Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

środa, 27 listopada 2013

Święto Dziękczynienia

Przyznać muszę, że czekałam na ten dzisiejszy dzień.

Nie, nie dlatego, żeby za chwilę nagrzać piekarnik, włożyć do niego biednego ptaka, a póżniej obchodzić amerykańskie święto. Czuję sympatię do tego dnia, w którym Amerykanie i Kanadyjczycy składają podziękowanie Bożej Opatrzności za wszelkie otrzymane łaski. Jest świętem rodzinnym, podczas którego spotykają się ( jeśli jest możliwe ) całe pokolenia.Tradycja uroczystości nakazuje spożycie wspólnej świątecznej kolacji, poprzedzonej dziękczynną modlitwą.    

Święto Dziękczynienia to uroczystość obchodzona w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie w celu upamiętnienia pierwszego Dziękczynienia, które prawdopodobnie miało miejsce w 1621 roku w kolonii Plymouth. W USA celebruje się je co roku w czwarty czwartek listopada, zaś w Kanadzie – w drugi poniedziałek października. Symbolem tego dnia jest pieczony, nadziewany indyk, podawany z sosem żurawinowym i z pieczonymi ziemniakami. Więcej, o historycznych uwarunkowaniach tego dnia informuje Wikipedia, a u mnie dowiecie się:

Jak obchodziła ten dzień rodzina moich bohaterów z Port Jefferson?
Zapraszam! Poniżej fragment z mojej ksiażki - tylko dla Was!

                                                       ***  


Iwona stała w łazience przyległej do gościnnego pokoju i poprawiając makijaż myślała, że przecież nie pobiegnie jak nastolatka, razem z Mariką i Marysią na spotkanie kalifornijskiego gościa. Co to, to nie. Żadnych nowych facetów w jej życiu!

Zeszła powoli do livingroomu, gdzie stała Leonia z Jeremim rozmawiając w świątecznym ożywieniu z przybyłym. Na odgłos jej kroków młody mężczyzna, który niewątpliwie był synem Jeremiego obrócił się z uśmiechem:
─ Salut, Yvonne.
─ Salut Jacques.

Miał na sobie cienki pulower w jadowito - turkusowym kolorze, spod którego wystawały kołnierzyk i mankiety białej koszuli.
Otaczanie się intensywnymi kolorami wskazuje podobno na ukrywanie wewnętrznych emocji ─ pomyślała. Czupryna kędzierzawych ciemnobrązowych włosów, jeansy, szczupła elegancja, malarski widok… Do zamknięcia łańcuszka błyskawicznego ogarnięcia postaci Jacquesa zabrakło jej dwóch ogniw; czy on mówi po polsku i w jakiej dziedzinie nauki zrobił ostatnio swój doktorat? Rozmawiała z matką i Jeremim o indyku, groszku z marchewką, Robercie i narkotykach, a ta dość ważna kwestia uszła jej uwadze. I wtedy zobaczyła oparte o kanapę czarne, nieduże pudło, wskazujące na futerał do skrzypiec. Krótko mówiąc ─ artysta i nie dało się ukryć; syn Jeremiego robił wrażenie.
─ To nasza mamusia ─ wyjaśniła siedząca na kanapie Marika.
─ Tatuś jest jeszcze w Polsce, ale niedługo do nas przyjedzie ─ dodała Marysia.
─ Widzę, że zapowiada się nam piękny dzień.

To Jeremi. Mistrz rodzinnych konwersacji, w których brały udział dziewczynki.

─ Ile czasu potrzebuje jeszcze nasze ptaszysko w tym solarium? Pachnie już smakowicie!
 
─ Myślę, że jest prawie gotowy, sałatki też czekają, może aperitif ?
Leni uśmiechniętym spojrzeniem porównywała Jeremiego i jego syna. Oczywiście różnili się wiekiem i tak zwanym męskim stylem, ale było w nich coś, co wskazywało na przynależność do… Po chwili odkryła...to urok i przynależność do prowansalskiego gniazda. Barwny jak u Van Gogha – Jacques, nasz kuchenny zapach ziół, smak czerwonego wina, jej Jeremi i słońce zaglądające przez okno? Ich pierwsze wspólne, dziękczynne świętowanie.


                                                                ***


To: patrycjatom@wp.pl

Moja kochana Patrycjo!

