Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

czwartek, 31 stycznia 2013

Co zdarzyło się na maskowym balu?

Już wkrótce dalszy ciąg opowiadania, a do rozwiązania zagadka:

kto przed laty, na wernisażu Marty ukradł jej obraz "Bal maskowy"? 




Prawidłowe odpowiedzi zostaną nagrodzone e-bookiem mojego opowiadania pt."Bal maskowy".


                                         Anna Strzelec

 

Mini konkurs ogłoszony, poniżej ostatnia część tekstu. Zapraszam!

   

                                                    ***

Na dnie szuflady, w starym albumie z papeterią, gdzie Julia od kilku lat przechowywała listy przychodzące z kraju, pocztówki, teatralne karty wstępu i inne bibeloty - leżało zaproszenie:

                      Frank Kobalt i Marta Zaranka zapraszają …

Jasne, że pamiętała… ale nie musiała się do tego przyznawać, nawet samej Barbie.

 

                                                   ***

Tost hawajski z jajkiem sadzonym, szynką i plastrem ananasa. Żadnej kawy więcej - tylko  herbata, a potem telefon do Adama. Zapyta się podchwytliwie o której godzinie wyjeżdżał z domu, bo nie pozwoli z siebie głupiej robić. Kończyła spóźnione śniadanie, gdy on pierwszy zadzwonił.

─ Halo, co u ciebie, wyspałaś się? ─ zabrzmiał wesoły głos męża na tle restauracyjnego szumu.

─ Tak, dzięki. A ty już w knajpie od rana?

─ Niedawno przyjechałem i poszliśmy na lunch. Widziałaś, że zostawiłem ci auto? Emily po mnie przyjechała.

─ Co za Emily?

─ Koleżanka z pracy ─ roześmiał się. ─ Nigdy nie byłaś taka dociekliwa!

─ To nie dociekliwość. Nigdy nie słyszałam, że pracujesz z jakąś Emily.

─ Nowa pracownica w firmie. Pytania żony wyraźnie go bawiły i prawdopodobnie nie wybrał się sam na lunch, więc Julia czuła, że wychodzi na idiotkę.

─ Ok., integruj się tam, integruj ─ próbowała obrócić w żart jej ciekawość ─ a o której ty właściwie wyjechałeś z domu?

Adam zawahał się przez moment: ─ chyba było koło szóstej.

Powiedziała jeszcze raz, że wszystko dobrze i pożegnali się.

Sen, przywidzenia, niespełnione marzenia? Ale, żeby aż tak? Ktoś chciał ją zabić i do tego jeszcze Barbie zamieszana w balową aferę? Fantazje senne naprawdę nie mają granic. Jak filmowy scenariusz. Może sprzedać komuś ten temat?

Śniadanie i rozmowa z Adamem trochę poprawiły jej humor. Nigdy dotąd nie miała powodu, aby podejrzewać go o zdradę. Był normalnym, nawet trochę nudnym mężem. Wyszła za niego tylko dlatego, że jak twierdził, zakochał się w niej bezgranicznie, a poza tym miał podstarzałą ciotkę mieszkającą koło Londynu. To była okazja. Gdy w kraju zaczęło się sypać, wyjechali, zatrzymując się najpierw u niej, a po roku, gdy Adam znalazł pracę wynajęli ten dom, w którym teraz mieszkali. Pewnego dnia ciotkę Adelę leżącą w ogrodzie znalazła sąsiadująca z nią rodzina. Przyczyną jej nagłej śmierci był zawał serca. Jak to często w podobnych przypadkach bywa, podczas przeszukania mieszkania w towarzystwie przedstawicieli Scotland Yardu, znaleziono jej testament, z którego Adam podczas spotkania z adwokatem dowiedział się, że został jedynym spadkobiercą ciotki Adeli. Odziedziczony majątek nie był duży, ot mały domek z ogródkiem i trochę biżuterii. Wyprawili cioci pogrzeb, udało im się to i owo sprzedać, a dzięki temu zbiegowi okoliczności mieli zapewnioną spokojną egzystencję.

Julia westchnęła. Nie zdążyła zaprzyjaźnić się z ciotką Adelą… trudno. Gdy żyła, lubiła jeździć do niej na herbatkę, do której podawała zawsze imbirowe keksy i porcję ploteczek. Opowiadała o wrażeniach, jakich doznała, gdy bardzo blisko w powozie przejeżdżała koło niej królowa Elisabeth II, albo, że królowa Mummy lubi namiętnie grać w ruletkę i zaciąga przez to długi w królewskiej kasie.

