Weekend przed nami, a więc może coś do poczytania?
Po Wizie do Nowego Jorku i Oknie z widokiem na Prowansję ~ zanim ukaże się ostatnia z mojego trio, którą zatytułowałam:
~ Akwarele
i lawendy ~
Dwa fragmenty. Oprócz bohaterów - znanych już polubionych, nawet pokochanych poznacie nowe postacie, których życie zadziwiająco splata z mieszkańcami Portu Jefferson dostarczając im cały wachlarz różnorakich przeżyć.
No cóż, c'est la vie ...
Dziwne są ścieżki
szczęścia. Niektórzy potrafią zbudować swoje szczęście niemal z niczego, ocalić
i rozdmuchać nawet najbardziej nikłą iskrę, choć wiatr i deszcz.
Hanna Kowalewska
Charlotte
─ Odebrałam pocztę podczas twojej nieobecności.
Mówiąc to, Caroline położyła list, który Charlotte ogarnęła zdumionym
spojrzeniem, ponieważ był to list, który przyszedł „normalną” pocztą. Koperta była
ofrankowana zagranicznymi znaczkami, na których widniały afrykańskie zwierzęta.
List z Kamerunu od Cecilii! Ze wzruszeniem otworzyła korespondencję z Afryki i
zagłębiła się w czytaniu, szybko przebiegając wzrokiem linijki drobnego pisma
córki.
„Droga Mamo! ─ pisała Cecilie.
Wiem, że czekasz na konkretną i
w miarę wyczerpującą relację ode mnie, więc postaram się jak tylko umiem najlepiej
przekazać Ci moje wrażenia, jakie odnoszę po półrocznym już pobycie na tym kontynencie, prawie w samym środku Afryki. Muszę
napisać Ci, że to piękny kraj, ale aby poznać Afrykanina, nie wystarczy wraz z
nim słuchać rytmicznej muzyki
bębnów, podziwiać kolorowe stroje, podglądać dziką przyrodę na safari i
zachwycać się pięknem zachodów słońca...Nie wystarczy!
Europejczyk i Afrykanin mają
zupełnie inne pojęcie czasu, świata, sensu życia, pracy, a nawet miłości, polityki
i wojny. I cóż tu począć? Musimy poznawać tę inną kulturę, szukać wspólnego języka
z nimi i nabierać też szacunku do tego co inne… A nie jest to wcale łatwe, o
nie!”
─ Ależ się rozpisała dziewczyna. Caroline zaglądnęła przez ramię Charlotty.
─ Może chciałabyś głośno przeczytać?
─ Oczywiście, chętnie.
─ Zrobię kawę, a może wolisz herbatę?
─ Poproszę herbatę, bo czuję, że mi tu zaraz ciśnienie podskoczy ─ stwierdziła
Charlotte uśmiechając się. ─ Trzy maczkiem zapisane kartki!
Siedziały w jej przytulnej kuchni, która coraz częściej była miejscem ich
rozmów i ploteczek. Po chwili zapachniało aromatyczną herbatą, a Charlotte
kontynuowała czytanie afrykańskich wiadomości.
„Przypominasz sobie mamo, że
przed wyjazdem wyszukiwałam
wszędzie informacji na temat „Afryki w miniaturze”? Zrobiłam co w mojej mocy, by
poznać Kamerun jeszcze przed przyjazdem. Oczywiście, realia okazały się
odbiegać od moich wyobrażeń.
Wielu ludzi przybyło do Afryki i zamieszkało
tutaj na stałe. I jak wielu nas jest - mamy swoje spojrzenie na wszystko co
znajduje się wokół nas. Biali ludzie przyjeżdżają do Afryki, bo są przekonani,
że Afrykanina wszystkiego trzeba nauczyć, że Afryka jest bez kultury, religii
itp... Na początku pobytu wydaje się nam, że prawie wszystko wiemy, że tak
wiele możemy dać! Z czasem otwierają się nam oczy i coraz częściej milczymy.
Jest nas tutaj pięć dziewczyn,
jedna siostra zakonna i należymy do Wspólnoty Sióstr Pallotynek. Mamo, wiem, że
jesteś ciekawa co robię, więc właśnie chcę się z Tobą trochę podzielić moim
życiem i pracą tutaj, w tropikalnym lesie, między Plemionami Baka, Fank, Njem
oraz Pigmejami.
O Kamerunie mówi się, że jest
wizytówką wszelkich afrykańskich klimatów. I jest to prawda : pustynia,
sawanna, busz, tropikalna dżungla i piękne wybrzeże Zatoki Gwinejskiej.
W tym rozległym kraju żyje
ponad 230 plemion, które mówią swoimi językami i jest to powodem różnorodnej
tradycji, która zmienia się w zależności od plemienia, więc trudno pisać o
tradycjach kraju, a urzędowym językiem jest francuski i angielski.
Pamiętasz, jak przed wyjazdem
pytałaś mnie dlaczego chcę tu jechać? Tak daleko, upał, węże, skorpiony i miliony
mrówek, a do kompletu tych plag dodać trzeba malarię...Mogę Ci teraz
powiedzieć, że to zgromadzenie mnie wysyłało, ale ja od zawsze chciałam
pojechać do Afryki, a jeśli się bardzo chce, to ziemia i niebo sprzyjają
człowiekowi, a Pan Bóg wysłuchuje. Zdziwiłaś się, czytając? Tak właśnie teraz
myślę… Każdy z nas przynajmniej raz w życiu postawił sobie pytanie: co jest
najważniejsze w życiu? Ja chciałabym jak najpożyteczniej wykorzystać czas,
który mi dało przeznaczenie...Pojechałam w tę stronę świata, aby nauczyć się czegoś od ludzi,
których spotkam, by móc później podzielić się tym co wiem, i co mam. Może
napiszę kiedyś o tym książkę?
Południowa i wschodnia cześć kraju to lasy
tropikalne i tutaj właśnie żyje i pracuje jedna ze Wspólnot Sióstr Pallotynek. Wschód jest
jedną z najbiedniejszych, zaniedbanych części Kamerunu. Połączenia między
miastami i wioskami są niedogodne, po prostu brakuje dobrych dróg. Mając dobry
samochód terenowy istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek penetrując dżunglę w
porze deszczowej czy też suchej, szczęśliwie dotrze do celu...
Jesteśmy
prawie na równiku czyli dzień i noc mają po 12godz. Słońce wstaje około 6 a
zachodzi o 18. Mamy cztery pory roku czyli tak jak w Polsce, ale tylko liczba 4
nas łączy...duża pora deszczowa trwająca od sierpnia do października, duża pora
sucha trwająca od listopada do stycznia. Potem dla odmiany mała pora deszczowa od
lutego do kwietnia oraz mała pora sucha od maja do lipca. Nie ma wielkiego
wyboru : deszcz lub susza. Błoto koloru cegły po kostki w porze deszczowej i
tumany kurzu w porze suchej. Aktualnie zawitała do nas pora deszczowa.
W tym tropikalnym lesie
zwierząt „jak na lekarstwo”; specjaliści od ochrony środowiska biją na alarm z
powodu katastrofalnego przerzedzania dżungli, ale tylko bija... a las jest
wycinany i ogromne drzewa każdego dnia są wywożone do portu w Douala. W naszych
stronach żyje plemię Baka- Pigmeje czyli ludzie lasu. Jak długo będą ludźmi
lasu?
Mam nadzieję mamo, że Cię nie
zanudzam. Zaraz napiszę coś weselszego. Spodziewałam się biedy i nędzy na każdym kroku, a tymczasem… Tu jest
zupełnie inaczej. I bynajmniej nie mam na myśli majętności mieszkańców, a
raczej bogactwo ich mentalności. Być może Doume nie przypomina 5th Avenue w
Nowym Jorku, ale nie jest także slumsem Rio de Janeiro. Faktem jest, że ludzie
mieszkają w bardzo skromnych warunkach, ale często jest to ich wybór. Od
pokoleń mieszkali w „skleconych” chatkach i cywilizacja w europejskim
znaczeniu, nie wmówi im, że bieżąca
woda w domu powinna być standardem. Budynki misyjne, zdecydowanie odróżniają
się od pozostałych. Są jakby bardziej „nasze”, niż tutejsze. Kameruńczycy
widzą, że można żyć wygodniej, ale im odpowiada aktualny stan ich domów. Żyją w
tych chatkach, dopóki te się nie rozpadną, bo jakoś nie mają czasu myśleć o
remontach. Najwięcej uwagi poświęcają relacjom z innymi. Wolne chwile (czyli
prawie całe dnie) przeznaczają na rozmowy z sąsiadami, rozmowy o sąsiadach,
odwiedzanie sąsiadów albo przyjmowanie sąsiadów. Monotonne? Nie bardzo, bo
sąsiadów jest bardzo wielu! Bez obrazy, ale nastawiłam się na kompletne
zacofanie mentalne. Obstawiałam co najwyżej
XIX wiek we wszechogarniającym buszu. A tu wszędzie są drogi, już coraz
częściej asfaltowe i każdy ma komórkę, a w domu nie ma prądu. Kobiety chodzą w
szpilkach chociaż tu nie ma chodników, a w mieście można kupić wszystko, tylko
trzeba mieć cierpliwość do sprzedawcy zajętego popołudniową sjestą.
Mamo, nie będę ukrywać… misja katolicka nie była moim marzeniem. Miałam o
niej mylne przekonanie. Wydawało mi się, że nawracanie ludzi na wiarę, to
podstawa jej istnienia. Tymczasem, misja opiera się na nauce i dbaniu o
zdrowie. I oba te cele, wbrew pozorom, są spełniane bardziej po europejsku, niż
afrykańsku. Przedszkolaki dorastają w „królestwie” siostry Fabiany. Mają piękny
ogród z karuzelami, huśtawkami i drabinkami, salę zabaw z mnóstwem maskotek,
przestronną jadalnię i każda grupa wiekowa ma swoją salę z kolorowymi
tablicami. W szkole, w którą siostra Judyta wkłada całe swoje serce, każdy ma
zeszyty, książki i kredki. Dzieci siedzą w ławkach, mają na sobie identyczne
mundurki i tak jak w przedszkolu dostają obiad trzy razy w tygodniu. Dzieciom takie dbanie o ich rozwój
bardzo odpowiada. W ośrodku zdrowia nie byłam, ale ponieważ mieszkam z siostrą Mariettą, jestem
przekonana, że tam każdy pacjent ma swoje łóżko i dostaje leki, jak w normalnym
szpitalu. Tak więc wiele rzeczy pozytywnie mnie tu zaskoczyło.
Są też sytuacje, w których wciąż czuję się dziwnie. Na przykład, gdy idę
do szkoły, mijam pewną budowę, gdzie pracuje dwudziestu, może trzydziestu
budowniczych, cieśli itd. Gdy tamtędy przechodzę, wszyscy przestają pracować i
po kolei krzyczą: „Oliwia!” Rozumiem, że zwracają na mnie uwagę, w końcu
białych nie spotyka się tu na każdym kroku, ale dlaczego mówią na mnie Oliwia?
Jest to dla mnie niepojęte. Przywykłam już do tego, że dzieci na mój widok
mówią „blanche”. Zdziwiło mnie jednak, kiedy niedawno pewna dziewczynka z
przedszkola, z którą znam się z imienia, na mój widok spokojnie powiedziała „tu
es trop blanche!”, co znaczy „jesteś zbyt biała!” Zbyt biała?! Miałam ochotę
jej odpowiedzieć, że jej karnacja też rzuca się w oczy. Ale tutaj to nie byłaby
prawda. Fakt, jestem zbyt biała i teraz nawet mnie to cieszy. Nie mam pamięci
do twarzy, a tutaj każdy się ze mną wita, więc nie boję się, że przejdę obok
jakiegoś znajomego i go nie zauważę. On zauważy mnie na pewno. Kończę już Mamo,
nie martw się o mnie! To ja raczej powinnam o Ciebie… Twoje nagranie dostałam.
Jak przykro mi z tego powodu, ale nie martw się już, widocznie tak miało być. Czekam
na wiadomość od Ciebie, całuję mocno i przytulam – Twoja Cecilie
PS. Mamo! Jak napisał Bernard Shaw: „miłość upiększa każde romantyczne
przeżycie i usprawiedliwia każde szaleństwo.” Pamiętaj tylko to, co było
piękne!
Caroline uśmiechała się
do ostatnich słów napisanych przez Cecilie. Charlotte skończyła czytanie i przez
dłuższą chwilę patrzyła na kartki listu i kolorową kopertę, a potem
powiedziała:
─ A może powinnam
pojechać do niej? Przecież ona tam nikogo nie ma…
─ Jeden pomysł za drugim!
Nie nadążę za tobą!
Słuchała
przyjaciółki z niedowierzaniem i pukając się w czoło wyrażała znanym gestem absolutną
dezaprobatę dla jej słów. ─ I co tam chciałabyś robić?
─ Nie wiem. Tak mi przyszło
do głowy… Może mogłabym pomóc w tej szkole, albo namalować serię obrazów z
dżungli… i namówiłabym Cecilie do powrotu.
─ Listownie też możesz ją
namawiać, a w Italii szkicować.
I Caroline mówiła dalej z
dłużej nieukrywaną irytacją:
─ Czy my dla ciebie nic
nie znaczymy? Ja, Alain i nasze plany? Zapomniałaś o Wenecji?
─ Pardon[1].
─ Charlotte westchnęła i złożywszy list córki schowała go do torebki. Wstała i
obchodząc stół dookoła podeszła do Caroline i objęła ją.
─ Wybacz mi, szalonej i
niewdzięcznej. Oczywiście, że jesteś dla mnie ważna. Zapomnij proszę moje
pomysły. Pojedziemy do Italii i będziemy się dobrze bawić.
─ A Alain?
─ Nie pytaj, nie wiem
jeszcze, nic nie wiem. Wczoraj wieczorem byliśmy na spacerze. Szliśmy bulwarem,
czytał swoje poezje, chciał mnie pocałować…
─ O, nie wiedziałam, że
coś pisze?
─ Nie chcąc sprawić mu
przykrości pochwaliłam, ale nie zachwyciło mnie. Ani jego wiersze, ni
zachowanie. Nie wiem, co mam z tym fantem zrobić?
─ Nic. Zacząć pakować
neseser do Wenecji!
***
Po wyjściu Charlotte,
telepatycznym zrządzeniem losu zadzwonił Alain i Caroline dała upust swojemu
rozdrażnieniu.
─ Mógłbyś być bardziej
cierpliwy? Jak tak dalej pójdzie, to ona nam do Kamerunu poleci!
─ Zwariowałaś?
─ Ja? A ty na głodzie
jesteś?
─ Nie bądź wulgarna.
Zakochałem się w niej...
─ To opamiętaj się
trochę. Ona jeszcze nie jest gotowa.