Mam nadzieję, że nie pielęgnujesz w sercu żalu, jaki spowodowało moje milczenie, a jeśli nawet uczucie bólu lub coś temu podobne zagnieździło się w Twoim sercu, postaram się szybko je uśmierzyćJ
Witaj Skarbie! Tyle razy zbierałam się do pisania, ale nie wiem dlaczego tak jest, że gdy nasza codzienność układa się dość pomyślnie, nie mamy ochoty się z nią dzielić. Natomiast, gdy zaczynają do oczu napływać łzy szukamy szybko czyjegoś rękawa, w który moglibyśmy się wypłakać i wytrzeć usmarkany nos, prawda?
Nie, nie jest tak źle, ale ostatnich niespodzianek mieliśmy tutaj moc. Pobyt Iwony i dziewczynek u nas przebiega w sympatycznym nastroju. Marika i Marysia stały się bardzo samodzielne, wybierając się nawet same z Sally na spacer do miasteczka, a fakt ten miał miejsce w ubiegłym tygodniu i przyprawił Iwonę o zdenerwowanie w najwyższym stopniu. Czułam się też winna, gdyż po południu po prostu sobie usnęłam, a one wymknęły mi się spod kontroli. O moim wypadku Iwona chyba Ci wspominała, więc nie będę się powtarzać. Czasem męczą mnie zawroty głowy, ale to przecież nic strasznego. Tak myślę.

Wczoraj przeżyliśmy po raz pierwszy razem Święto Dziękczynienia. Na tę rodzinną okazję  przyleciał z Kalifornii syn Jeremiego. Właśnie przed chwilą Jeremi pojechał odwieźć go na lotnisko. Iwona jeszcze śpi, a dziewczyny bawią się z psem na dworze, bo chociaż to już listopad pogodę mamy bardzo przyjemną. Uroczystość zwana Thanksgiving jest tutaj sympatycznym biesiadowaniem przy stole, na którym króluje pieczony, nadziewany indyk. Tradycją jest też zupa dyniowa, którą zrobił Jeremi, bo o sposobie przyrządzenia jej nie miałyśmy pojęcia. Nawet dziewczynkom wszystko smakowało i żadna nie marudziła. W sumie był to bardzo nastrojowy dzień, bo przed przystąpieniem do jedzenia, stojąc dookoła stołu wzięliśmy się za ręce i każde z nas wypowiedziało za co jest wdzięcznym, czym cieszy się i za co dziękuje.
Jeremi powiedział, że wszyscy mamy w życiu sprawy, za które powinniśmy być wdzięczni – Bogu, losowi albo szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a które czasem traktujemy tak, jakby się nam słusznie należały. Stałam obok niego, a on trzymając moją rękę mówił, że jest wdzięczny losowi, że pozwolił mi przyjechać do NY i z nim pozostać, a także za rodzinę, która razem z nim dzisiaj w Port Jefferson świętuje. Prawdopodobnie miał na myśli moje dziewczyny i swojego syna, który stał po jego prawej stronie.
Przyszła kolej na mnie i byłam bardzo wzruszona .Tylko jednym zdaniem wyraziłam wdzięczność za to, że jesteśmy wszyscy razem i nadzieję, że będziemy mieć wiele takich spotkań w życiu.


Jeremi popatrzył w stronę Iwony, która miała łzy w oczach. Moja twarda, nieugięta córka łamiącym się głosem powiedziała, że dziękuje Bogu i nam za to przemiłe święto i pobyt w NY. A dziewczynki?

One wspólnie i na zmianę: za to, że jest fajnie razem tutaj być, a Marysia dodała, że ma nadzieję, że ten sos, który sami robiliśmy nie jest zbyt ostry i wszystko będzie nam smakować.

Na końcu Jacques – podziękował nam za zaproszenie do wspólnego świętowania, życząc każdemu szczęścia w życiu i opieki Bożej Opatrzności. Tak to właśnie wyraził, co mnie trochę zdziwiło, bo jego wypowiedź jakoś nie pasowała mi do młodego, modnie ubranego muzyka. Tak, tak, zapomniałam Ci napisać, że syn Jeremiego jest muzykiem wykształconym w klasie skrzypiec, pracującym na uczelni w San Francisco.

Przyznać muszę, że indor pysznie nam się upiekł i nawet Marysia – wegetarianka skusiła się na jego kawałek z dodatkiem wielu owoców z nadzienia i gotowanych warzyw. Rozwiązał się również problem marchewki i groszku, którą Jacques ku zadowoleniu Iwony preferował samą i al dente. Deser a`la Yvonne, bo tak zostały nazwane gotowane w winie gruszki, które serwowała moja córka również smakował, a ze względu na zawartość w nim alkoholu, dziewczynki dostały lody. Byliśmy nasyceni tak bardzo i po same uszy, że szarlotka została na trochę później, a mieliśmy przecież w planie wyjazd do City, aby zobaczyć paradę. Nic z tego nie wyszło. Na zmianę planu Marika i Marysia trochę się krzywiły, ale Jeremi włączył TV, gdzie na szczęście akurat pokazywano obiecywaną im obiecaną paradę z okazji Święta Dziękczynienia. Podobno odbywa się ona tutaj od 1924 roku. Oczywiście rodzaj postaci filmowych i bajkowych już się przez ten czas zmienił, ale wczoraj ulicami Manhattanu szły tłumy z gigantycznymi, kolorowymi balonami, przedstawiającymi te, które znaliśmy i pamiętaliśmy: myszy Mickey, Mini, królewny, psy Pluto i Huckleberry i wszystkie postacie z Muppet Show, nawet Sppiderman i jakieś inne, których nie znaliśmy. Fajnie to wszystko wyglądało, ale tłok na ulicach był ogromny i szybko ucieszyliśmy się, że siedzimy sobie przytulnie w domu.
Po programie Iwona z Jeremim podali kawę, a Jacques wyjął swoje skrzypce i uraczył nas koncertem… Zagrał fragment z ,,Zimy” Vivaldiego i jeden ze znanych utworów Astora Piazzolli. Wzruszająco. Żałowałam, że Cię z nami nie ma, ale możesz przecież poszukać na you tube i posłuchać, prawda? Gdy Jacques skończył, Marysia zapytała czy zna coś weselszego, a on uśmiechnął się i zagrał Greka Zorbę. Na zakończenie dziewczynki klaskały owacyjnie, a my, dorośli siedzieliśmy trochę zamyśleni… Miałabym Ci jeszcze wiele do napisania, ale właśnie słyszę, że zabawa na dworze skończyła się, więc powinnam zająć się moimi mądralami, bo Iwona z Jacquesem wybrali się na spacer po okolicy.

Przesyłam Ci wiele serdeczności i proszę, nie karz mnie milczeniem. Podziel się gdańskimi nowościami, ściskam Was oboje - Leni.
.................................................................



Anna Strzelec

Anna Strzelec - Okno z widokiem na Prowansję, wyd.e-bookowo.pl 2012



 

Ze spotkania autorskiego - wspomnień garść...


 Na spotkania autorskie pisarz jest zapraszany. Mnie też wybrano, zaproszono i skorzystałam z przyjemnością. Czasem czytamy, że na podobne i inne ważne okoliczności idzie się z przysłowiową „ duszą na ramieniu”. Nie wiem, czy moja tam siedziała, bo pogoda była słoneczna choć nieco wietrzna, ale z pewnością podśpiewywała, słyszałam to wyraźnie.

Spotkanie z czytelnikami miało odbyć się w jednym z pomieszczeń Uniwersytetu III wieku, gdzie co tydzień spotyka się, tzw. grupa literacka. Na zajęciach prowadzonych przez panią dr K.- notabene krytyka literackiego omawiane są nowości w literaturze polskiej, a ostatnio wydanych głównie w regionie, w którym obecnie mieszkam, bo sporo takowych w minionym roku się już ukazało.

Moje autorskie odwiedziny zapowiadały się na tyle korzystnie, że zebrani słuchacze znali już treść mojej ostatniej książki – Wiza do Nowego Jorku. Egzemplarze zostały im udostępnione z depozytu Oddziału ZLP i było to ogromnie sympatyczne, coś w rodzaju omawiania uprzednio zadanej lektury. Ale… nie zupełnie tak, bo to oni mnie odpytali, a niektórzy, nawet z notatkami na stole byli wprost rewelacyjnie przygotowani! 

Już od wejścia otoczyła mnie przyjazna atmosfera, wśród której dwadzieścia trzy starsze panie i dwóch w podobnym wieku panów przyglądało mi się z zainteresowaniem. ( Moja dobra znajoma, gdy jej o tym spotkaniu opowiadałam spytała mnie czy nie miałam tremy tak na forum rozmawiać i w ogóle. Przypomniałam jej czas, gdy byłam jeszcze nauczycielką, a moim forum było dwadzieścia osiem par wpatrzonych we mnie oczu, a bywali także i ich rodzice.)

