stycznia 2013

Bal maskowy... :)

Niespodzianka...

Ponieważ ~ Noworoczne opowiadanie ~ dotyczące zaproszenia na bal wzbudziło w moich czytelnikach spore zainteresowanie, któremu towarzyszyło też i zaskoczenie, postanowiłam dziś uchylić rąbka tajemnicy, bo istnieje ciąg dalszy...

Czy Julia miała sen, który może się sprawdzić? Tak bywa, prawda? Zapraszam do przeczytania jeszcze jednego, obszernego fragmentu. Resztę pozostawiam domysłom czytelników, a ja zbliżam się do końca pisania mojej pierwszej krimi:)


                                                                  Anna Strzelec

  

                                         Część III

 Śnieg, który spadł w nocy pokrył trawnik i ścieżkę prowadzącą do domu. Adam powinien już wstać i zabrać się za odśnieżanie – pomyślała. Jeśli nie pojechali na zapowiadaną integracyjną trzydniówkę, mógłby się w domu zająć czymś pożytecznym. Ekspres do kawy cichym dźwiękiem dał znak o wypełnionym zadaniu. Nalała sobie kawy i poszukała papierosa. Wiedziała, że nie było to rozsądne, ale może w ten sposób uda jej się zebrać myśli. Co naprawdę zdarzyło się minionej nocy? Trzeba znaleźć jakieś wytłumaczenie! Nie na darmo przecież chodziła na kursy psychologii.

Prowadzący wykłady tłumaczył im, że według Freuda każdy może nauczyć się interpretowania własnych marzeń sennych i rozumienia nieświadomych procesów zachodzących w psychice. Widocznie tak mam… mruknęła popijając kawę. Translacja mnie dopadła. Spełnienie utajonych pragnień w sennej rzeczywistości… Freud wyróżnił trzy rodzaje pragnień, które mogą być spełniane podczas snu. Mogą?

Szkoda, że nie dokończyłam tamtych wykładów- medytowała. Z kubkiem kolejnej kawy w ręce wyszła z kuchni i stanęła w drzwiach saloniku jak wryta. Na fotelu nie było peleryny ani rudej peruki… Ostrożnie popchnęła uchylone drzwi do sypialni… Szerokie łóżko po stronie męża świeciło pustką.                                                                                                                                                                ─ Jest tu kto? Wycofała się ostrożnie, na palcach, a w głowie znów pojawił się drażniący ból. Poszukała tabletki i usiadła przy oknie. Musi pozbierać się do kupy, zadzwonić do Barbie, Adama... Z pewnością to głupie zaproszenie wywołało lawinę wspomnień. Czy przeżycia minionej nocy zawierały w sobie jej ukryte marzenia? 

Nie studiowali  razem z Frankiem, ale spotykali się prawie każdego dnia. Miał nietypowy, płomienny kolor włosów i talent, nie tylko plastyczny… Fascynował ją.                                                                                                                    Siedziała w kuchni popijając kawę, głowa bolała coraz bardziej. Jak pewnego lata w wakacyjny weekend, gdy prawie całą noc przebalowała z Frankiem na prywatce w mieszkaniu jego kolegi na Starym Rynku. Spontaniczny pomysł i ich kilkoro, wszyscy chyba byli już po trzecim roku studiów: z AWF-u, ASP-e, ktoś z klasy fortepianu, ale przyszedł z gitarą i ona, Julia z psychologii oraz Barbie. Tańczyli, pili gin z tonikiem, piwo, wygłupiali się przytulając i palili zagraniczne papierosy. Mieszkanie rodziców Olego, jak na tamte czasy prezentowało się bardzo ekskluzywnie. Jego ojciec pływał, a matka prowadziła butik. Pewnie byli nadziani.

Pamięta, że pod koniec balangi, Barbie zrobiło się niedobrze i ją też zemdliło, a stało się to, gdy Marta poczęstowała Pall Mallem, które wtedy jak zagraniczne kosmetyki i ciuszki kupowało się za bony lub dolce w Pewexie. Zapaliły i nie minęło kilka minut, wyszły zwymiotować do łazienki. Julia miała wrażenie, że Marta zrobiła to specjalnie. Musiała podsłuchać, gdy troszkę wcześniej Franek obejmując Julię półgłosem radził:- wystarczy, nie pij tyle, znam twoje możliwości i uśmiechał się tak łobuzersko… A Julia chciała się upić, aby nabrać odwagi… by ukryć się z nim gdzieś w tym obszernym mieszkaniu i przeżyć dziś coś nadzwyczajnego. Tak ją kusiło jego spojrzenie, uśmiech, mimowolny dotyk dłoni… Ach nie! Poszła się wyrzygać po drinku i zaciągnięciu mocnym papierosem. Co za blamaże! Barbie wytarła jej buzię i postawiła na nogi. Powracające dziewczyny powitał aplauz, śmiali się, gadali, z taśmy leciała właśnie piosenka Hotel California… Franek podszedł do niej, zapytał czy stało się coś, a potem przyniósł mineralnej z plasterkiem cytryny i usiedli na dywanie pod ścianą przy drzwiach balkonowych. Taka była wtedy moda – siedzenie na podłodze. Jakie to śmieszne… nikt na nikogo nie zwracał uwagi, a Franek zasłonił ich wiszącą tam, jak kotarą brokatową materią. Niczym w teatrze znaleźli się za kulisami i zaczęła się gra, której długo nie mogła zapomnieć. Bo było to niesamowite, do obłędu prawie podniecające, gdy ją całował, wyjmował jej piersi zza dekoltu i pieszcząc, szeptał, że chce, bardzo ją chce, a ona mówiła mu, że ma przestać, bo za chwilę ktoś tu dla hecy zaglądnie i będą sprośnie skomentować. Na to Franek uśmiechnął się, wygładził jej dekolt, włosy, pomógł wstać i poprowadził za rękę między tańczącymi parami, biorąc po drodze ze skrzynki butelkę piwa. Prześlizgnęli się do pokoiku, w którym jego kolega Oli nocował, gdy odwiedzał matkę.

Julia przymknęła oczy; - cholera, minęło tyle lat, a pamiętam, jakby to było przedwczoraj… Usta miał słone, dłonie wędrowały natarczywie po jej ciele, zdejmowały Julii wilgotną z podniecenia bieliznę, a oczy błyszczały mu jak dzikiemu kotu w ciemności… Ale momenty z nim nie były szalonym zbliżeniem, bo nadciągnęły jak wiosenna burza, niby ciepły deszcz pragnienia, który na nią spadł… Jak w tym wczorajszym śnie coś się z nią stało … i już nic nie pamiętała.                          

Poczuła, że ktoś nad nią się pochyla, dotyka… Chciała mu na nowo zarzucić ręce na szyję, przyciągnąć do siebie, kochać obłędnie jak poprzednio, ale nie zrobiła tego, bo dotyk zastąpiło gwałtowne potrząsanie. Otworzyła oczy i zobaczyła Barbie, która ciągnęła ją za ramię, mówiąc: - aleś się załatwiła, wstawaj, rodzice Olego wrócili, wszyscy już wyszli. Zamówiłam taxi, jedziemy do domu. - A Franek, gdzie jest Franek? - wymamrotała. - Marta odwiozła go do domu, ledwo trzymał się na nogach.                                                            

 

***

 

Za oknem powoli wstawał dzień. Drzewa z sąsiedztwa rzucały cień na śnieg pokrywający ogród. Kot sąsiada przebiegł szybko zostawiając ślady łapek. – Dlaczego nie mamy żadnego żywego stworzenia w domu? Kota, psa albo kanarka? – myślała. – Adam nie lubił zwierząt. Do diabła z Adamem. Wzrok Julii padł na kalendarz z zaznaczonym kolorowo dniem. Do kalendarza zieloną klamerką przypięte było otrzymane, zagadkowe zaproszenie.

- Spokojnie panie Freud, jutro się wszystko okaże.
Komórka zaćwierkała, na displayu widniało imię Barbie. Bardzo dobrze, może ona coś więcej jeszcze pamięta.
─ Sorry, Julie, obudziłam cię?
─ Nie, nie wszystko Ok., piję kawę i od godziny wypędzam ból głowy.
─ O moja biedna, a ja jeszcze walczę z zatokami, ale myślę, że do jutra zdążę.
Rozmawiała z Barbie, myśląc, że znajdzie jakiś punkt zaczepienia nawiązujący do wczorajszego wieczoru, nocy…, że nie wszystko było magią, senną marą, albo nie wiadomo czym.
─ W dalszym ciągu myślisz, że to Franek przysłał nam zaproszenia?
Julia przytaknęła. Wzięła jeszcze jedną tabletkę z kartonika i popiła stygnącą kawą, a Barbie pociągając nosem paplała dalej.
─ Chyba masz rację i coś mi się wczoraj przypomniało. Pamiętasz tę aferę na wernisażu?
─ Nie bardzo. Jaką?
─ Pewnie nie chcesz pamiętać. Barbie głos zabrzmiał nieco złośliwie ─ przypomnieć ci?
─ No dalej, wal.
─ Wernisaż Franka i Marty. Oni już chodzili ze sobą cały rok, a na zakończenie studiów zrobili party, powysyłali zaproszenia, szmery, bajery połączone z wernisażem swoich prac.
─ Coś mi świta ─ mruknęła.
Uczucie żalu i zazdrości ściskało ją totalnie, gdy w ostatnich dniach akademickiego roku, uśmiechnięci rozdawali swoje zaproszenia. Specjalnie przyszli do nich, aby je wręczyć osobiście zamiast wysyłać: Julii, Barbie i Tomaszowi, którzy był jej chłopakiem. Julia nie widywała Franka i myślała, że dzieje się tak, gdyż po tej prywatce z pewnością uznał ją za łatwą dziewczynę, a Franek był jej pierwszym, chociaż miała już dwadzieścia lat. Ich kontakty ograniczały się wtedy do telefonicznych rozmów i nie znajdowała okazji, by patrząc mu prosto w te cholernie ładne, szarozielone oczy wszystko opowiedzieć. Za którymś razem, gdy zadzwoniła do niego wykręcił się brakiem czasu, nawałem pracy, projektami do wykonania na zamówienie. - Zbieram kasę na wyjazd do Anglii, sorry, mówił, no i dyplomowy się zbliża. Argumenty nie do podważenia. Nie proponował już spotkania, nie zapytał, co u niej… Nie liczyła się więcej w jego życiu. Żałosne. Teraz też ściskało ją uczucie, które było trochę inne, bo jeśli on zaprasza, to coś musiało się chyba wydarzyć…
Ich obrazy były piękne. Franek w swojej technice i wyrazie skłaniał się w kierunku Miró. Fantazja rozrzucona w barwnej przestrzeni. Prace Marty miały w sobie nowoczesną tajemniczość i Julii trudno było się nimi zachwycać. Chociażby dlatego, że ona zabrała jej Franka i w sercu Julii w dalszym ciągu oprócz  żalu, tliła się nienawiść.
─ Jesteś? Nie słyszę cię ─ stwierdziła Barbie.
─ Jestem, jestem ─ Julia wstała, by ponownie włączyć maszynkę do kawy.
─ A przypominasz sobie, że po tym party, gdy oni zaczęli pakować swoje obrazy okazało się, że jednego z nich brakuje? Sorry, muszę wysmarkać nos.
 Julia nalała trzecią filiżankę, obiecując sobie w duchu solennie, że zaraz skończy pogaduchy, które nic mądrego nie przynoszą, zrobi sobie grzankę i pójdzie pod prysznic.
─ Już jestem. ─ Barbie niestrudzenie kontynuowała wspomnienia sprzed kilkunastu lat. Brakowało wtedy jednego obrazu Marty! ─ prawie krzyknęła.
─ Nie wrzeszcz, nie pamiętam. Wyszłam wtedy wcześniej, bo byłam umówiona z Adamem. Następnego dnia wyjeżdżaliśmy na urlop na Mazury. Pamiętasz? ─ zapytała złośliwie.
Barbie roześmiała się. ─ Tak, gdzieś tam razem wyjeżdżaliście, nawet z namiotem. I wracając do tematu dodała: ─ Najpierw myśleli, że ktoś zrobił im kawał i go schował, ale gdy po kilku dniach nie było żadnego sygnału od znajomych dowcipnisiów, zajęła się tym faktem policja. Poszukiwania podobno trwają do dziś, bo Marta wyceniła go dość wysoko. Jej obraz zajął pierwsze miejsce w konkursie młodych plastyków w Paryżu.
─ Kurcze, jakoś uszło to mojej uwadze. A który to był z obrazów Marty?
─ Taka szalona tempera. Zatytułowała go: Bal maskowy.
─ Acha, to przykre. Sorry Barbie, ale w brzuchu mnie ściska, nic jeszcze nie jadłam.
─ Ok., wpadnę jutro, to pogadamy, dobrze?       
─ Ależ jasne i umówimy się. Zdrowiej szybko!
.......................................................................
     

                                         

czwartek, 17 stycznia 2013

DLA CZYTELNIKÓW NAGRANE...



 Mam nadzieję, że w zimowe wieczory 

z przyjemnością  poznacie  bohaterów moich książek -

i nie tylko moich, w formie audiobooka na stronie: www.przeczytamy.pl

Zapraszamy!

PS. Od dziś - kolejne, aż 12 minut do posłuchania w perfekcyjnym nagraniu: Monika Belau czyta drugi fragment mojego Okna z widokiem na Prowansję.
http://www.przeczytamy.pl/index.php?option=com_commedia&task=page&commpid=21162&commsid=152

 
Anna Strzelec   
  

wtorek, 8 stycznia 2013

Akwarele i lawendy

 

  Akwarele i lawendy - to roboczy tytuł powieści o dalszych losach bohaterów moich książek: Wiza do Nowego Jorku i Okno z widokiem na Prowansję - mieszkańców Port Jefferson. 

Dziś początek i jakże aktualny fragment mojej piątej książki.

                                                                                Anna Strzelec

             *****


Jesteśmy jedni dla drugich pielgrzymami, którzy różnymi drogami zdążają w trudzie na to samo spotkanie.
Antoine de Saint- Exupéry
 
              Czy jest na świecie ktoś, kto lubi  poświąteczną atmosferę? Gdy prezenty są rozpakowane, a śliczne kolorowe papiery częściowo podarte od niecierpliwości z jaką paczki i paczuszki były otwierane leżą wokół nas? Gdy ciekawość została zaspokojona...
Widzę to, jakby było wczoraj.

Marysia i Marika siedzą na podłodze i wybierają co ładniejsze kawałki świątecznych opakowań obiecując głośno, że wszystko może się jeszcze przydać do stworzenia pięknych zakładek  książkowych. Tak właśnie mówi Marysia: - stworzenia, nie zrobienia, a ja pomagam im zwijać wstążki, pakować do kartonów kokardy i inne radosne, christmas zawieszki, które straciły swoją aktualność. Czas zwraca nam jeszcze raz uwagę na zjawisko przemijania, którego ja często do mojej świadomości próbuję nie dopuszczać.

Po kilku dniach trzeba rozebrać choinkę i odzieranie jej ze świątecznej elegancji jest dla mnie szczególnie przykre. Znów coś się kończy… Ubieraniu świątecznego drzewka towarzyszyła nadzieja, oczekiwanie na uroczysty blask świec, na pachnące miłością i radością dni. Nie zapominając oczywiście o innych zapachach, które przyfruwały do nas z kuchni. Jak Marika w świątecznej sukience, która co chwilę przybiegała nas poinformować, co jej mama wyjęła właśnie z piekarnika i, że to się wcale nie przypaliło, bo super wygląda i smacznie pachnie. Strucla z makiem i bakaliami, ale po polsku.
Manfred mówił, że Steffi w Remscheid upiekła podobną. Pamiętam. Pisała mi o tym, że ciasto pysznie się udało... Były to ich ostatnie święta Bożego Narodzenia: Steffi, Jurgena i Manfreda. No i Helene, ale żona Manfreda wtedy już nie miała miejsca w jego sercu.
Manfred przyjął moje zaproszenie i przyleciał z Niemiec dzień przed Sylwestrem tak, jak miał zaplanowane. Jeszcze nie wydarzyło się nic inaczej, niż według Manfredowego planu. Jedynie utrata Steffi…
Spotkanie z Iwoną odbyło się miło i dyskretnie. Manfred ma jednak klasę.

Jest styczniowe przedpołudnie. Rozpaliłam ogień na kominku, pokiwałam ręką wiewiórce skaczącej po naszym zaśnieżonym tarasie i skarciłam Sally, która się na nią nie wiadomo dlaczego rozszczekała, co było raczej do niej niepodobne. Czyżby psu też udzielił się nastrój podobny do tego, z jakim ja zaczęłam dzisiejszy dzień?
Popijam imbirową herbatę z czerwonego kubka, na którym zatrzymał się świąteczny renifer. Marysia pozwoliła mi przed wyjazdem, mówiąc: ─ Wiem babciu, że on ci się podoba. Możesz go używać, a wtedy pomyślisz o mnie.
Nie tylko kubek z reniferem…
Siedzę w moim bujanym fotelu i refleksyjnie kołyszę wspomnienia ostatnich tygodni, jakie przeżyliśmy razem w naszym zimowym Port Jefferson.

Pamiętacie Rachel Thompson? Kilka dni po świętach moja ciocia, którą po ujawnieniu się przy tajemniczym udziale Steffi nie zdążyłam wcale się nacieszyć - odeszła. Rachel roztaczająca ciepło i poezję, częstująca mnie gorącą czekoladą i tęskniąca za jeszcze jedną miłością w swojej jesieni życia… Rachel Thompson z notesem aforyzmów, tak bardzo podobna do mnie - odeszła o świcie. Jak w moim wierszu, który ją pewnego dnia zachwycił:
Odwołani odchodzimy
nie zdążymy kwiatów podlać
i nakarmić kota...
bez listu pożegnalnego,
maila, esemesa
odchodzimy…

Jej kot Felix został poprzedniego wieczoru nakarmiony przez Allisson, bo Rachel mówiąc, że czuje się dziwnie zmęczona i zrzucając winę na niskie ciśnienie oraz prószący za oknem mokry śnieg, postanowiła położyć się wcześniej spać…
dla mnie znicza nie zapalaj
wspomnień pachnących kadzidełko snuj
miast chryzantem pierzastych
jesienną różę mgłą otul
szronem rannym
zamyśleniem posrebrz
- w nich będę.

Podczas naszej pierwszej wizyty Allisson albo Rachel, nie pamiętam która z nich powiedziała, że Felix jest magicznym, bardzo inteligentnym kotem. Coś w tym sensie potwierdziło się o świcie, gdy pani Thompson odchodziła… Feliks śpiący na jej fotelu zeskoczył i pobiegł do sypialni Allisson zanosząc jej tę smutną wieść…
Róże w ogrodzie Racheli Thompson stoją otulone śnieżnymi etolami, a Felix nawet polubił wylegiwać się na moich kolanach. Bez większego protestu przyjął propozycję przeprowadzki do naszego domu, gdy okazało się, że Manfred cierpi na alergię.

Kilka dni po pogrzebie Racheli Thompson zima zawitała do nas na dobre, a wtedy Jacques otrzymał wiadomość z Kalifornii o nagłej chorobie swojego kolegi muzyka, również skrzypka  orkiestry, w której razem występowali. Simon grał partie solowe w jednym z utworów, które nie były synowi Jeremiego obce. Pozostało tylko wracać do San Francisco i zastąpić kolegę, gdyż odwołanie koncertu nie wchodziło w rachubę.
 I wtedy Jeremi przedstawił propozycję, którą ucieszył wszystkich. Z wyjątkiem mnie.

Zima nastraja romantycznie, a nadchodząca miała być szczególnie cudowna i przytulna: trzaskający ogień na kominku, biel za oknem, czytanie książek, spacery i zabawy na śniegu z dziewczynkami, pstykanie zdjęć do kolejnych publikacji, gorąca herbata z rumem i... mój narzeczony - Morelowy, któremu w tym roku oddam swoją rękę. Miało być baśniowo i wierzyłam w to jeszcze tydzień temu…
A co powiecie na moją propozycję, gdybyśmy tak wszyscy razem polecieli do San Francisco?
Uśmiechnięty Jeremi z satysfakcją obserwował zaskoczenie na naszych twarzach.

Ale to daleko? zastanowiła się głośno Marysia.
Autem czy samolotem chciała wiedzieć Marika.
O kermit! Jeremi mówi, że polecieli, to chyba samolot, nie?
Swojej roli starszej i mądrzejszej siostry, Marysia nie odda za żadne skarby świata.

Siedzieliśmy wtedy wszyscy przy popołudniowej kawie, gdy Jacques odebrał wiadomość o konieczności powrotu, a pomysł Jeremiego też wystrzelił zaraz po niej niczym korek spóźnionego szampana.
Allisson spojrzała ku Manfredowi i zwracając się do Jeremiego powiedziała:
Niestety, my mamy inne plany. Jedziemy na kilka dni do Meksyku, bo chcę pokazać Manfredowi, gdzie kiedyś mieszkałam z rodzicami.

Przypomniałam sobie, że taki był plan Rachel. To my mieliśmy wszyscy razem tam pojechać. I do Guadalupe też… Nie wiem dlaczego ogarnęła mnie złość na niesprawiedliwość losu, który nami kieruje, zmienia bieg naszych dróg i gdy zamiast spotkać się na ich rozstajach rozwidlają się one coraz bardziej, a nasze plany pryskają jak bańki mydlane.
Jeremi przytaknął Allisson, mówiąc, że to dobry pomył i Rachel, jeśli słyszy teraz, jest zadowolona. Marika miała ochotę coś powiedzieć, co miało być z pewnością a’propos, ale Marysia szturchnęła ją w bok i Marika zamknęła buzię razem z kawałkiem makowego ciasteczka pozostałego nam ze Świąt.

To cóż, a reszta chciałaby jechać? Zwiedzilibyśmy San Francisco, posłuchalibyśmy twojego koncertu, synu?
Ależ oczywiście tato, zapraszam serdecznie!

Jacques odgarnął swoje loki z czoła tym bardzo sexy ruchem, który z pewnością podoba się kobietom, gdy jako pierwszy skrzypek po zakończeniu koncertu stoi przed orkiestrą, kłania się i potrząsa swoją kasztanowatą grzywą. Nic dziwnego, że Iwona prawie zwariowała na jego punkcie. Próbuje tego nie okazywać, ale ja przecież znam moją córkę najlepiej.

Nie pomyślałeś o zwierzętach…

Spojrzałam na Jeremiego ze zdziwieniem i wyrzutem w głosie. Zapanowała cisza. Widziałam, że Jeremiemu zrobiło się przykro, a tego absolutnie nie chciałam i bez dłuższego namysłu głośno zadecydowałam:
Wy lecicie i bawicie się świetnie, ja zostaję.
                                            ***




sobota, 5 stycznia 2013

Prywatna, noworoczna poczta... :)

Droga Haniu -

Dziś dopiero usiadłam do komputera. Wczoraj mieliśmy gości i tak jakoś przeleciał dzień, zabierając dużą część wieczoru. Było miło, bo przecież zaprasza się ludzi, których się lubi, z którymi jest o czym rozmawiać bo myślą podobnie, a wtedy ...właśnie czas leci tak szybko.

Przeczytałam, a jakże, nie tylko opowiadanie ale opowiadania bo o trzech zachodach slońca też. Bardzo mi się podobały, lubię Twoje pisanie, jest pełne ciepła ale też zalotności, dowcipu i takiego smaczku, to taki smell delicious. Właśnie ja tak się delektowałam czekając z jednej strony niecierpliwie na zakończenie, a z drugiej strony, żeby to zakończenie się opóźnialo. To jest to smakowanie. Po przeczytaniu szczerze się uśmiechnęlam, bo w pewnym momencie pomyślałam sobie czy Julia przypadkiem nie śniła, no ale ten ból pod łopatką? Mogła źle spać przecież, ale peleryna.... zażartowałaś sobie z czytelników. Dodatkowo miło mi się czytało, bo przyjaciółka Julii była moją imienniczką, a Julia na skrzynce do listów miała takiego kota, jakiego ja miałam w domu rodzinnym - czarny z białymi skarpetkami i z białym krawatem, a co najdziwniejsze nazywał się po prostu Miniuś. Zawsze jak mój ojciec miał wracać z rejsu, to on trzy dni wcześniej kładł się pod drzwiami i tak się mył jakby przygotowywał się na wizytę naprawdę kogoś szczególnego.

Na dobre zaczął się 2013 r. i znów pewnie poleci szybko jak torpeda, niech tylko jak najszybciej będzie wiosna, lato, a wraz z nimi ciepło i słońce... chciałoby się tylko, żeby te mijające lata nie wskakiwały od razu człowiekowi na grzbiet.

Haniu serdecznie Cię ściskam i przesyłam pozdrowienia od mojego męża, który akurat dziś nie założył rudej peruki.

Basia

.................................

List otrzymałam wczoraj od mojej dobrej znajomej, Barbary Kwiatkowskiej - poetki gdańskiej, której wiersze znajdują się razem z moimi w ostatnim tomiku: Cóż wiemy o miłości oraz Okno z widokiem na Prowansję - wyd. www.e-bookowo.pl 2012 rok.

Basiu, bardzo dziękuję i pozdrawiam Was oboje serdecznie!


 
Z Barbarą Kwiatkowską przy kawie wybieramy Jej wiersze do wspólnej publikacji. Gdańsk, lato 2012.
                                                                    Anna Strzelec







 

 
 
 
 
 

środa, 2 stycznia 2013

Noworoczna poczta - całość :)








 

Opowiadanie, które w zasadzie uważam za mój debiut, ponieważ jest inne niż dotychczas przeze mnie napisane... 
Poniżej publikuję je w całości i zapraszam :)


CZ.I


─ Halo, proszę pani ─ usłyszała wołanie, które dobiegało od strony ogrodowej furtki. Listonosz stał przy rowerze, na którym co rano, oprócz sobót i świąt okrążał ich osiedle, a dziś machał do niej trzymaną w ręce kopertą.

Podeszła bliżej: ─ Stało się coś? Polecony? Zwykły, to czemu nie wkłada pan do skrzynki?
─ Taak? Przecież zapchana reklamami i jeszcze przedświątecznymi ulotkami. Chce pani, żeby przebiegający pies wyciągnął, albo wiatr porwał? Taki ładny list… ─ dodał podając jej kopertę ozdobioną kolorową grafiką.
─ Dzięki za troskę. Faktycznie, nazbierało się tego, zaraz opróżnię.
─ A ten kot, to siedzi tutaj jak żywy ─ zaśmiał się wsiadając na swój wehikuł i z okrzykiem: ─ „Szczęśliwego Nowego Roku” zniknął za zakrętem ulicy Ogrodowej.
Czarnobiały, drewniany kot siedzący na skrzynce pocztowej podobał się wszystkim odwiedzającym. Podobnego widziała w Stony Brook, podczas swojego krótkiego pobytu w Stanach. Zrobiła mu zdjęcie, a po powrocie zaniosła je do znajomego snycerza. Po kilku dniach nikt nie miał tak oryginalnej skrzynki na listy, jak oni!





Tylko trochę farby pościekało kotu z ogona, gdy go Adam malował i do dziś zapomniał poprawić. Miał mieć też przyprawione oczy. Kot, nie Adam. Obiecała sobie, że zaraz to zrobi. Z plikiem nieaktualnych już gazet pod pachą i listem w drugiej ręce weszła do kuchni. Odłożyła wszystko na komodzie i przyniosła z piwnicy rozpuszczalnik, klej Uhu, a z szufladki jeszcze latem wybrane dwa zielone guziki przeznaczone na kocie oczy. Grudniowe przedpołudnie było słoneczne, lekki mróz panujący od kilku dni ustępował, ale mimo to szybko zabrała się do ścierania niepotrzebnych resztek farby z kociego ogona, a potem oczyściwszy miejsca, gdzie każdy przyzwoity, drewniany kot powinien mieć oczy, przykleiła wspaniałe, zielone, okrągłe szkiełka. ─ No, Miniuś, teraz obserwuj dobrze okolicę, tylko za żadną myszką nie zeskakuj. Czekaj grzecznie na pana!
Na dobiegający dźwięk telefonu, przyspieszyła kroku. Gdzież ta komórka? Małe, złośliwe, nowoczesne komunikatory lubiły się zapodziewać. Tym razem dźwięk wydobywał się spod patchworkowej poduszki leżącej na kanapie, na której siedziała oglądając w TV przedpołudniowe wiadomości. W słuchawce odezwał się głos jej przyjaciółki, Barbary.
─ Sama jesteś?
─ Tak, Adam jeszcze nie wrócił.
─ A co robisz?
─ Bawiłam się w okulistkę ─ roześmiała się.
─ Możesz jaśniej?
─ Ojej, przyprawiałam nareszcie oczy mojemu kotu na skrzynce.
─ Był już u ciebie listonosz?
─ No był, i co? ─ odpowiedziała i w tym momencie przypomniała sobie list, którego dotąd nie otworzyła.
─ I co na to powiesz? Głos przyjaciółki brzmiał nieco tajemniczo.
─ Barbie, jeszcze go nie otworzyłam! Poczekaj, nic nie mów, zaraz zobaczę i oddzwonię ci, ok.?
─ No to czekam. Bez video telefonu można było poznać, że Barbara, którą w ogólniaku nazywali Barbie, uśmiecha się.
Jasnozielona koperta ozdobiona była graficznymi, noworocznymi motywami, jakby ktoś, niewątpliwie utalentowany pod wpływem dobrego humoru bawił się piórkiem i pędzlem. Julia nie chcąc niszczyć plastycznej oprawy tajemniczego listu, ostrożnie rozcięła nożem kopertę dopiero teraz zauważając, iż nie ma na niej nadawcy.


                                                  ***
Z dekoracyjnie złożoną kartką również jasnozieloną usiadła na kanapie. Szybko przebiegła oczami treść raz, po czym drugi, roześmiała się i wywołała w telefonie numer Barbie.
─ Tak? ─ usłyszała jej głos. ─ Masz?
─ Myślę, że to miły dowcip. Kto w dzisiejszych czasach wysyła eleganckie zaproszenia na Bale Maskowe? Rozumiem, że ty też dostałaś?
─ Musimy się spotkać i porównać. Masz niebieski?
─ Nie, zielony. Odbędzie się w teatrze West End, 5 stycznia, początek o godz.20,00.
─ U mnie podobnie.
─ Ale Barbie, to nie jest normalne zaproszenie. Ktoś zwraca się do mnie poufale „per Julio”, a dalej, że prawdopodobnie przyjmę jego list ze zdziwieniem, ale ma nadzieję, że nie odmówię, bo upłynęło tak wiele czasu od naszego ostatniego spotkania itd…
─ U mnie treść jest podobna ─ śmiała się Barbara, tylko „per Barbie”.
─ Ktoś robi nam noworoczny kawał, ale jedno jest pewne, on nas zna ─ mówiła Julia przyglądając się ozdobnemu pismu i grafice przedstawiającej balowe gadżety, i dekoracyjne maseczki.
─ Barbie, jesteś?
─ Tak?
─ Myślę, że chyba wiem. Pamiętasz rudego Franka z naszej klasy? Po maturze robił Akademię Plastyczną. Podobno krótko po nas też przyjechał do Anglii.
─ Czemu akurat Franio przyszedł ci do głowy? Nie jest to zbyt proste?
─ Tak sobie pomyślałam… Poufałość jego listu… Myśmy chodzili ze sobą parę miesięcy, ale jak to często bywa przestało nam się układać. Rozstaliśmy się, a ja poznałam Adama. Resztę już znasz.
Po drugiej stronie słychać było westchnienie przyjaciółki.
─ No to co robimy? Pójdziemy sprawdzić?
─ Kochana! Bal maskowy kostiumowy! Ciuchy nam będą potrzebne!
─ To jasne! Z wypożyczalni!

Barbie, atrakcyjna blondynka, którą nie na darmo tak w szkole nazywano, nie narzekająca na brak męskiego towarzystwa wokół siebie i lubiąca dyskotekowe okazje, zawołała entuzjastycznie do słuchawki – jutro do ciebie wpadnę – i wyłączyła się.
Julia ponownie obejrzała otrzymany list i zamyśliła się. Jeśli jej przypuszczenia są słuszne… Franek jeszcze pamięta... Szkoda, że się tak między nimi skończyło… Ładnie napisał: „chcę cię znów zobaczyć, Julio z tamtych lat”… A co on u licha robi w teatrze?

Przed domem zatrzymało się auto, z którego wysiadł Adam. Po chwili, słysząc kroki męża w przedpokoju spiesznie ukryła zaproszenie w swojej szufladzie z bielizną.

                                                    ***
─ Julie?
Wszedł do kuchni, gdzie przygotowywała spóźniony obiad. Stanął za nią wyjmującą z mikrofali krokiety pozostałe im ze świąt Bożego Narodzenia i pocałował w odkryte ramię. Co to za moda z tymi bluzami. Wyglądają na fatalnie rozciągnięte i po jednej stronie opadają aż do łokcia ─ myślał. Rozumiem, że na plaży, ale zimą?

Julia obróciła się: ─ Zjesz? Są jeszcze pyszne i z sosem grzybowym?
─ Jeśli mi przedwczoraj nie zaszkodziły, to chętnie dokończę.
─ Nie mamy innego wyboru, nie chciało mi się gotować, za to jutro sobie powetujemy. Łosoś w kilku postaciach!
─ Kobieto! Ryba na Sylwestra?
─ Tak. Ode mnie ryba, a Barbie kombinuje jakieś sałatki i wołowe zawijańce.
Zrobię też szarlotkę. Martin przygotuje oprawę muzyczną. Obiecał przyjść około 20-tej.
Martin był chłopakiem przybyłym w odwiedziny do ich znajomych sąsiadów i Julia zaprosiła go chcąc zapewnić męskie towarzystwo przyjaciółce.
Adam nie pytając żony czy napije się razem z nim, otworzył dwie puszki piwa i mruknąwszy ; - no, zobaczymy- zasiadł do stołu. Ona i tak prawie zawsze lubiła to, co on i przeważnie zgadzała się na jego propozycje, obojętnie czego one dotyczyły. Rutyna małżeńska jak zbyt ciasno zawiązany krawat.

Julia popijała Guinnessa na którego szczerze mówiąc mało miała ochoty i zastanawiała się, co zrobić z otrzymanym od nieznajomego zaproszeniem. W zasadzie wyjście z domu, na całą noc i tylko we dwie z Barbie nie wchodziło w rachubę. Co prawda Adam często zostawał dłużej biurze, tłumacząc się nawałem pracy, a szczególnie teraz pod koniec roku… ale podczas ich minionych ośmiu lat małżeństwa nie wybywali osobno na żadne przyjęcia. Wieczory spędzali przed telewizorem, czasem szli do kina lub na proszone kolacje urządzane przez szefową Adama dla grona współpracowników. Dzieci nie mieli. Julia na początku żałowała, że tak jest i – nie wiadomo z czyjego powodu, ale Adam zamykał temat twierdząc, że on nie ma czasu na poddawanie się jakimś tam badaniom. Julia przestała więc wspominać o dzieciach i zastanawiała się czy by nie pójść do pracy i tym samym bardziej „między ludzi”.
Mąż Barbie od pół roku pracował służbowo w Kapsztadzie, a ona przyjmowała zaproszenia innych żon, których mężowie też na południu Afryki przebywali i nie omijała żadnej okazji, aby się zabawić.

Co zrobić z tym fantem teraz? Zaproszenie kusiło Julię, bo pachniało zagadką, przygodą, jakiej dotąd nie zaznała… Była pewna, że jeśli z niego nie skorzysta, może ominąć ją coś nadzwyczajnego. 
 




                                           ***
Jak on napisał?  „Chcę cię znów zobaczyć, Julio z tamtych lat”… Te słowa powodowały podniecenie, jakiego Adam już dawno w niej nie wzbudzał.
                                            ***
 
CZ. II
Telefon dzwonił natrętnie dalej i Barbie podskakując, gdyż na jednej nodze miała już naciągniętą pończochę kabaretkę podczas gdy druga ciągnęła się za nią po podłodze, dopadła telefonu:
─ Halo? Tak, to ja… Słuchała przez moment głosu z tamtej strony, a następnie  siadając na fotelu i próbując podciągnąć spuszczającą się pończochę zażartowała: ─ Ach, mój drogi D'Artagnan, czyżbym słyszała niepewność w twoim głosie? Po czym roześmiała się dodając: ─ Wszystko będzie OK. i po naszej myśli, zobaczysz! A teraz wybacz panie, bom jeszcze nie całkiem gotowa ─ i odłożyła słuchawkę.
Dopiero wczoraj pojechały do wypożyczalni wybrać stroje do przebrania na bal, będącym najważniejszym tematem ostatnich dni, które upłynęły niesamowicie dziwacznie.
Julia była wściekła.
Jej sylwestrowe plany zupełnie spaliły na panewce: Barbie rozchorowała się i nie chcąc nikogo zarażać postanowiła zostać w domu. Zaproszonego Martina zgarnęło kilku znajomych, którzy niespodziewanie odkryli jego pobyt w Londynie. Było to zresztą całkiem zrozumiałe postępowanie młodego człowieka i nie mogła mieć do nikogo żalu. Do zaziębionej przyjaciółki też nie. Uściskali się więc z Adamem o północy, życząc sobie pomyślnego Nowego Roku, po czym mąż poszedł spać, a Julia została przed telewizorem słuchając jak nieśmiertelna ABBA obwieszcza wszystkim Happy New Year i popijając drink za drinkiem.
Następnego dnia zdecydowała się powiedzieć Adamowi o tajemniczym zaproszeniu i zaproponować mu wspólne wyjście na bal. Mąż z uśmiechem obejrzał list, komentując: - o, jakiś tajemniczy wielbiciel… i pokręcił przecząco głową:
─ Niestety, nie będę mógł wam towarzyszyć. 5-tego stycznia wyjeżdżamy do  Brighton.
─ Wyjeżdżamy? To znaczy kto? Julia była zaskoczona, ale niezbyt zmartwiona. Miała nadzieje, że Adam tego nie zauważył.
─ Szef zorganizował noworoczne spotkanie pracowników.
Uśmiechnęła się: ─ Jak to się w Polsce nazywało? Wyjazd integracyjny?
─ Nie przesadzaj moja droga. Weźmiecie sobie taxi i życzę ci dobrej zabawy.
                                                     ***
Strój, peruka i maseczka leżały na łóżku kusząc swoim wyglądem. Były tajemnicą i zapowiedzią. Za chwilę, gdy zrobi makijaż i ubierze się, Julia stanie się kimś innym… upragnionym marzeniem, dziewczyną z dawnych lat…
Dźwięk telefonu spowodował szybsze bicie jej serca.
─ Halo?
─ No i co tam u ciebie? Adam już pojechał? ─ zapytał głos Barbie.
Odetchnęła z ulgą. ─ Tak, już wczoraj po południu.
─ A ty jak daleko jesteś, już wystrojona? Roześmiały się .
─ Właśnie mam zamiar przemieniać się w pewną Wenecjankę z Pałacu Dożów. Gdy będę gotowa, zadzwonię do ciebie, OK?
 
Po parunastu minutach zobaczyła w lustrze młodą kobietę, elegancką, trochę smutną, ale bardzo atrakcyjną i tajemniczą.
Jestem gotowa na spotkanie z tobą ─ szepnęła, próbując całą siłą wyobraźni przypomnieć sobie twarz i sylwetkę Franka…
Przed domem zatrzymała się taksówka, kierowca dał sygnał zawiadamiający o swoim przybyciu, a Julia wychodząc z domu i podtrzymując fałdy długiej, błękitnej spódnicy pomyślała, że jeśli miałoby być zupełnie jak w bajce, przed dom powinna zajechać kareta.
Ale to tylko Barbie otworzyła drzwi taxi i śmiejąc się ponaglała ją: ─ Dalej, dalej, wsiadaj, nie powinnyśmy się spóźnić.
 
                                               ***
 
Auta zajeżdżające przed Teatrem West End pozwalały wysiąść zaproszonym na bal gościom i zaraz odjeżdżały na niedaleki parking. Postacie z literatury, historii i bajek wypełniały kolorowym kalejdoskopem hol. Panowało wesołe ożywienie, znajomi śmiali się i witając, chwalili wzajemnie wybór stroju. Julia poczuła się trochę nieswojo, tym bardziej, że Barbie nie mówiąc dokąd idzie, oddaliła się od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą razem stały. Jakiś mężczyzna w podeszłym wieku oddał ukłon w stronę Julii. Jego strój wskazywał na styl francuski z królewskiego dworu, ze względu na białe pończochy, dopasowany żakiet i ułożoną w loki perukę. Zaśmiała się w duchu, oddała z gracją ukłon i zasłoniła twarz wachlarzem. Atmosfera, która tutaj panowała naprawdę przypominała filmowe sceny z XVII wieku, tylko dla przykładu myszka Miki z kaczorem Donaldem niezbyt pasowali do tej epoki, ale prezentowali się bardzo wdzięcznie i słodko.
Odnalazła się Barbie niosąca dla nich wejściowe karty… Julia chciała zapytać przyjaciółkę gdzie była, czemu zostawiła ją samą i skąd te karty, ale usłyszała głos zapraszający do sali i wszyscy w takt dochodzącej muzyki, która była miłym dla ucha, ale nieznanym jej walcem zaczęli z szumem krynolin i stukaniem obcasów posuwać się w kierunku szerokich wejściowych drzwi. Panowie musieli uważać na przypięte do pasa szable, przepiękny Kot w butach podkręcał sumiastego wąsa i uwodząco spoglądał w kierunku Barbie, która do swojej prawdziwej sylwetki, jaką obdarowała ją natura dodała pyszną blond perukę i maseczkę z uwodzącym makijażem.
Przy drzwiach przebrany za królewskiego pazia stał młody mężczyzna, który odebrał od Julii kartę wstępu, a obok niego… Któż to był, na miłość boską i u licha? Wysoki, szczupły z rozpuszczonymi do ramion płomienno rudymi włosami… Czy mężczyzna może mieć włosy tego koloru, czy to peruka? Tylko oczy przykryte maseczką uśmiechały się do niej… Elegancko przycięty wąsik, prawdziwy czy przyklejony, strój giermka… czarna peleryna artysty…
─ Julia?
─ Franek!!!
Wodzirej zapraszał do tańca, zapowiadał , że teraz panowie na prawo, a panie na lewo… Julia myślała - po co nam ten wodzirej, wszystko zaraz popsuje…
Mężczyzna, którego kiedyś kochała objął ją i wyprowadził z kręgu obcych przebierańców. Kilka innych par też nie miało ochoty, by kręcić się w tańcu na komendę. Nigdy nie lubiła animatorów.
Muzyka zmieniła swój rytm, orkiestra zaczęła grać „Hotel California”… Franek objął ją i przytulił. - Pamiętasz, lubiliśmy to- szepnął Julii we włosy. Jego rude loki okalały jej szyję. – Byłaś dla mnie niezwykłą kobietą… Dlaczego odeszłaś?       Chciała mu powiedzieć, że nieprawda, bo to on, na studiach zaczął kręcić z tą głupią Martą, a Julia nie mogła mu wybaczyć, bo nigdy nie znosiła konkurencji. Myślała, że po balu porozmawiają, coś sobie wyjaśnią. Powie mu, że tak naprawdę, ona zawsze za nim tęskniła… I znów usłyszała głos Franka: - twój mąż, to szczęściarz, mam nadzieję, że cię docenia…
Orkiestra grała teraz inny utwór, którego nie znała. Część ściany przy której się znaleźli była lustrem, a w nim Julia zobaczyła odbicie innej męskiej sylwetki, o rudych włosach, czarnym kostiumie i pelerynie zwisającej mu przez jedno ramię… Mężczyzna uśmiechał się do nich zachęcająco… a Franek ukłonił się mu, oddając Julii rękę…
Walc, znów ten piękny walc , nie mogła sobie przypomnieć skąd zna utwór, który ją do granic podniecał. Gorsecik ozdobiony perełkami trochę ją uwierał. - Chyba zbyt mocno go zasznurowałam – a mężczyzna, jakby zgadując myśli Julii przytulał jej plecy i próbował poluźnić błękitny atłas.
─ Co ty robisz? ─ śmiała się.
─ Próbuję uwolnić to, co uwięzione, a dla mnie najpiękniejsze… Znów uśmiechały się do niej oczy Franka.
Pomyślała, że już nic z tego nie rozumie i powiedziała, że musi wyjść do toalety, by obmyć spocone dłonie, poprawić makijaż, a on postanowił, że będzie jej towarzyszyć. I jak security wszedł za nią do damskiej toalety…
Gdy obmyła ręce i szyję, która płonęła, usłyszała trzask, jak przy zgniataniu orzecha. W tym samym momencie poczuła piekący ból pod łopatką i cicho osunęła się na ziemię. Mężczyzna schował pistolet w fałdach swojego stroju i zdjął rudą perukę.
W uchylonych drzwiach damskiej toalety ukazała się głowa Barbie: - Już?
Mężczyzna kiwnął potakująco głową, a ona powiedziała: - Wychodzimy, droga wolna!
                                                            
                                                      ***
Miejsce pod łopatką bolało, było jej okropnie gorąco i chciało się pić. Próbowała się podnieść, ale kołdra uniemożliwiała ruchy. Adam pochylił się nad Julią:
─ Co ty wyprawiasz? Strasznie niespokojnie dzisiaj śpisz…
Otworzyła oczy i widząc twarz męża szybko je zamknęła. Pomyślała, co on tutaj robi, przecież miał wyjechać do Brighton…
─ Nie pojechałeś?
─ Odwołali…
Podniosła się z trudem, w głowie jej pulsowało. Musi z nim porozmawiać… przecież coś się tej nocy wydarzyło!  Ale najpierw zrobi kawę... Wychodząc z sypialni obejrzała się. Leżał z zamkniętymi oczami, jakby znów zasypiał.
W saloniku, na oparciu fotela wisiała czarna peleryna, a na niej peruka włosów w pięknym, rudym kolorze…
  
                                        Anna Strzelec, 2 stycznia 2013.
 
 
                        
  
 
 
 
 
 
 

 


DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty


Popularne posty

Popularne posty