Oprócz Barbie mieszkającej na przedmieściach Londynu, Julia nie miała przyjaciół i summa summarum, to zaproszenie na bal było niespodziewaną atrakcją, chociaż wspominając wczorajszy sen budziło pewien niepokój.

Muszę po prostu przestać o tym myśleć! - zdecydowała. Ubrała się i wyprowadziła auto z garażu postanawiając pojechać do centrum, bo poświąteczne sprzedaże ciuchów były już w toku i we wszystkich marketach wisiały kolorowe szyldy: SALE, SALE, SALE.

                                                         ***

Siedziała na kanapce  w jednym z obuwniczych działów i przymierzała kozaki; piękne, wysokie i czarne. Miały z boku ozdobną, metalową klamerkę firmy Chanel, ale była to po prostu dowcipna podróbka. Właśnie trochę męczyła się z zaciągnięciem błyskawicznego zamka, bo przy tej długości, wszystko zaraz mogło się zdarzyć, gdy usłyszała męski głos: ─ Julia?

Podniosła głowę i zobaczyła faceta, wysokiego, lekko łysiejącego, którego wygląd wydał się poniekąd znajomy. Uśmiechał się do niej, a ona wstając jak baletnica przygotowana do piruetu na jednej nodze, w kozaku na szpilce, a druga jeszcze boso, wygrzebała w pamięci zakodowane szczegóły starych znajomości i zawoławszy- Tomek!- roześmiała się głośno. Ależ tak, to był Tomasz, należący przed laty do ich studenckiej paczki. Zbieg okoliczności jakby żadnego innego marketu w Londynie nie było! Uściskali się, bo tak to przy spotkaniach poza granicami kraju czasem bywa, ludzie cieszą się, nie bardzo wiedząc z czego. Ot, znajoma twarz - ziomek, chociaż wcześniej nadzwyczajną sympatią oboje się nie darzyli.      

─ Co ty tu robisz? ─ zapytała, siadając ponownie i zakładając drugi but,  myślała: kupić, nie kupić, bo okazja kusiła.

─ Świetnie wyglądasz. Buty też ekstra, co ja tu robię?… Ha, dostałem zaproszenie na bal maskowy w teatrze, chyba na jutro.

A to numer, niespodzianka goni niespodziankę – myślała, przechadzając się przed lustrem. Kozaki leżały jak ulał.

─ Od kogo dostałeś?

─ Marta mi przysłała do Krakowa, więc wsiadłem w bus i przyjechałem. Świetna sprawa, kapitalny pomysł, by znów spotkać się po latach. Mam nadzieję, że ty też dostałaś?

─ Tak, super pomysł. Wybieramy się razem z Barbelką.

─ Ach, to ona też tu jest?

Co on mi głupa rżnie. Julia zdejmowała powoli buty decydując się na ich kupno. Przecież wiedział, że Barbie wyjeżdża, bo rozstali się z hukiem, mimo, że miał nawet zamiar się z nią żenić, ale potem jakoś mu się odechciało.

─ Tak, Barbie mieszka i niedawno wyszła świetnie za mąż.

─ Za kogoś z naszych?

─ Nie, nasi zostali w kraju ─ powiedziała patrząc na niego z ironicznym uśmiechem.

─ Jedni zostali, inni wyjechali ─ zrewanżował się. Spotkałaś już Franka?

Mam cię – pomyślała, to jednak on. Miałam rację…

─ Jeszcze nie, ale mam nadzieję, że będziemy się świetnie razem bawić ─ mówiła idąc w kierunku kasy. ─ Wychodzisz, czy chcesz tu jeszcze poszperać w outletach?

─ Później ─ Tomek machnął ręką ─ chodź, wypijemy razem kawę?

Właściwie czemu nie, może on wie jeszcze coś ciekawego i zgodziła się pójść z nim do najbliższego bistro. Zasiadając po chwili przy barze, zapytała:  ─ A jeszcze ktoś przyjeżdża?

 Tomasz zamówił cappuccino i rozgadał się: ─ tak, wszystko wskazuje na to, że oprócz nas  ma być Róża - siostra Marty i Krystian. Jutro chcę iść na Portobello Road, pooglądać starocie. Byłaś już tam? Może znajdę coś ciekawego.

─ Nie byłam, a ty kolekcjonujesz? Julia przyjrzała mu się z zainteresowaniem.

─ W pewnym sensie. Mam sklep z antykami. Wiesz, porcelana, obrazy,książki, sreberka, dobrze idzie.

Ich konwersacja nabrała rumieńców i podążała się we właściwym kierunku.

─ Ty pamiętasz ostatnie nasze dni na uczelni? Ze strony Julii było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.

─ Taaak ─ powiedział i zaproponował jej kieliszek koniaku. ─ Masz na myśli wernisaż?

─ Koniaczek, może być ─ kiwnęła głową, kontynuując temat: ─ podobno coś im tam wtedy zginęło.

─ A, słyszałem, słyszałem, ale serio, nie wiem co to było. Akwarela?

Julia wzruszyła ramionami. ─ Też nie wiem dokładnie. Może już się odnalazła?

Tomasz uśmiechnął się i podniósł kieliszek: ─ no to siup, chluśniem, bo uśniem.

Buraczany byłeś i zostałeś - pomyślała. Antykwariusz! Nawet jeśli wie, to pary nie puści. Wypiła kawę i wstała: ─ no cóż, do zobaczenia! Kostium już masz?

─ Mam, przywiozłem, żeby tu funtów niepotrzebnie nie zostawiać ─ śmiał się.

─ Zdradź tajemnicę, w kogo się przeistoczysz? ─ zażartowała zalotnie. ─  w Papę Smerfa?

─ A nie ─ odpowiedział podobnie żartobliwym tonem. ─ Jednego z muszkieterów!

─ Zanosi się więc na udaną zabawę! ─  pomachała mu ręką wychodząc. 

                                                               

                                                         ***





Wracała do domu z mieszanymi uczuciami. Miała zamiar spędzić w mieście trochę więcej czasu, ale po spotkaniu z Tomaszem zapragnęła przemyśleć to i owo w domu. Czy powinna zadzwonić do Barbie i opowiedzieć jej, czy też pozostawić nadchodzące spotkanie z Tomkiem jako wątpliwie miłą dla niej niespodziankę?

Róża i Krystian… oni też byli wtedy na prywatce. Róża, siostra Marty ukończyła klasę skrzypiec i grała w orkiestrze filharmonii wrocławskiej. Takie wiadomości przyniosła kiedyś Barbie. A Krystian? Nie bardzo wiedziały w którą stronę skierował go los. Na prywatce miał gitarę, grał i wszyscy śpiewali na cały głos „ …a wszystko te czarne oczy, gdybym ja je miał, za te czarne, cudne oczęta serce, duszę bym dał…” Julia westchnęła. Wspomnienia z cierniem w sercu. Do diabła z nimi!

Zrobiła sobie grzanki, odmroziła rybną zupę i czekając aż będzie odpowiednio ciepła, zadzwoniła do męża. Telefon nie odpowiadał, włączyła się automatyczna sekretarka, Julia krzyknęła – nienawidzę rozmawiać z „tą obcą babą” – i odłożyła komórkę. Niech Adam wie, że dzwoniła. Zupa była gotowa, usiadła przy oknie w kuchni i zajadając spóźniony lunch zobaczyła przejeżdżającego listonosza, który zatrzymał się przy kocie pilnującym ich skrzynki, zostawił post i pojechał dalej.

Płatki śniegu fruwały w powietrzu i zatrzymywały się na jej włosach i kurtce, gdy wracała z zieloną kopertą  w ręce. Wszystko działo się podobnie, jak przed tygodniem. Drżącymi palcami otwierała list i czytała z mieszanymi uczuciami, tęsknoty i podniecenia…” mam nadzieję, że nie odmówisz mojemu zaproszeniu. F.”

Teraz się odkrył – pomyślała. Co to wszystko ma oznaczać, może się nareszcie jutro dowiem?          

 CZĘŚĆ IV

 Telefon dzwonił natrętnie dalej i Barbie podskakując, gdyż na jednej nodze miała już naciągniętą pończochę kabaretkę podczas gdy druga ciągnęła się za nią po podłodze, dopadła telefonu:

─ Halo? Tak, to ja… Słuchała przez moment głosu z tamtej strony, a następnie siadając na fotelu i próbując podciągnąć opadającą pończochę zażartowała: ─ Ach, mój drogi D'Artagnanie, czyżbym słyszała niepewność w twoim głosie? Po czym roześmiała się dodając: ─ Wszystko będzie OK. i po naszej myśli, zobaczysz! A teraz wybacz panie, bom jeszcze nie całkiem gotowa ─ i odłożyła słuchawkę.

...............................................................................

Odpowiedzi proszę podawać w komentarzach

do 10 lutego 2013

 

                                                             Anna Strzelec

 

                                                   


 




wtorek, 22 stycznia 2013

Bal maskowy... :)

Niespodzianka...

Ponieważ ~ Noworoczne opowiadanie ~ dotyczące zaproszenia na bal wzbudziło w moich czytelnikach spore zainteresowanie, któremu towarzyszyło też i zaskoczenie, postanowiłam dziś uchylić rąbka tajemnicy, bo istnieje ciąg dalszy...

Czy Julia miała sen, który może się sprawdzić? Tak bywa, prawda? Zapraszam do przeczytania jeszcze jednego, obszernego fragmentu. Resztę pozostawiam domysłom czytelników, a ja zbliżam się do końca pisania mojej pierwszej krimi:)


                                                                  Anna Strzelec

  

                                         Część III

 Śnieg, który spadł w nocy pokrył trawnik i ścieżkę prowadzącą do domu. Adam powinien już wstać i zabrać się za odśnieżanie – pomyślała. Jeśli nie pojechali na zapowiadaną integracyjną trzydniówkę, mógłby się w domu zająć czymś pożytecznym. Ekspres do kawy cichym dźwiękiem dał znak o wypełnionym zadaniu. Nalała sobie kawy i poszukała papierosa. Wiedziała, że nie było to rozsądne, ale może w ten sposób uda jej się zebrać myśli. Co naprawdę zdarzyło się minionej nocy? Trzeba znaleźć jakieś wytłumaczenie! Nie na darmo przecież chodziła na kursy psychologii.

Prowadzący wykłady tłumaczył im, że według Freuda każdy może nauczyć się interpretowania własnych marzeń sennych i rozumienia nieświadomych procesów zachodzących w psychice. Widocznie tak mam… mruknęła popijając kawę. Translacja mnie dopadła. Spełnienie utajonych pragnień w sennej rzeczywistości… Freud wyróżnił trzy rodzaje pragnień, które mogą być spełniane podczas snu. Mogą?

Szkoda, że nie dokończyłam tamtych wykładów- medytowała. Z kubkiem kolejnej kawy w ręce wyszła z kuchni i stanęła w drzwiach saloniku jak wryta. Na fotelu nie było peleryny ani rudej peruki… Ostrożnie popchnęła uchylone drzwi do sypialni… Szerokie łóżko po stronie męża świeciło pustką.                                                                                                                                                                ─ Jest tu kto? Wycofała się ostrożnie, na palcach, a w głowie znów pojawił się drażniący ból. Poszukała tabletki i usiadła przy oknie. Musi pozbierać się do kupy, zadzwonić do Barbie, Adama... Z pewnością to głupie zaproszenie wywołało lawinę wspomnień. Czy przeżycia minionej nocy zawierały w sobie jej ukryte marzenia? 

Nie studiowali  razem z Frankiem, ale spotykali się prawie każdego dnia. Miał nietypowy, płomienny kolor włosów i talent, nie tylko plastyczny… Fascynował ją.                                                                                                                    Siedziała w kuchni popijając kawę, głowa bolała coraz bardziej. Jak pewnego lata w wakacyjny weekend, gdy prawie całą noc przebalowała z Frankiem na prywatce w mieszkaniu jego kolegi na Starym Rynku. Spontaniczny pomysł i ich kilkoro, wszyscy chyba byli już po trzecim roku studiów: z AWF-u, ASP-e, ktoś z klasy fortepianu, ale przyszedł z gitarą i ona, Julia z psychologii oraz Barbie. Tańczyli, pili gin z tonikiem, piwo, wygłupiali się przytulając i palili zagraniczne papierosy. Mieszkanie rodziców Olego, jak na tamte czasy prezentowało się bardzo ekskluzywnie. Jego ojciec pływał, a matka prowadziła butik. Pewnie byli nadziani.

Pamięta, że pod koniec balangi, Barbie zrobiło się niedobrze i ją też zemdliło, a stało się to, gdy Marta poczęstowała Pall Mallem, które wtedy jak zagraniczne kosmetyki i ciuszki kupowało się za bony lub dolce w Pewexie. Zapaliły i nie minęło kilka minut, wyszły zwymiotować do łazienki. Julia miała wrażenie, że Marta zrobiła to specjalnie. Musiała podsłuchać, gdy troszkę wcześniej Franek obejmując Julię półgłosem radził:- wystarczy, nie pij tyle, znam twoje możliwości i uśmiechał się tak łobuzersko… A Julia chciała się upić, aby nabrać odwagi… by ukryć się z nim gdzieś w tym obszernym mieszkaniu i przeżyć dziś coś nadzwyczajnego. Tak ją kusiło jego spojrzenie, uśmiech, mimowolny dotyk dłoni… Ach nie! Poszła się wyrzygać po drinku i zaciągnięciu mocnym papierosem. Co za blamaże! Barbie wytarła jej buzię i postawiła na nogi. Powracające dziewczyny powitał aplauz, śmiali się, gadali, z taśmy leciała właśnie piosenka Hotel California… Franek podszedł do niej, zapytał czy stało się coś, a potem przyniósł mineralnej z plasterkiem cytryny i usiedli na dywanie pod ścianą przy drzwiach balkonowych. Taka była wtedy moda – siedzenie na podłodze. Jakie to śmieszne… nikt na nikogo nie zwracał uwagi, a Franek zasłonił ich wiszącą tam, jak kotarą brokatową materią. Niczym w teatrze znaleźli się za kulisami i zaczęła się gra, której długo nie mogła zapomnieć. Bo było to niesamowite, do obłędu prawie podniecające, gdy ją całował, wyjmował jej piersi zza dekoltu i pieszcząc, szeptał, że chce, bardzo ją chce, a ona mówiła mu, że ma przestać, bo za chwilę ktoś tu dla hecy zaglądnie i będą sprośnie skomentować. Na to Franek uśmiechnął się, wygładził jej dekolt, włosy, pomógł wstać i poprowadził za rękę między tańczącymi parami, biorąc po drodze ze skrzynki butelkę piwa. Prześlizgnęli się do pokoiku, w którym jego kolega Oli nocował, gdy odwiedzał matkę.