I tak się złożyło, że pierwsze pytanie zostało mi postawione przez panią, która była emerytowaną polonistką, a jej mąż artystą plastykiem. Dotyczyło mojego fachu, który zamieniłam na pisanie książek. Pani D. czytając moją Wizę odniosła wrażenie, że plastyczne uzdolnienia przemycam do literatury: począwszy od okładki, którą sama zaprojektowałam, poprzez różne formy literackie, jakie stosuję w całej treści książki… Spróbowałam wyjaśnić jak to się dzieje i przyznaję, że zrobiłam to z przyjemnością, bo przecież tak zupełnie od sztuki się nie oddaliłam. W minionych latach, podczas mojego pobytu w Niemczech powstało kilkanaście większych i mniejszych moich Tiffany i rozmowa zeszła nam na technikę wykonywania szklanych obrazów i zawieszek, a także na moje pierwsze dwie książki, w których ten „niemiecki czas” jest zawarty. Pod koniec sympatycznej dyskusji pani D. nazwała moją Wizę do Nowego Jorku nowatorskim gatunkiem literackiego kolażu. Przyznam, że bardzo mi się to określenie spodobało. Dlaczego literacki kolaż? Wynikało to też z opisu, który umieściłam na odwrocie okładki mojej książki:

Wiza do Nowego Jorku zawiera historie związków i miłości – tych prawdziwych i toksycznych, realnych i internetowych. Opowiada o podróżach moich bohaterów, rozstaniach i przesłaniach z zaświatów, o namiętności, przestępstwach, zdradzie i niewyczerpanej nadziei. Prawdziwe wydarzenia splata literacka fikcja, moja poezja i szczypta metafizyki.

I taki kolaż z mojego życia wzięty, od pewnego poniedziałku nazywa się nowatorskim gatunkiem – literackim kolażem J

Pan J., który następnie zabrał głos zacytował z mojej Wizy kilka zdań dotyczących erotycznych przeżyć jej bohaterów, więc ja też je zamieszczę:

~ Noce z nią przypominały zanurzenie w cieplej wodzie, która rozpływała się po całym ciele. Jej drobne stopy gładziły jego pośladki i cieszył się, że odczuwa ich zbliżenia podobnie jak on. Tak przynajmniej mówiła, że z nim jest wspaniale. Wierzył, że kiedyś przestanie jej przeszkadzać i to, że na końcu każdego miłosnego aktu Wiktor rzuca głowa jak źrebak.~

Po zacytowaniu fragmentu, mój czytelnik pokręcił sceptycznie głową, stwierdzając, że nie wie, czy to tak w życiu naprawdę może być. Tu zacytował dwa wersy z pewnego rozdziału, a potem dodał: - "i ta scena na plaży i po burzy… czy tak się ludziom zdarza, jak w moim wierszu":

~ gdy w ramionach twoich się obudzę

   stanie się nam kremowo – biszkoptowo – słodko ~

Znów nastąpiło pełne niedowierzania kręcenie głową pana J.

Przyznam sama, trochę tu infantylnie przesłodziłam, ale jeśli moja bohaterka tak chciała mieć... byłam bezradna :)

Jeszcze, gwoli mojemu wyjaśnieniu: scena na plaży, str.102 jest pięknym spełnieniem rodzącego się uczucia między Jeremim i Leonią.) 

Poza tym panu J. treść książki podobała się, a najbardziej moje krótkie relacje dotyczące zwiedzania NY, szczególnie z Ellis Island, bo dotąd nie wiedział, że istnieje tam coś takiego jak Ściana Honoru, gdzie imigranci umieszczali swoje nazwiska.

Odpowiadając, musiałam obronić moje erotyczne, książkowe sceny, zapewniając, że uczucie nawet w wieku dojrzałym może być intensywnie odczuwane, podobnie jak to zdarzyło się Wiktorowi, a później Leonii i Jeremiemu.

A gdy już mowa o Wiktorze, kilka pań oburzonych na jego postępowanie i niewierność zauważyło, że Leonia bardzo słusznie postąpiła opuszczając drania i zabierając mu przywiezioną z Polski krakowską kiełbasę oraz słoiczki powideł! Pytały też, czy przepis na powidła śliwkowe z dodatkiem amaretto, to mój własny, bo zapisały go już sobie, a pod koniec spotkania padło odwieczne pytanie, które słyszy chyba każdy lub prawie każdy autor: ile jest prawdy w moim pisaniu?

Czy miałam siostrę bliźniaczkę, dlaczego książka nie zawiera kolorowych zdjęć z Nowego Jorku i czy ten wspaniały Jeremi istnieje naprawdę, no i co z nimi dalej będzie?

Na tyle, na ile mogłam, zdradziłam mój warsztat pisarski… Wierzcie mi drodzy czytelnicy, to było przemiłe spotkanie i wszystkim uczestnikom serdecznie za nie podziękowałam.

Następnego popołudnia w WiMBP im. Zbigniewa Herberta ( jak plakat na moim wcześniejszym zaproszeniu głosił) odbyło się następne spotkanie, istny fajerwerk literacki! Sześciu autorów i moja damska osoba, tematyka popełnionych dzieł różnista: od tomików poezji i satyry, przez beletrystykę do obszernego dzieła historycznego liczącego ok.600 stron napisanego przez najstarszego z naszego grona autora. I znów zainteresowanie słuchaczy i czytelników ogromne, niektórzy z przyjemnością zabrali nasze książki do domu.

Myślę teraz nad zdaniem podsumowującym moje dwa ostatnie, autorskie dni…

 Zadowolenie z siebie samego jest połową szczęścia? No właśnie – z siebie, i pozytywnych reakcji moich czytelników. Bardzo Wam za nie dziękuję.
Anna Strzelec

PS. To moja chwila wspomnień, zanim ukazała się kontynuacja Wizy do Nowego Jorku, czyli ~ Okno z widokiem na Prowansję ~.

 



Zainteresowanych zapraszam:

www.e-bookowo.pl 

Jeszcze jest kilka egzemplarzy wydania papierowego!!!

Na wznowienie trzeba będzie trochę poczekać... :(

.......................................................................................
 

                                                             

niedziela, 24 listopada 2013

~~~~~~

           
      

Nowe drzwi kupiłam -
odpowiednie
do mojej starej przestrzeni...

 Powiedz -
czy zabrać tę klamkę
z tysiącem naszych
obcych
westchnień i dotyków?

Odgarnij z czoła włosy -
wiersz napisz
poczekaj...

zanim znów otworzę
 




/ liściopad 2013 /

  Anna Strzelec


piątek, 22 listopada 2013

Jeszcze liściopad...


         ***

Myślałam -
że już się nie boję...

z życiem dojrzałym...

jak koszyk wiśni pełen
które to kiedyś
tak mniej czy bardziej
nasze były...
i z kotem pod pachą
któremu nie w smak decyzje moje
stoję przed bramą...

Myślałam, że już się nie boję
co oni powiedzą
przecież się modliłam...

Rdza pokryła ornamenty bramy
zmarznięte wspomnienia
jako gwiazdki zawiesiłam

Wchodzimy - czas na spotkanie
to tylko odwiedziny
w moim śnie...

Anna Strzelec / liściopad 2013 /

Anna Strzelec

 

niedziela, 17 listopada 2013

Jeszcze kilka dni...

Kto wie? Z jakiej książki to fragment? :)




-Mesdames messieurs - dzisiejszego wieczoru ponownie witamy naszego gościa z San Francisco! Przed państwem Jacques Morelly!

Każdemu wejściu na scenę towarzyszyło uczucie radości. Oto ludzie, którzy przyszli, aby słuchać. Nie tylko muzyki, lecz także JEGO wykonania. Przed laty, gdy rozpoczynał naukę gry na skrzypcach, matka prowadziła go do filharmonii, by osłuchał się z możliwościami interpretacji utworów. Wybierała nazwiska muzyków znanych i mniej znanych… Dziś Jacques miał nadzieję, że publiczność, którą miał przed sobą chciała poznać talent nie tylko Davida Garretta.

Oklaski. Jak wczoraj, skierował kilka słów do zgromadzonych o swoim przybyciu z daleka, bo z San Francisco, ale przecież muzyka niczym oceany ogarnia cały świat, a on, Jacques czuje się tutaj, wśród nich jak w domu, bo urodzony jest w Prowansji. Ponownie został nagrodzony brawami i spod jego palców prowadzących smyczek i przytulonych do podbródka skrzypiec popłynęło słodkie, ujmujące serca Love Dream Franciszka Lista.

W podobnym nastroju poprowadził z towarzyszeniem orkiestry sonatę Adagio Tomaso Albinoniego. Przez moment pochwycił jedno kobiece spojrzenie, uosobienie zasłuchania i zachwytu. Czuł, że spodobał się publiczności. Skupiony i wzruszony spoglądał na nich raz po raz myśląc, że jednak ich nastrój trwać będzie zaledwie tak długo, jak jego muzyka… Był jak akt miłosny, w którym prawdziwego uczucia nie ma... jest zachwycenie... przez moment, dopóki nie wybrzmi ostatni dźwięk… Włosy zasłoniły mu połowę twarzy i miał wrażenie, że cały jest smutnym adagio. Dlaczego gra ten utwór właśnie dzisiaj, tutaj?
Chciałby siedzieć na werandzie rodzinnego domu w Antibes gdy pada drobny, ciepły deszcz…
I ktoś powinien przy nim być… Kobieta… Yvonne… Jacqueline?

http://www.youtube.com/watch?v=XMbvcp480Y4&feature=share&list=RDKpOtuoHL45Y
Anna Strzelec
 

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty