Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

czwartek, 4 czerwca 2015

"Marysia..." powraca :)


  Moi drodzy Czytelnicy!


Przyznać muszę, że z pewnym nawet przerażeniem spojrzałam na datę ostatniego wpisu na moim blogu...
Tak się złożyło: operacja, reanimacja, reinkarnacja, rehabilitacja i znów jestem z Wami! :) 

Razem ze mną powróciła też bohaterka mojej szóstej książki - Marysia Morelly, której marzy się kariera i sława skrzypaczki.

 Dziś dla Was, z serdecznymi pozdrowieniami fragment: 


"Marysia - wnuczka Leonii"


 Prolog:

(…) Marysia niecierpliwie rzucała co chwilkę w stronę matki pytające spojrzenia i gdy ta skinęła potakująco głową, pobiegła do drugiego pokoju, gdzie jeszcze stały ich bagaże. Po chwili przyszła z triumfującą miną i stanęła przed Jacques’em.
─ Zobacz, mam! ─ powiedziała i podała mu swoje nowiutkie skrzypce i smyczek, a my spontanicznie zaklaskaliśmy w ręce. Cóż takiego? To tylko skrzypce mojej wnuczki, mniejsze niż dla dorosłego artysty, gdy ja wzruszyłam się niesamowicie. Miałam wrażenie, że jeszcze jeden etap zaczyna się w naszym życiu.
Jacques wziął z namaszczeniem instrument, przeczytał nazwę firmy, która instrument wyprodukowała i pochwalił wybór.          ─ „Stagg Music” to belgijska firma produkująca szeroki asortyment instrumentów i akcesoriów muzycznych, właśnie dla początkujących artystów, rozpoczynających swoją muzyczną drogę ─ powiedział do uszczęśliwionej Marysi. (…)
Anna Strzelec „Akwarele i lawendy” /2014/

.......................................................................

           Próbowała uciszyć męczące myśli o wzruszeniu, prawie euforii, jakie towarzyszyły jej momentom pożegnania na lotnisku JFK  w Nowym Jorku. W pamięci, niczym na dotykowej komórce ciągle przesuwały się… najpierw twarz mamy z uśmiechem przez łzy. Jeszcze czuła jej objęcie... Yvonne, zawsze opanowana i nie lubiąca demonstrować swoich uczuć… Marika, rzucająca się na szyję Marysi i wołająca: - tylko dzwoń zaraz, albo pisz! Braciszek, który tak szybko urósł i ściskając ją na pożegnanie, co było raczej do niego niepodobne, szepnął: - zazdroszczę ci… O mało sama się nie popłakała! Do czego to podobne, takie rozstania! Dobrze, że Jacquesa przy tym nie było, bo miał zajęcia w Juilliard School.[1] 
Przez prawie pół roku dyskutowali nad Marysi pomysłem. Od dawna było wiadomo, że jej ambicją jest grać, występować i być sławną jak Jacques. Przez kilka minionych lat towarzyszyły im jej dziewczęce marzenia…, a on - jej drugi mąż i mama chyba najbardziej je popierali. A jednak, gdy ostatecznie poinformowała ich, że chce studiować w Polsce i wysyła już konieczne dokumenty,  wszyscy zaczęli się okropnie dziwić: – dlaczego właśnie tam wybrała uczelnię, a nie w NY, gdy prawie w zasięgu ręki jest „Juilliard”, w której Jacques wykłada?
Mama pytała, czy Marysia dobrze przemyślała swoją decyzję,  ciocia Jane z NY też dziwiła się, chociaż Marysia wiedziała, że ciocia tęskni za krajem i w taką podróż z pewnością wybrałaby się razem z nią.  Leonia i Jeremi też trochę, ale bez dramatów. Babcia, najprawdopodobniej w głębi serca ucieszyła się, że ukochana wnuczka zamieszka bliżej, bo w Europie. A jeszcze bardziej ciocia Patrycja, która była wieloletnią przyjaciółką babci Leonii i dowiedziawszy się o projektach studiów panny Morelly, zaprosiła ją do siebie. Marysia wolałaby wybrać uczelnię w Krakowie, ale ze względu na propozycję cioci, która  potajemnie i z zaangażowaniem zaczęła troszczyć się i dowiadywać o możliwościach i warunkach związanych z przyjęciem zagranicznej kandydatki na studentkę  szkoły muzycznej. Wszystkim więc nie pozostało nic innego, jak przyjąć do wiadomości, że na początku lata Marysia wyruszy do Polski. 

                                            ***                           
     

W podróży samolotem najbardziej lubiła moment startu i za każdym razem ogarniały ją fascynacja i zdziwienie, że dzięki osiągnięciom techniki, to stalowe ptaszysko potrafi wznieść się ponad chmurami. Zgadzała się też ze zdaniem matki, że zbędne są badania kosmosu i wszystkie stacje badawcze zawieszone wysoko w próżni. Marika żartowała ostatnio, że oni tam w górze tylko psują pogodę, bo porządnej zimy u nich już nie ma, wiosna taka króciutka, a latem leje. Jean Antoine, nazywany czasem przez mamę po prostu Antkiem, albo Jasiem zaraz zainteresował się jaką pogodę mają teraz babcia Leni i Jeremi w Prowansji, bo jeśli tam jest prawdziwe lato, to on bardzo chętnie znów chciałby ich odwiedzić.     
 Oczywiście zazdrościł starszej siostrze straszliwie, gdy w rozmowie z Iwoną wynegocjowała przerwę w podróży do Gdańska, lądowanie w Nicei i krótki pobyt w Antibes.
Marysia lubiła rozmowy i przekomarzanie się z rodzeństwem. Wiedziała, że będzie jej z pewnością ich brakować i całej rodzinnej atmosfery, ale trudno. Decyzja zapadła, życie musi toczyć się dalej. Podobno Leni prawie skakała z radości, a Jeremi przed przyjazdem Marysi, postanowił w ekspresowym tempie odnowić pokoik na piętrze domu i zawiesić świeże dekoracje z ziół, aby wnuczka czuła się u nich prawdziwie prowansalsko. To było miłe i trochę śmieszne, ale przecież kochała ich bardzo i cieszyła się na spotkanie w domu, który pamiętał czasy małego Jeremiego i jego rodziców. Szkoda, że  ich nie znała. Na cmentarzu w Antibes pozostały nagrobki, w platanach śpiewały ptaki, a fotografie w starodawnych albumach przypominały francuskich krewnych. Teraz będzie mogła spędzić początek lata z Leni i Jeremim. Po ich wyjeździe do Prowansji, Port Jefferson dziwnie opustoszało. Kilkakrotne odwiedziny w ciągu minionych lat dostarczały wszystkim wiele radości, ale nie rekompensowały nastroju zapamiętanego z dzieciństwa. Lubiły z Mariką wspominać Rachel Thompson, która okazała się być ich dalszą ciocią, pozwalała brzdąkać na swoim pianinie i częstowała gorącą czekoladą... – A pamiętasz naszą Królową śniegu? – uśmiechała się Marika huśtając na bujanym fotelu. – Kto to właściwie był? Marysia kiwała przecząco głową. Zagadka pozostała niewyjaśniona.
Allisson z Manfredem często wyjeżdżali, odwiedzając razem z synkiem meksykańskie Santa Fe i sanktuarium w Guadalupe . Mały Miquel, który po długich staraniach i podobno, dzięki srebrnej bransoletce, którą powiesiła Allisson w bazylice na ścianie podarunków dla Morenity, przyszedł szczęśliwie na świat, stał się ich małym cudem. – Ciekawe – mówiła Marika. Dorośli lubią się zachwycać wszystkim, co małe. A gdy człowiek podrośnie, nie mają dla niego tyle czasu – wzdychała filozoficznie, a już odkąd urodził się Antoine, wszystko kręci się wokół niego. Niewątpliwie „cudowne dziecko”… – Nie dramatyzuj siostro, masz przecież mnie – śmiała się wtedy Marysia.
Żałowała, że nie mogły razem jechać. Od dzieciństwa były bardzo ze sobą związane i odkąd stały się nastolatkami, właściwie nie miały przed sobą żadnych tajemnic. O Dustinie i jego ostatnich zwierzeniach, Marika też wiedziała...
                                            *** 
Westchnęła i rozejrzała się. Obok niej, siedząca na środkowym miejscu, starsza pani czytała numer Newsweeka, który razem z innymi gazetami był gratis dla pasażerów. Miejsce przy oknie zajmował ciemnoskóry mężczyzna, który z przymkniętymi oczami i słuchawkami na uszach słuchał, prawdopodobnie  muzyki. Mijała czwarta godzina lotu. Stewardesy pozbierawszy  opakowania z resztkami posiłku dla podróżnych, zbliżały się z wózkami, proponując gościom przed nocą rozmaite napoje.  
− Mademoiselle? Qui vous donnent à boire?
− Cola avec gin, s'il vous plaît – zamówiła Marysia.



[1] Juilliard School – nowojorska renomowana wyższa uczelnia muzyczna i artystyczna.

Summa summarum jestem dorosła. Skończyłam osiemnaście lat,  lecę sama do Europy i wolno mi się napić drinka – myślała, odbierając szklaneczkę z rąk stewardesy. Pomieszała  cicho kostki lodu i spróbowała napoju. − Marika padnie ze śmiechu, gdy jej opowiem. Starsza pani popijając białe wino, zajmowała się dalej swoją lekturą, ciemnoskóry pasażer zaczął pochrapywać…  O mamo, tyle godzin tutaj – myślała, muszę czegoś posłuchać, bo zwariuję do rana. Odprowadzona uśmiechniętym spojrzeniem swojej sąsiadki, jednym haustem dokończyła drinka, wyjęła słuchawki i poszukała nagrania „Metallicy”.
Stewardesy rozdawały wilgotne chusteczki, poduszeczki i koce, a później przyćmiono też i światła w samolocie. Starsza pani zdjęła okulary, odłożyła gazetę i uśmiechnęła się do Marysi.
 – Dobranoc – powiedziała, przykrywając się kocem. − Zrobimy sobie przytulnie. Marysi, z wrażenia wysunęła się słuchawka z ręki.
− Pani mówi po polsku! To dobrze, bo już myślałam, że zanudzę się na śmierć – roześmiała się przyszła studentka.
− Słyszałam, gdy żegnałaś się na lotnisku z rodziną. To miły zbieg okoliczności, ale teraz śpijmy, jutro porozmawiamy.
− No tak, było dość głośno i spontanicznie, dobranoc pani.
A to heca… Marysia ponownie włożyła słuchawkę do ucha, przypominając sobie słowa babci Leonii, która często mówiła, że życie jest pełne niespodzianek i należy oczekiwać tych najmilszych i absolutnie nie wolno być pesymistą.


                                              ***

Dustin powiedział jej, że nosi w sobie magię i przeznaczenie... że obdarowana jest talentem, którego nie powinna marnować na metal. To był ich przedostatni wieczór. Siedzieli nad zatoką, a on właśnie skończył dla niej grać „Schody do nieba”, które tak bardzo lubiła. On i jego gitara. Nastrój zrobił się dziwny, jak zwykle, gdy nieuchronnie, na horyzoncie życia pojawia się rozstanie. Pojawianie się czegoś i znikanie „na horyzoncie życia” wymyśliła niedawno Marika, pisząc wiersz dla Marysi na pożegnanie. Siostrzyczka z niewątpliwie artystycznym zacięciem, oddziedziczonym po cioci Steffi, która podobno też umiała pięknie malować obrazy, jako reminiscencje z wielu podróży.
Dustin… Tamtego wieczoru Marysia wolałaby, żeby to on chciał wyjechać, a ona zostałaby w domu, mając czas na rozmyślania…, bo przecież wcale nie łatwo jest odgadnąć, kto i do czego właściwie jest stworzony? I dla kogo. Z kim żyć, wspierać, wspólne życie organizować? Zupełnie nie wiadomo i właściwie, nic z tych rzeczy jeszcze nie pragnęła. Przynajmniej na razie... Dustin siedział zamyślony, a ona zaczęła głośno zastanawiać się, czy powinna dalej grać klasykę, której – jak czasem, górnolotnie żartował Jacques, była królewną skrzypcowych dźwięków. A może na studiach powinna zupełnie zmienić profil? I wtedy Dustin powiedział o magii, którą ona w sobie nosi i że… będzie mu jej, Marysi, bardzo brakować.
Teraz poszukała w mp4 nagrania kilku jego utworów, które dał jej przed pożegnaniem. Jak to się stało – myślała, że nie zauważyła dotąd nic w jego zachowaniu, co mogłoby świadczyć o tym, że nie była dla niego tylko koleżanką z Community college, w którym poznali się i studiowali dwa lata, bo było tam taniej, a na czteroletnie studia, jak stwierdzili oboje, zawsze można sobie później pozwolić. Spędzali więc ze sobą sporo czasu, bo oprócz normalnych zajęć, chodzili na próby ich uczelnianego zespołu. Występowali na szkolnych i parafialnych uroczystościach oraz w NY City, a po nich Dustin odwoził Marysię do domu. Śmiali się i często żartowali, ale Dustin nigdy dotąd nie próbował jej objąć, ani powiedzieć coś, co wskazywałoby na to, że… Tak trwało do ostatniego wieczoru…
Lubiła jego typ urody. Wysoki, szczupły o ciemnych, prostych włosach, bardzo niebieskich oczach i przesympatycznym uśmiechu. A gdy grał i śpiewał, dziewczyny, i nie tylko z ich roku były nim zauroczone i z pewnością zazdrościły, że chodzi tylko z Marysią. Tak mówiła obserwatorka -Marika, i że Dustin jest „odlotowy”, a ona może się nim zająć, gdy Marysia wyjedzie. Jej dowcipna siostrzyczka.
 Z całowaniem tego wieczoru też wyszło jakoś spontanicznie, pierwszy raz, ale bardzo przyjemnie i jakby samo zrozumiale, bo rozstawali się po dwóch latach studenckiego bycia razem i nie wiadomo na jak długo. Odprowadził ją później do domu, życzył powodzenia i obiecał, że jeśli mu nic nie stanie na przeszkodzie, to pożyczy samochód od rodziców i przyjedzie na lotnisko. Stała przy wejściu do domu i czekała, że Dustin obróci się i wtedy pomacha mu ręką, jak przy pożegnaniach w niektórych filmach, albo w jednej ze scen baletu „Romeo i Julia” Prokofiewa, którego muzyczny motyw lubiła grać.
Dustin nie obrócił się… W sumie, dobrze, że nie przyjechał na lotnisko, bo spowodowałoby to jeszcze więcej rozgardiaszu przy pożegnaniu. Coś mu stanęło na przeszkodzie… Trudno, ale obiecali sobie zostać w kontakcie… Zabrzmiało to, co prawda trochę oficjalnie, ale, jak to kiedyś mówiła babcia Leonia, o zasadach savoir-vivre, czyli dobrego wychowania, pierwsza pisze lub telefonuje osoba, która wyjeżdża. I tak też będzie.
Ułożyła się wygodniej, na ile to było możliwe, na rozłożonym siedzeniu i postanowiła usnąć. Znów jak slajdy przepływały w jej pamięci sceny z uroczystości zakończenia college. Odbierali dyplomy, z radością i tradycyjnie obracali swoje birety na głowach… Na widowni siedziały zadowolone rodziny dyplomantów… Później koncert w wykonaniu absolwentów i sążniste, szczęśliwe oklaski. Pożegnanie i podrzucanie ze śmiechem biretami w górę, kto wyżej, na skwerze, przed college. Dustin dostał od swojej siostry bukiecik kolorowych frezji i dał go Marysi, więc miała dwa, bo pierwszy, z niesłychanie przejętą miną wręczył jej braciszek. Momenty opuszczania szkoły na zawsze, są radosne i jednocześnie smutnawe. Dziewczyny ściskały się, niektóre spontanicznie i łzawo. Omawiano terminy spotkań w czasie wakacji, gdzieś na tańce, może jakiś wypad nad ocean… Tak było i już się nie powtórzy… Jeden etap życia zakończony. Zobaczyła Dustina, który czekał na nią stojąc w cieniu platanów, rosnących przed szkołą. Szła powoli w jego kierunku, czując znów zapach frezji. Oczy miał smutne i ciemnoniebieskie…− Dlaczego wyjechałaś? – zapytał. – Miałem ci jeszcze tyle do powiedzenia… Dotknął jej ramienia, powiedział jeszcze: − excusez-moi… a ona zdziwiła się, że Dustin zna język francuski i za co ją przeprasza .
– Excusez-moi, madame – usłyszała ponownie i otworzyła oczy. To ciemnoskóry towarzysz podróży usiłował minąć jej miejsce, podczas gdy ona wyciągnęła swoje długie nogi na całą szerokość przejścia.
– O, pardon! – Marysia próbowała strząsnąć z oczu resztki snu, ale powrót do rzeczywistości był trudniejszy, niż kiedykolwiek. Skąd Dustin i zapach frezji? I tak bardzo sugestywnie... Leżała jeszcze przez chwilę z zamkniętymi powiekami, gdy przypłynął do niej znów znajomy zapach. Obróciła głowę w stronę swojej sąsiadki i uśmiechnęła się widząc ją, odświeżającą sobie szyję i dłonie wilgotnymi chusteczkami.
 − Dzień dobry, ależ mocno zasnęłam.
Starsza pani pokiwała głową:
− Tak, spałaś jak kamuszek. Lot był spokojny, więc ja też trochę odpoczęłam. Kończysz swoją podróż w Nicei, czy udajesz się gdzieś dalej?
− Do Antibes, a na lotnisku odbiera mnie babcia i dziadek − odpowiedziała Marysia z uśmiechem. Pierwszy raz nazwała Jeremiego „dziadkiem” i ta forma rozbawiła ją.
− Wakacje?
− Właściwie dość krótkie , raczej odwiedziny– zwierzyła się. Muszę dalej lecieć do Gdańska, bo od 22-28 czerwca mam egzaminy na Akademię Muzyczną.
− O, to pięknie – pochwaliła starsza pani. − Na jakim wydziale?
− Skrzypce.
− Dawno już grasz?
− Od dzieciństwa.
Towarzyszka podróży uśmiechnęła się i Marysia miała ochotę jeszcze coś powiedzieć, ale stewardesy zaczęły ponownie rozdawać wilgotne ręczniczki, zbierać koce, poduszki, robiąc jak zwykle niezły rozgardiasz. Mile zaczęta rozmowa została zawieszona. Wrócił też ciemnoskóry pasażer spod okna i zajął swoje miejsce, a obsługa kontynuowała pokładowy rytuał serwując tacki z porannym posiłkiem.
− Jak dobrze, że dali coś ciepłego. Nie lubię zimnych kanapek – komentowała starsza pani, rozpakowując z folii parującą jeszcze zapiekankę.
Przypomniało to Marysi każdorazowe stwierdzenie mamy, która wolała zjeść owoc, albo sałatkę zamiast zmęczonej, małej bagietki z serem lub z salami.

− Tak, ja też – kiwnęła głową i poprosiła stewardesę o kawę.
− Przygotowałaś już repertuar muzyczny?
− Ależ oczywiście! Dokumenty też zostały wysłane zgodnie z wymaganiami. Oczy Marysi zabłysły radością i jej towarzyszka spoglądała na nią z sympatią.
− Lubię muzykę klasyczną, skrzypcową. Uchylisz mi rąbka tajemnicy, co wybrałaś?
− Bardzo chętnie. Mogłam przygotować dowolny kaprys lub etiudę w solówce i wybrałam Niccolo Paganiniego i jego  Kaprys op.1 nr 24.
Sonaty Jana Sebastiana Bacha: Sonatę No. 3 i Trio jego sonat, bo nie mogłam się zdecydować – roześmiała się. Mają żywsze tempo, bo tak szczerze mówiąc, to nie przepadam za Bachem, ale to trio jest dynamiczne i fajnie się je gra. Kocham jego  toccatę i fugę d-mol na organy. Marysia była w swoim żywiole. – Gdy byłam młodsza, odwiedziłyśmy Gdańsk z moją mamą i młodsza siostrą, ciocia zabrała nas na koncert organowy do Oliwy. Ktoś, nie pamiętam nazwiska artysty, grał właśnie te utwory. To była uczta!
− A dlaczego skrzypce stały się twoim instrumentem?
− Ach, to nasza rodzinna, amerykańsko- prowansalska historia. Drugi mąż mojej mamy jest skrzypkiem.
Pogawędka z nieznajomą była co prawda sympatyczna, ale Marysia uznała, że „rąbek” został wystarczająco odsłonięty.
− Zostaje pani w Nicei?
− Tak, postanowiłam podobnie jak ty zrobić sobie przerwę w podróży i zarezerwowałam parę dni w niedużym hotelu, w centrum, skąd, jak to się mówi, wszędzie jest blisko.
I pani Elżbieta pokazała Marysi otrzymany z Nicei kolorowy folder.
 − W samym sercu Nicei – powiedziała.
 − Hôtel Amaryllis, 5 rue d'Alsace-Lorraine.
Niezbyt szeroka ulica z pensjonatami i kolorowymi szyldami, które zapraszały do wejścia. Markety i sklepiki z souvenirami przedstawiały się równie sympatycznie.
Nie przepadam za luksusem i nikt na mnie na czeka.
Zabrzmiało trochę dziwnie, smutnawo, tym bardziej, że starsza pani po chwili wyciągnęła rękę:
− Poznajmy się, Elżbieta Szarocka.
− Maria Morelly. Marysia.
− Jesteś Polką?
− Tak. Nazwisko nadał nam partner mojej mamy.
I znów ogarnęły ją wspomnienia sprzed kilku lat, gdy po narodzinach Jasia – Antosia, Jacques zaproponował Yvonne, aby nadać dzieciom jego nazwisko. Przyjęły ten pomysł z  entuzjazmem, chociaż Marika, jak to ona, wieczorem w ich pokoju, zaczęła filozofować:
− Słuchaj, nie rozumiem, tylko my? A mama? On nie chce być jej mężem?
Marysia, która rozczesywała właśnie swoje długie włosy przed pójściem spać, odłożyła szczotkę i usiadła na łóżku obok siostry.
− Daj spokój, przecież to ich sprawa. Będą chcieć ślub, to go wezmą, a zresztą, czy to takie ważne? Mama już raz miała i zobacz, co się porobiło. Nie będziemy się wtrącać, a ty ani mi się waż ich o to pytać!
− Ojej, pewnie, że nie, ale ja bym chciała mieć ślub z chłopakiem. Marika położyła się i rozmarzonym tonem perorowała dalej: − mieć długą sukienkę z ogonem i dużo jasnoróżowych róż.
Marysia roześmiała się: − to nazywa się trenem, a nie ogonem, ty głupiutka, a poza tym ślub bierze się przeważnie z chłopakiem. Nie miała zamiaru uświadamiać siostry o innych przypadkach życiowych i przyjaźniach męsko - męskich, o których słyszała. Marika przyjęła jej słowa, jako dowcip tej starszej, która zawsze wiedziała wszystko lepiej.
Ależ to było dawno…

                                            ***

Pani Elżbieta obrała mandarynkę i poczęstowała Marysię.
− Za dwie godziny powinniśmy lądować w Nicei. Czy twoi krewni wiedzą, że jesteś już niedaleko?
− Myślę, że tak. Mama obiecała śledzić w Internecie przebieg naszego lotu i kontaktować się z babcią Leonią w Antibes.
− Leonia? Piękne, poetyckie imię.
− Zgadła pani. Ona pisze książki i wiersze. Przepraszam, posłucham trochę muzyki. Marysia założyła ponownie słuchawki i z mp4 zanurzyła się w dźwięki bachowego trio. Leni i Jeremi z pewnością będą chcieć posłuchać jej interpretacji.   

    Nicea
 1.Powitanie   

    Wzruszenie i radość, nie wiadomo których więcej, uczuć, które tak bardzo wypełniają serce, gdy oczekuje się przybycia ukochanej osoby.
Na świetlnej tablicy, w holu Arrivées nicejskiego lotniska zmieniły się numery, pokazując, że Air France z Nowego Jorku właśnie wylądował. Leonia ścisnęła Jeremiego rękę:
− Jest, przyleciała, zaraz ją zobaczymy! O, dzięki ci Boże!
W niezbyt szerokim przejściu ukazał się wreszcie tłumek pasażerów nowojorskiego lotu. Podróżni wychodzili ciągnąc za sobą bagaże, witali się okrzykami radości, ściskając nawzajem, a oni ciągle wypatrywali Marysi…
− Nareszcie, kochanie, tutaj, tutaj!
 Leonia zręcznie ominęła kilka osób oraz wysokiego księdza, za którym zauważyła smukłą sylwetkę Marysi.
Powitania nie mogły trwać długo, bo choć wielki spodek nicejskiego lotniska zachwycał obszernością i wygodą, to tutejsze służby porządkowe niechętnym okiem patrzyły na blokowanie swobodnego przepływu pasażerów.
− Dziewczyny moje, poprzytulacie się w domu.
 Jeremi sam z trudem hamował wzruszenie, ale musiał opanować radosny rozgardiasz.
– Jedziemy do domu, proszę!
Wyjął z ręki Marysi uchwyt sporej walizki na kółkach i roześmiał się widząc, jak cofa drugą rękę z futerałem skrzypiec.
− Wiem, wiem, nie zabiorę ci twojego instrumentu – śmiał się głośno. – Już słyszałem, że prawie nigdy się z nim nie rozstajesz.
Drugie piętro otwartego parkingu, gdzie czekał wygodny, choć nie najnowszy peugeot, którym zwykle jeździła Leonia, było prawie puste. Przed nimi szedł jedynie ksiądz, który również przyleciał z Nowego Jorku, a za nimi - głośno śmiali się i rozmawiali trzej młodzi mężczyźni, szukający najwyraźniej swojego pozostawionego tutaj auta. Nagle Marysi w jednej sekundzie wydało się, że świat eksplodował. Wszystko zdarzyło się jednocześnie. Obok nich z piskiem opon zahamował szary mercedes, z którego wyskoczyło dwóch pasażerów. Jednocześnie ksiądz odwrócił się i z przerażeniem dostrzegła  pistolet, który trzymał w wyciągniętej dłoni. Czarny otwór lufy wydawał się ogromnieć i przesłaniać postać w sutannie. Krótki krzyk Leonii zlał się w jedno z podwójnym, głuchym uderzeniem. Dwa niebieskie vany zdecydowanie zablokowały szarego mercedesa, a z otwierających się gwałtownie drzwi wyskakiwały czarne, zamaskowane postacie w hełmach na głowach i uzbrojone w pistolety maszynowe. Bez ruchu, niczym zahipnotyzowana Marysia wpatrywała się w wymierzony w nią pistolet i, jak na zwolnionych kadrach filmu, zobaczyła ciemnoróżową chmurkę krwi, która trysnęła, gdy kula ukrytego strzelca trafiła dłoń zaciśniętą na broni. Ze wszystkich stron rozległy się krzyki męskich głosów:
Police! Au sol! Au sol!
Zdążyła jeszcze zobaczyć, że ksiądz z krwawiącą dłonią zostaje powalony na ziemię zdecydowanym uderzeniem kolby, a mężczyźni z szarego auta leżą na betonowej podłodze twarzami do ziemi, przyciskani mocno kolanami czarnych postaci, w bojowych kamizelkach z wielkimi literami GIPN. Cały garaż rozbłyskiwał teraz niebieskimi światłami i roił się od uzbrojonych mężczyzn w czarnych mundurach i takich samych kominiarkach. Dwóch z nich stanęło po bokach Marysi uniemożliwiając jakikolwiek ruch, a trzeci wyrwawszy jej futerał ze skrzypcami, zatrzaskiwał stalowe kajdanki na jej wykręconych do tyłu rękach. Było jej słabo i czuła, że może zaraz zwymiotować, gdy prowadzono ją do granatowego busa błyskającego niebieskimi światłami. Zbyt przerażona, nie przyjrzała się okrągłym plakietkom na ramionach każdego z nich, gdzie umieszczono dziwne, skrzyżowane rewolwery na tle sztyletu i jakiś napis, którego nie zdołała przecież odczytać. Zauważyła, że Leonia i Jeremi, otoczeni przez zamaskowanych ludzi również mają na rękach czarne kajdanki.
Biedna babcia i Jeremi, co się właściwie dzieje? Kręciło się jej w głowie, zaschło w ustach. Mamo moja, chyba nas tu nie zabiją?
Gdy w tej przerażającej eskorcie wsiadała do samochodu, usłyszała krótki krzyk Jeremiego:
− Nie bój się, to Groupe d’Intervention Police Nationale [1]– to policjanci!
Nie tak wyobrażała sobie przybycie i przejazd ulicami Nicei. Samochody mknęły szybko z wyciem syren, prawie spychając z drogi innych kierowców. Bez zmniejszania szybkości minęły otwierającą się bramę wysokiego, stalowego ogrodzenia i zahamowały ostro dopiero przed dwupiętrowym budynkiem, pilnowanym przez uzbrojonych wartowników. Czarnych postaci znów było wiele i nie zdołała już zobaczyć Leonii ani Jeremiego. Wprowadzono ją do pokoju, który był nowym zaskoczeniem. Pomieszczenie nie posiadało okien, a niebieskie oświetlenie sprawiało, że poczuła przebiegające po plecach mrówki strachu. Jedynym meblem było metalowe krzesełko z poręczami, do których teraz przykuto jej ręce. Obok stanął uzbrojony strażnik, milczący jak głaz.


                                                       ***

       Rodzinny dom Jeremiego, który od czasu powrotu do Prowansji, poślubienia Leonii i zamieszkania razem z nią w Antibes, stał się prawdziwą oazą wypełnioną szczęściem i wspomnieniami. Dla Veronique Leraine, która opiekowała się domem po śmierci matki Jeremiego, jako córka jej przyjaciółki, był miejscem równie szczególnym. Zadomowiona od lat i poproszona przez Leonię o pozostanie w nim, stała się prawie częścią ich rodziny. Teraz z satysfakcją obeszła pokoje, sprawdzając czy wszystko jest korekt przygotowane, zaglądnęła do kuchni, czy ciepłe, mięsne danie, które było jej specjalnością jest prawie gotowe, gdy rozdzwonił się telefon. Aparat zawieszony na kuchennej ścianie pamiętał czasy rodziców Jeremiego i nadal służył im, jako jeszcze jedno wspomnienie dawnych lat.
− Salut?
− Halo! Veronique?
− Oui!
− Tutaj Yvonne! Czy oni już przyjechali? Dzwoniłam do Leonii, ale jej komórka nie odpowiada. Sprawdziłam, że samolot wylądował w Nicei przeszło godzinę temu!
Ton głosu Yvonne wskazywał na duże zaniepokojenie.
− Ależ proszę się nie denerwować, myślę, że powinni niedługo już być. Może jej komórka się rozładowała?
− Jeremi też nie odpowiada, ani Marysia! – krzyknęła Yvonne. – Powiedz im, że czekamy na wiadomość, natychmiast po przyjeździe do Antibes! Adieu!
− Ależ oczywiście, przekażę! Z pewnością są w drodze do domu.
Veronique powiesiła słuchawkę i ją również ogarnęło dziwne uczucie. Wyłączyła piekarnik, w którym podgrzewała już przygotowany obiad i wyszła przed dom. Usiadła na schodkach i czekała… Gdy wyjadą zza zakrętu, między wzgórzami, ona pierwsza zauważy ich samochód.

                                        ***     



[1] Policyjna Grupa Interwencyjna (franc.)

................................................................















czwartek, 9 kwietnia 2015



Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.

Antoine de Saint-Exupéry






Może uda nam się oswoić
wieczorny dotyk i myśli szalone −

Odpowiedzialni
za poranną kawę i kromkę chleba
ciszę przy pracy chwile skupienia
moją modlitwę twoje marzenia
księżycowe wędrówki wolność skowronka −

I nie zapytam o ból - o sen
bo przecież
jesteśmy jedno

 8. IV. 2015        Anna Strzelec 


sobota, 4 kwietnia 2015

Wielki Tydzień - Wielkanoc...


Tak wiele się zdarzyło...















Znicze małe, bo i prośby dziecięce -
o zdrowie dla braciszka
może piątkę z matmy
Czerwone - jak kaplice albo minarety
o miłość szczęśliwą

Niebieskie - mężom co za oceanem o radosne powroty
A ja latarenkę Ci niosę -
z sercem szklanym i pękniętym
która kiedyś na tarasie
przy bzu bukiecie stała...
Nocą ześlesz wiatr błogosławiony
on wybierze
spełnione - odrzucone - wysłuchane -
do wieczności powołane.

Anna Strzelec / 2 kwietnia 2011 - wieczorem /
z tomiku "Cóż wiemy o miłości..."


Moje Wielkanocne Triduum







Mówią -
że to dzień szczególny
dzień zadumy
nad?
Okrucieństwem
człowieka nad człowiekiem...

Zdarzyło się dwa tysiące lat temu
i nic się nie zmienia!
Krople deszczu
płatki śniegu
łzy
na widok współczesnego Piłata -
Weź mój krzyż
...
niosę
a gdy już z martwych wstaniesz
pomóż mi donieść
...
Czekaj na mnie
...
Na pustyni
czy pod drzewem oliwkowym?
Anna Strzelec / z tomiku "Jeszcze raz w podróż..." Miniatura Kraków

Wielki Piątek...

      Stacja VI - Weronika -
Wyrok przyjmuje się w milczeniu
nie wstrzymasz czasu wykonania
Weroniką być -
krople potu z czoła Twego otrzeć
łzę podarować
...
Gdy serce na oścież otwarte -
życie da się znieść
tylko jeszcze uśmiech
zrozumienie
słowem Przyjaciela - przytulenie

Anna Strzelec







Wielka Sobota - 

Po "Pasji"
jest cisza 
jedwabnie błękitna -
hieny ironiczne już dawno odeszły -

Biały całun przy skale powiewa
plamy krwi
woń gaju oliwnego
z zapachem dzikiej róży
wiatr miesza -
A ja boso, kamienistą losu drogą
pobiegnę z Magdaleną
na spotkanie z Tobą
prosząc Cię
- chociaż okruch -
Twojej boskiej światłości...

@Anna Strzelec, Wielkanoc 2015 



Moim Przyjaciołom i Czytelnikom życzę zdrowych i radosnych 
Świąt Wielkiej Nocy. 
Niech odradzające się na wiosnę życie, napełni nas wszystkich nadzieją i miłością!

Pozdrawiam serdecznie -  Anna Strzelec







wtorek, 10 marca 2015

BAPTIST DE PAPE - "Siła serca" - recenzja




Baptist de Pape – SIŁA SERCA
Odkrywanie prawdziwego celu w życiu - 

                            ***  



Oto młody człowiek, po ukończeniu studiów prawniczych i z perspektywą podjęcia intratnego zatrudnienia, zaczyna zastanawiać się, czy to jest właśnie celem jego życia?… Paradoks. Dlaczego nie wcześniej? Czego życie oczekuje od niego? Co chowa dla niego w zanadrzu? 

Hmm, każdy z nas chciałby to wiedzieć… 

Rozjaśniony nagłym przypływem energii poczuł się powołany, aby zbadać moc serca, będąc przekonanym, że właśnie tego oczekuje od niego życie. Ponieważ wszystko co najważniejsze pochodzi od serca, które jest nie tylko anatomicznym organem pompującym krew w naszym organizmie.
Paptist de Pape wyruszył w drogę… Do zrealizowania swojego zamiaru, najpierw nakręcenia filmu, a następnie napisania wymienionego tytułu, zaprosił siedemnaście osób. O ich profesjach przeczytać można na końcu książki, oraz w Wikipedii. Ponieważ nie lubię, przed czytaniem jakiejkolwiek książki sprawdzać jej zakończenia, zaglądnęłam do Wikipedii.   
  • Isabel Allende ( chilijska pisarka – realizm magiczny ), Maya Angelou ( jedna z największych poetek-aktywistek na rzecz praw obywatelskich dla czarnoskórej ludności w USA), Michael Beckwith ( założyciel Międzynarodowego Centrum Duchowego Agape w Culver City w Kalifornii, kościoła nowej, amerykańskiej myśli ), Deepak Chopra (lekarz, pisarz i filozof, pochodzenia indyjskiego, autor między innymi książki "Kamasutra i siedem duchowych praw miłości według Deepaka Chopry"), Paulo Coelho ( brazylijski pisarz i poeta ), Joe Dispenza (amerykański biochemik, terapeuta - twórca potęgi świadomego myślenia i wiary w spontaniczną remisję), Linda Francis ( amerykańska pisarka),  Jane Goodall (brytyjska badaczka w dziedzinie prymatologii, etologii i antropologii. Przyczyniła się do poznania procesów społecznego uczenia się, myślenia, działania i kultury wśród dzikich szympansów) , John Gray (ameryk. terapeuta rodzinny, wykładowca oraz pisarz) , Rollin McCraty ( ameryk. psycholog, zajmujący się dociekaniami dotyczącymi energii serca, oddziaływaniem jego bioelektromagnetyzmu między ludźmi), Howard Martin (Howard od 2008 roku odegrał kluczową rolę w uruchomieniu Inicjatywy globalnej spójności -GCI, która oparta jest  na nauce, współpracy kreatywnych projektów, aby zjednoczyć serca, aby ułatwić zmiany w globalnej świadomości o niestabilności i niezgodzie równowagi dla współpracy i trwałego pokoju). 

I kilkoro pozostałych, których nazwiska i aforyzmy oraz fragmenty wypowiedzi cytowane są w książce. Jeśli po nią sięgniecie, łatwo będzie też ich poznać, a nawet ich barwne zdjęcia.

Swoją wiedzę o „siłe serca” Baptist de Pape − przekazuje w III częściach i wielu podrozdziałach. Przyznać muszę, że z odrobiną sceptycyzmu zabrałam się do czytania pierwszej części pt. DROGI PROWADZĄCE DO SERCA 
z podtytułem: Twoja wewnętrzna moc.

„Serce reaguje wcześniej niż mózg i wysyła do niego sygnały” – twierdzi Rollin McCraty.
Czy to serce pozwala nam odnaleźć się w świecie? Pozwala połączyć się nam z wyższą formą poznania? Zaprotestowałam w myśli. To mój mózg wysyła sygnały do serca! 

Zgodzę się jednak z Isabel Allende:

 „Inspiracja jest dla mnie sprawą zasadniczą. Najważniejsza jest kreatywność, którą odnaleźć mogę jedynie na drodze serca.”


Dla mnie - oczywiste! Każdy twórca, niezależnie od dziedziny nauki lub sztuki, którą uprawia czuje się zainspirowany. Słowo pisane, plama malarska, muzyczny akord… muszą  być zaakceptowane przez nasze serce, bo zrozumiałe jest, że procesowi tworzenia towarzyszy przeżywanie powstawania dzieła.
I tak, na 230 stronach, wśród wielu aforyzmów i dłuższych refleksji wypowiadanych przez współtwórców książki, zawierającej też ilustracje i zdjęcia, Baptist de Pape zastanawia się nad wieloma aspektami funkcjonowania serca.

Z podrozdziału: Serce i dusza – 

dowiadujemy się, że autor odwiedził Paulo Coelho, a rozmowa z pisarzem dostarczyła mu wielu wzruszeń. Wspominając o swoim przebudzeniu i pójściu za głosem wewnętrznym, Paulo Coelho powiedział:

„Droga od rozumu do serca może nie być krótka ani łatwa, ale doprowadzi nas do celu”

( A jednak! – mój przypisek J )

Tysiące lat temu, w różnych kulturach świata ludzie traktowali serce jako ośrodek inteligencji człowieka. Wierzono, że serce ma zdolność podejmowania decyzji… To stamtąd z pewnością wzięły się pojęcia: serce zimne, serce okrutne i okres morderstw w historii starożytnej Europy.  

Jako przykład drogi do serca niech posłuży jeszcze jeden podrozdział: Otworzyć się na mądrość serca

W jaki sposób? Zalecone jest milczenie, cisza i medytacja. Wiele innych wskazówek przeczytajcie i zastosujcie, jeśli Was interesuje ten sposób wyciszenia. Podobnie jak w ćwiczeniach jogi.Czy moje serce napędzane jest niewidzialną energią – wszechświata? Podobno powstaje ona poza ciałem, napędza bicie serca i pobudza wszystkie moje funkcje życiowe… Też interesujące, prawda? 

I jeszcze jeden cytat, który z pewnością spodoba się niektórym z nas:

 „Jeśli nie wiesz, co masz robić, nie rób nic. Nie wypełniaj swojego czasu banalnymi sprawami. Po prostu nie rób nic. Posiedź. Nie rób nic, a może będziesz zdolny usłyszeć głos swojego serca.” Maya Angelou.

Posiedziałam, poczekałam, ale nie usłyszałam głosu mojego serca, oprócz cichego mruczenia mojego kota, Odezwał się za to głos sumienia: dokończ pisać nareszcie te recenzję, obiecałaś… 

Jestem w wieku, w którym kobieta sporo już o życiu wie, niektóre teorie, aforyzmy lub ćwiczenia oddechowo -  rozluźniające,  jako odpowiedź na pytania, jakie stawia nam serce i życie, są mi znane. Polecany kontakt z naturą, słuchanie śpiewu ptaków, zabawy ze zwierzętami - wszystko to, oprócz codziennych zajęć, czemu musimy przecież czas poświęcić − dodatkowo wyzwoli w nas pozytywne uczucia serdeczności. Wielu z nas już o tym wie, a jednak uczymy się na nowo, przypominamy sobie znane prawdy życiowe.

Do podrozdziału: Moce wewnętrzne – dołączam tutaj prywatne polecenie ode mnie – psychiczna penetracja własnego ciała. 
Analizę emocji, jakie ujawniają się nam w fizyczny sposób… To znaczy? Co wpływa na nas szczególnie pozytywnie? Z jakimi osobami kontakt przynosi nam radość? Czy rozmowa z nimi sprawia, że czujemy się znów napełnieni optymizmem? A może niektórzy działają negatywnie na naszą psychikę i powodują poczucie dyskomfortu? Wnioski nasuwają się same… 
  
 Dwa przedostatnie rozdziały książki, to jak przysłowiowe wisienki na torcie.

Miłość i związek oraz  Przebaczenie.


„Przebaczenie jest czymś bardzo osobistym; rodzi się w tobie w obszarze miłości i uładzenia z sobą samym. Uważam, że jest sprawą tak intymną, tak głęboką, że nie można go nikomu narzucić. Nie da się przebaczać rozumowo; tutaj w grę wchodzi serce. Gdy pogodzisz się z własnym sercem, przebaczysz wszystko”. Isabel Allende
            

Znane jest powszechnie powiedzenie: nic nie dzieje się bez przyczyny, każde zdarzenie ma swój sens, jak i spotkanie drugiego człowieka na swojej drodze.

Otrzymałam do zrecenzowania książkę, która jest inna… Niełatwa, skłaniająca do przemyśleń i medytacji. Jej zadaniem jest pomoc czytelnikowi w odkrywaniu prawdziwego celu w życiu i otwarciu serca dla drugiego człowieka. Powodzenia! 
Anna Strzelec


 




środa, 4 marca 2015

MARZEC







Dzień dobry!
 

WSZYSTKO WSKAZUJE NA TO, ŻE TEN MIESIĄC BĘDZIE BOGATY W WYDARZENIA.  I to takie różniste: poetyczne, literackie, historyczne... Postaram się przedstawić je chronologicznie. 

LIBERTAS - to MIESIĘCZNIK LUDZI WOLNYCH, obfity w swoim internetowym wydaniu i bogatej treści. Mam w nim też swoją stronę autorską. Ostatnio ukazał się felieton poświęcony Fryderykowi Chopinowi i George Sand pt. TRUDNA MIŁOŚĆ.
Poniżej linki do stron przedstawiających wszystko, co dotychczas i co najnowsze. ZAPRASZAM!




http://www.libertas.pl/trudna_milosc_z_okazji_205_rocznicy_urodzin_fryderyka_chopina.html

W KĄCIKU POEZJI - po raz pierwszy dwa moje wiersze:

"A myślałam, że już się nie boję" i "Erotyk".



CDN.

Anna Strzelec


                                       




               "Siła serca" - to książka, której autorem jest Baptist de Pape.
Ma ona pomóc czytelnikowi w odkrywaniu prawdziwego celu
w życiu...
Proza niełatwa, skłaniająca do przemyśleń i medytacji. Już wkrótce moja, o niej recenzja.

"Poddaj się w milczeniu przedziwnemu urokowi tego, co naprawdę kochasz. Nie zaprowadzi cię to na manowce". / Rumi /

"Nie pozwól, aby hałas innych opinii zagłuszył wewnętrzny głos. I, najważniejsze, miej odwagę słuchać swego serca i intuicji". / Steve Jobs /

Cdn.
          


piątek, 13 lutego 2015

W LUTYM...


TŁUSTY CZWARTEK! 




Jaki to śmieszny i słodki dzień nam minął. 
Emotikon grin
Ponieważ od rana miałam kilka spraw do załatwienia w mieście - ( zaczynając od szpitala - tak, tak, niestety Emotikon frown więc wybiegłam z domu po wypiciu tylko kawy i moim pierwszym pączkiem był ten, ze szpitalnego kiosku Emotikon grin ! Drugi raz "niestety", bo był to wyjątkowy tzw. gniot ze słodką, wieloowocową. Przykro mi się zrobiło w imieniu wszystkich pacjentów...
Po przebyciu trzech przystanków autobusem, następną sprawę "do wyprostowania" miałam w Getin Banku i tu niespodzianka Emotikon grin Tuż po wejściu do pomieszczenia, zauważyłam stoliczek, dwa talerze i białym lukrem uśmiechnięte na nich pączki, obok kartonik kosmetycznych chusteczek! Najpierw interesy, a później degustacja! I przy tej teraz okazji - pozdrawiam miło pracowników Getin Banku Oddz. na Manhattanie w Gorzowie Wlkp. Emotikon grin Pączek był pyszny, a nadzienie jakby z powidłami! Mniamm Emotikon smile
Pogoda dziś też dopisała, postanowiłam dalej iść spacerkiem, słoneczko oświeciło szyld: Piekarnia - Cukiernia Jacek Różycki - Baczyna... i jak tu nie wejść? Miałam rację, a pani się zdziwiła, że kupuję tylko JEDEN pączek? Emotikon smilePrzetestowałam go zaraz po wyjściu... Że na ulicy? No to co, nie tylko ja... W tej cukierni kupiłam też torebkę chruścików, faworkami zwanych... te smażone dawno temu, przez moją Mamę były, powiedzmy - inne... Emotikon smile
Dalsza wędrówka po mieście, tym razem znów autobusem, w kierunku centrum... kawałek pieszo... niedaleko sklep, który miewa dobre rogale świętomarcińskie. A jakie pączki? Trochę zmęczona, krok za kroczkiem idąc, zorientowałam się, że nie jestem sama:
- A pani tak sobie spacerkiem, powolutku... Źle się pani czuje?
Mężczyźnie, który niespodziewanie zaczął mi towarzyszyć, nie miałam zamiaru powiedzieć, że objadłam się trzema pączkami i kilkoma chrustami, więc powiedziałam prawdę:
- Kolanko mi dokucza - niby zażartowałam.
- O - zmartwił się. - stłuczone?
- Nie, RZS.
- O - zmartwił się po raz drugi szczerze. - ale to się da leczyć, prawda?
Popatrzyłam na niego z ukosa. Z wyglądu, niczego sobie, w moim wieku, uśmiech sympatyczny i tak wędruje obok mnie... Ciekawe, myślę - o co tu chodzi?
- Pogoda, akurat na spacer, prawda? - znów nawinął.
- Tak, tak - przyznałam - ale, ja już tutaj skręcam do "Stokrotki". A on na to:
- A czy nie chciałaby pani razem ze mną zapoznać się z gazetą ; "Chrystus jest wśród nas"?
Roześmialiśmy się oboje!
- Ja myślałam, że pan mnie chce poderwać, a pan mi tu gazetę proponuje! Emotikon grin
- Gdybym chciał panią poderwać, zaproponowałbym coś innego Emotikon grin
- Ale ja nie daję się podrywać na ulicy! Emotikon grin
- Dobrego zdrówka życzę!
- Wzajemnie! Emotikon grin
Pączek w "Stokrotce" był również niczego sobie, a poza tym zakupiłam kilka torebek czekolady w proszku marki "Wedel", którą rozpuszcza się w gorącym mleku! Czekoladowe wspomnienie z pobytu w Warszawie...



I TO jest TO, na jutro! Kilka chruścików też jeszcze zostało.

Anna Strzelec

Emotikon smilEmotikon smile

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty


Popularne posty

Popularne posty