Julia przymknęła oczy; - cholera, minęło tyle lat, a pamiętam, jakby to było przedwczoraj… Usta miał słone, dłonie wędrowały natarczywie po jej ciele, zdejmowały Julii wilgotną z podniecenia bieliznę, a oczy błyszczały mu jak dzikiemu kotu w ciemności… Ale momenty z nim nie były szalonym zbliżeniem, bo nadciągnęły jak wiosenna burza, niby ciepły deszcz pragnienia, który na nią spadł… Jak w tym wczorajszym śnie coś się z nią stało … i już nic nie pamiętała.                          

Poczuła, że ktoś nad nią się pochyla, dotyka… Chciała mu na nowo zarzucić ręce na szyję, przyciągnąć do siebie, kochać obłędnie jak poprzednio, ale nie zrobiła tego, bo dotyk zastąpiło gwałtowne potrząsanie. Otworzyła oczy i zobaczyła Barbie, która ciągnęła ją za ramię, mówiąc: - aleś się załatwiła, wstawaj, rodzice Olego wrócili, wszyscy już wyszli. Zamówiłam taxi, jedziemy do domu. - A Franek, gdzie jest Franek? - wymamrotała. - Marta odwiozła go do domu, ledwo trzymał się na nogach.                                                            

 

***

 

Za oknem powoli wstawał dzień. Drzewa z sąsiedztwa rzucały cień na śnieg pokrywający ogród. Kot sąsiada przebiegł szybko zostawiając ślady łapek. – Dlaczego nie mamy żadnego żywego stworzenia w domu? Kota, psa albo kanarka? – myślała. – Adam nie lubił zwierząt. Do diabła z Adamem. Wzrok Julii padł na kalendarz z zaznaczonym kolorowo dniem. Do kalendarza zieloną klamerką przypięte było otrzymane, zagadkowe zaproszenie.

- Spokojnie panie Freud, jutro się wszystko okaże.
Komórka zaćwierkała, na displayu widniało imię Barbie. Bardzo dobrze, może ona coś więcej jeszcze pamięta.
─ Sorry, Julie, obudziłam cię?
─ Nie, nie wszystko Ok., piję kawę i od godziny wypędzam ból głowy.
─ O moja biedna, a ja jeszcze walczę z zatokami, ale myślę, że do jutra zdążę.
Rozmawiała z Barbie, myśląc, że znajdzie jakiś punkt zaczepienia nawiązujący do wczorajszego wieczoru, nocy…, że nie wszystko było magią, senną marą, albo nie wiadomo czym.
─ W dalszym ciągu myślisz, że to Franek przysłał nam zaproszenia?
Julia przytaknęła. Wzięła jeszcze jedną tabletkę z kartonika i popiła stygnącą kawą, a Barbie pociągając nosem paplała dalej.
─ Chyba masz rację i coś mi się wczoraj przypomniało. Pamiętasz tę aferę na wernisażu?
─ Nie bardzo. Jaką?
─ Pewnie nie chcesz pamiętać. Barbie głos zabrzmiał nieco złośliwie ─ przypomnieć ci?
─ No dalej, wal.
─ Wernisaż Franka i Marty. Oni już chodzili ze sobą cały rok, a na zakończenie studiów zrobili party, powysyłali zaproszenia, szmery, bajery połączone z wernisażem swoich prac.
─ Coś mi świta ─ mruknęła.
Uczucie żalu i zazdrości ściskało ją totalnie, gdy w ostatnich dniach akademickiego roku, uśmiechnięci rozdawali swoje zaproszenia. Specjalnie przyszli do nich, aby je wręczyć osobiście zamiast wysyłać: Julii, Barbie i Tomaszowi, którzy był jej chłopakiem. Julia nie widywała Franka i myślała, że dzieje się tak, gdyż po tej prywatce z pewnością uznał ją za łatwą dziewczynę, a Franek był jej pierwszym, chociaż miała już dwadzieścia lat. Ich kontakty ograniczały się wtedy do telefonicznych rozmów i nie znajdowała okazji, by patrząc mu prosto w te cholernie ładne, szarozielone oczy wszystko opowiedzieć. Za którymś razem, gdy zadzwoniła do niego wykręcił się brakiem czasu, nawałem pracy, projektami do wykonania na zamówienie. - Zbieram kasę na wyjazd do Anglii, sorry, mówił, no i dyplomowy się zbliża. Argumenty nie do podważenia. Nie proponował już spotkania, nie zapytał, co u niej… Nie liczyła się więcej w jego życiu. Żałosne. Teraz też ściskało ją uczucie, które było trochę inne, bo jeśli on zaprasza, to coś musiało się chyba wydarzyć…
Ich obrazy były piękne. Franek w swojej technice i wyrazie skłaniał się w kierunku Miró. Fantazja rozrzucona w barwnej przestrzeni. Prace Marty miały w sobie nowoczesną tajemniczość i Julii trudno było się nimi zachwycać. Chociażby dlatego, że ona zabrała jej Franka i w sercu Julii w dalszym ciągu oprócz  żalu, tliła się nienawiść.
─ Jesteś? Nie słyszę cię ─ stwierdziła Barbie.
─ Jestem, jestem ─ Julia wstała, by ponownie włączyć maszynkę do kawy.
─ A przypominasz sobie, że po tym party, gdy oni zaczęli pakować swoje obrazy okazało się, że jednego z nich brakuje? Sorry, muszę wysmarkać nos.
 Julia nalała trzecią filiżankę, obiecując sobie w duchu solennie, że zaraz skończy pogaduchy, które nic mądrego nie przynoszą, zrobi sobie grzankę i pójdzie pod prysznic.
─ Już jestem. ─ Barbie niestrudzenie kontynuowała wspomnienia sprzed kilkunastu lat. Brakowało wtedy jednego obrazu Marty! ─ prawie krzyknęła.
─ Nie wrzeszcz, nie pamiętam. Wyszłam wtedy wcześniej, bo byłam umówiona z Adamem. Następnego dnia wyjeżdżaliśmy na urlop na Mazury. Pamiętasz? ─ zapytała złośliwie.
Barbie roześmiała się. ─ Tak, gdzieś tam razem wyjeżdżaliście, nawet z namiotem. I wracając do tematu dodała: ─ Najpierw myśleli, że ktoś zrobił im kawał i go schował, ale gdy po kilku dniach nie było żadnego sygnału od znajomych dowcipnisiów, zajęła się tym faktem policja. Poszukiwania podobno trwają do dziś, bo Marta wyceniła go dość wysoko. Jej obraz zajął pierwsze miejsce w konkursie młodych plastyków w Paryżu.
─ Kurcze, jakoś uszło to mojej uwadze. A który to był z obrazów Marty?
─ Taka szalona tempera. Zatytułowała go: Bal maskowy.
─ Acha, to przykre. Sorry Barbie, ale w brzuchu mnie ściska, nic jeszcze nie jadłam.
─ Ok., wpadnę jutro, to pogadamy, dobrze?       
─ Ależ jasne i umówimy się. Zdrowiej szybko!
.......................................................................
     

                                         

czwartek, 17 stycznia 2013

DLA CZYTELNIKÓW NAGRANE...



 Mam nadzieję, że w zimowe wieczory 

z przyjemnością  poznacie  bohaterów moich książek -

i nie tylko moich, w formie audiobooka na stronie: www.przeczytamy.pl

Zapraszamy!

PS. Od dziś - kolejne, aż 12 minut do posłuchania w perfekcyjnym nagraniu: Monika Belau czyta drugi fragment mojego Okna z widokiem na Prowansję.
http://www.przeczytamy.pl/index.php?option=com_commedia&task=page&commpid=21162&commsid=152

 
Anna Strzelec   
  

wtorek, 8 stycznia 2013

Akwarele i lawendy

 

  Akwarele i lawendy - to roboczy tytuł powieści o dalszych losach bohaterów moich książek: Wiza do Nowego Jorku i Okno z widokiem na Prowansję - mieszkańców Port Jefferson. 

Dziś początek i jakże aktualny fragment mojej piątej książki.

                                                                                Anna Strzelec

             *****


Jesteśmy jedni dla drugich pielgrzymami, którzy różnymi drogami zdążają w trudzie na to samo spotkanie.
Antoine de Saint- Exupéry
 
              Czy jest na świecie ktoś, kto lubi  poświąteczną atmosferę? Gdy prezenty są rozpakowane, a śliczne kolorowe papiery częściowo podarte od niecierpliwości z jaką paczki i paczuszki były otwierane leżą wokół nas? Gdy ciekawość została zaspokojona...
Widzę to, jakby było wczoraj.

Marysia i Marika siedzą na podłodze i wybierają co ładniejsze kawałki świątecznych opakowań obiecując głośno, że wszystko może się jeszcze przydać do stworzenia pięknych zakładek  książkowych. Tak właśnie mówi Marysia: - stworzenia, nie zrobienia, a ja pomagam im zwijać wstążki, pakować do kartonów kokardy i inne radosne, christmas zawieszki, które straciły swoją aktualność. Czas zwraca nam jeszcze raz uwagę na zjawisko przemijania, którego ja często do mojej świadomości próbuję nie dopuszczać.

Po kilku dniach trzeba rozebrać choinkę i odzieranie jej ze świątecznej elegancji jest dla mnie szczególnie przykre. Znów coś się kończy… Ubieraniu świątecznego drzewka towarzyszyła nadzieja, oczekiwanie na uroczysty blask świec, na pachnące miłością i radością dni. Nie zapominając oczywiście o innych zapachach, które przyfruwały do nas z kuchni. Jak Marika w świątecznej sukience, która co chwilę przybiegała nas poinformować, co jej mama wyjęła właśnie z piekarnika i, że to się wcale nie przypaliło, bo super wygląda i smacznie pachnie. Strucla z makiem i bakaliami, ale po polsku.
Manfred mówił, że Steffi w Remscheid upiekła podobną. Pamiętam. Pisała mi o tym, że ciasto pysznie się udało... Były to ich ostatnie święta Bożego Narodzenia: Steffi, Jurgena i Manfreda. No i Helene, ale żona Manfreda wtedy już nie miała miejsca w jego sercu.
Manfred przyjął moje zaproszenie i przyleciał z Niemiec dzień przed Sylwestrem tak, jak miał zaplanowane. Jeszcze nie wydarzyło się nic inaczej, niż według Manfredowego planu. Jedynie utrata Steffi…
Spotkanie z Iwoną odbyło się miło i dyskretnie. Manfred ma jednak klasę.

Jest styczniowe przedpołudnie. Rozpaliłam ogień na kominku, pokiwałam ręką wiewiórce skaczącej po naszym zaśnieżonym tarasie i skarciłam Sally, która się na nią nie wiadomo dlaczego rozszczekała, co było raczej do niej niepodobne. Czyżby psu też udzielił się nastrój podobny do tego, z jakim ja zaczęłam dzisiejszy dzień?
Popijam imbirową herbatę z czerwonego kubka, na którym zatrzymał się świąteczny renifer. Marysia pozwoliła mi przed wyjazdem, mówiąc: ─ Wiem babciu, że on ci się podoba. Możesz go używać, a wtedy pomyślisz o mnie.
Nie tylko kubek z reniferem…
Siedzę w moim bujanym fotelu i refleksyjnie kołyszę wspomnienia ostatnich tygodni, jakie przeżyliśmy razem w naszym zimowym Port Jefferson.

Pamiętacie Rachel Thompson? Kilka dni po świętach moja ciocia, którą po ujawnieniu się przy tajemniczym udziale Steffi nie zdążyłam wcale się nacieszyć - odeszła. Rachel roztaczająca ciepło i poezję, częstująca mnie gorącą czekoladą i tęskniąca za jeszcze jedną miłością w swojej jesieni życia… Rachel Thompson z notesem aforyzmów, tak bardzo podobna do mnie - odeszła o świcie. Jak w moim wierszu, który ją pewnego dnia zachwycił:
Odwołani odchodzimy
nie zdążymy kwiatów podlać
i nakarmić kota...
bez listu pożegnalnego,
maila, esemesa
odchodzimy…

Jej kot Felix został poprzedniego wieczoru nakarmiony przez Allisson, bo Rachel mówiąc, że czuje się dziwnie zmęczona i zrzucając winę na niskie ciśnienie oraz prószący za oknem mokry śnieg, postanowiła położyć się wcześniej spać…
dla mnie znicza nie zapalaj
wspomnień pachnących kadzidełko snuj
miast chryzantem pierzastych
jesienną różę mgłą otul
szronem rannym
zamyśleniem posrebrz
- w nich będę.

Podczas naszej pierwszej wizyty Allisson albo Rachel, nie pamiętam która z nich powiedziała, że Felix jest magicznym, bardzo inteligentnym kotem. Coś w tym sensie potwierdziło się o świcie, gdy pani Thompson odchodziła… Feliks śpiący na jej fotelu zeskoczył i pobiegł do sypialni Allisson zanosząc jej tę smutną wieść…
Róże w ogrodzie Racheli Thompson stoją otulone śnieżnymi etolami, a Felix nawet polubił wylegiwać się na moich kolanach. Bez większego protestu przyjął propozycję przeprowadzki do naszego domu, gdy okazało się, że Manfred cierpi na alergię.

Kilka dni po pogrzebie Racheli Thompson zima zawitała do nas na dobre, a wtedy Jacques otrzymał wiadomość z Kalifornii o nagłej chorobie swojego kolegi muzyka, również skrzypka  orkiestry, w której razem występowali. Simon grał partie solowe w jednym z utworów, które nie były synowi Jeremiego obce. Pozostało tylko wracać do San Francisco i zastąpić kolegę, gdyż odwołanie koncertu nie wchodziło w rachubę.
 I wtedy Jeremi przedstawił propozycję, którą ucieszył wszystkich. Z wyjątkiem mnie.

Zima nastraja romantycznie, a nadchodząca miała być szczególnie cudowna i przytulna: trzaskający ogień na kominku, biel za oknem, czytanie książek, spacery i zabawy na śniegu z dziewczynkami, pstykanie zdjęć do kolejnych publikacji, gorąca herbata z rumem i... mój narzeczony - Morelowy, któremu w tym roku oddam swoją rękę. Miało być baśniowo i wierzyłam w to jeszcze tydzień temu…
A co powiecie na moją propozycję, gdybyśmy tak wszyscy razem polecieli do San Francisco?
Uśmiechnięty Jeremi z satysfakcją obserwował zaskoczenie na naszych twarzach.

Ale to daleko? zastanowiła się głośno Marysia.
Autem czy samolotem chciała wiedzieć Marika.
O kermit! Jeremi mówi, że polecieli, to chyba samolot, nie?
Swojej roli starszej i mądrzejszej siostry, Marysia nie odda za żadne skarby świata.

Siedzieliśmy wtedy wszyscy przy popołudniowej kawie, gdy Jacques odebrał wiadomość o konieczności powrotu, a pomysł Jeremiego też wystrzelił zaraz po niej niczym korek spóźnionego szampana.
Allisson spojrzała ku Manfredowi i zwracając się do Jeremiego powiedziała:
Niestety, my mamy inne plany. Jedziemy na kilka dni do Meksyku, bo chcę pokazać Manfredowi, gdzie kiedyś mieszkałam z rodzicami.

Przypomniałam sobie, że taki był plan Rachel. To my mieliśmy wszyscy razem tam pojechać. I do Guadalupe też… Nie wiem dlaczego ogarnęła mnie złość na niesprawiedliwość losu, który nami kieruje, zmienia bieg naszych dróg i gdy zamiast spotkać się na ich rozstajach rozwidlają się one coraz bardziej, a nasze plany pryskają jak bańki mydlane.
Jeremi przytaknął Allisson, mówiąc, że to dobry pomył i Rachel, jeśli słyszy teraz, jest zadowolona. Marika miała ochotę coś powiedzieć, co miało być z pewnością a’propos, ale Marysia szturchnęła ją w bok i Marika zamknęła buzię razem z kawałkiem makowego ciasteczka pozostałego nam ze Świąt.

To cóż, a reszta chciałaby jechać? Zwiedzilibyśmy San Francisco, posłuchalibyśmy twojego koncertu, synu?
Ależ oczywiście tato, zapraszam serdecznie!

Jacques odgarnął swoje loki z czoła tym bardzo sexy ruchem, który z pewnością podoba się kobietom, gdy jako pierwszy skrzypek po zakończeniu koncertu stoi przed orkiestrą, kłania się i potrząsa swoją kasztanowatą grzywą. Nic dziwnego, że Iwona prawie zwariowała na jego punkcie. Próbuje tego nie okazywać, ale ja przecież znam moją córkę najlepiej.

Nie pomyślałeś o zwierzętach…

Spojrzałam na Jeremiego ze zdziwieniem i wyrzutem w głosie. Zapanowała cisza. Widziałam, że Jeremiemu zrobiło się przykro, a tego absolutnie nie chciałam i bez dłuższego namysłu głośno zadecydowałam:
Wy lecicie i bawicie się świetnie, ja zostaję.
                                            ***




DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty