Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Do siego roku!


KOCHANI!

NIECH TEN NOWY, NADCHODZĄCY BĘDZIE ZDROWSZY, SPOKOJNIEJSZY I RADOŚNIEJSZY NIŻ TEN, KTÓRY ODCHODZI...

PRZYJEMNEGO POWITANIA NOWEGO ROKU!
WSZYSTKIM SPEŁNIENIA ŻYCZEŃ I MARZEŃ!
 


 
Anna Strzelec
 
 

niedziela, 29 grudnia 2013

Pod koniec roku...



I znów pod prąd...

smak cierpkiej słodyczy?
Tak się zdarza...
niespełnienia
niedozobaczenia
niedoposłuchania
boli przestrasza...

Śnieg nie pokryje...

w kałużach słów
niech się rozpłynie
zgnije.


I... teraz -
kto
perłą
niepowstrzymaną łzą
uśmiechem
nową gwiazdą
wschodem słońca i zachodem
na piasku stopy śladem
w sercu burzą
ciepłym deszczem
fantazją mą imaginacją

Stanie się... nie stanie...



Anna Strzelec
/ Z przymrużeniem, pod koniec roku 2013 /


poniedziałek, 23 grudnia 2013

WESOŁYCH, POGODNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA...

     

                         PRZYJACIOŁOM I DROGIM CZYTELNIKOM -

                 WIELU RADOŚCI POD CHOINKĄ, RODZINNEGO SZCZĘŚCIA, A WSZYSTKIM TYM, KTÓRZY SĄ SAMI - ŻYCZĘ, ABY NIGDY NIE CZULI SIĘ SAMOTNI, BO KAŻDY Z NAS MA SWOJĄ GWIAZDĘ, KTÓRA PROWADZI DO BETLEJEM...

 

 

 
DLA NAS WSZYSTKICH ŚPIEWA ELVIS PRESLEY -
 
"GDYBY KAŻDY DZIEŃ BYŁ TAK PIĘKNY JAK DZIEŃ BOŻEGO NARODZENIA..." 

                                        http://youtu.be/xLM73f3JRyo


                     MERRY CHRISTMAS EVERYONE KOCHANI!


Anna Strzelec

   

niedziela, 8 grudnia 2013

~ Jeszcze tylko trzy zachody... opowiadanie adwentowe









         Wracałam autobusem do domu. Przedwczoraj nasz samochód odmówił posłuszeństwa i mąż mój zostawił go w warsztacie. Obiecali zrobić do Świąt, zadzwonią, gdy będzie gotowy, ale jak dotąd z ich strony panowała cisza.
Tak więc podróżowaliśmy do centrum autobusami, każde do swojej pracy, a teraz bardzo wypełnionym ludźmi i ich przedświątecznymi zakupami wracałam na peryferie miasta, gdzie stał nasz dom, który wspólnymi siłami i kredytami zbudowaliśmy. Na szczęście, gdy wsiadałam było kilka wolnych miejsc, ale na następnych przystankach robiło się coraz tłoczniej, jak to w przedwieczornej miejskiej komunikacji bywa. W powietrzu unosił się zapach wilgoci parujących od deszczu kurtek, słychać było głośniejsze to znów cichsze strzępy rozmów młodzieży wracającej ze szkół i dorosłych z pracy. Naprzeciw mnie, obok starszego pana siedział może pięcioletni chłopczyk i prowadził bardzo aktualną i ważną w temacie rozmowę:

─ Dziadku, no to kto w końcu przynosi prezenty dzieciom? Mikołaj czy Gwiazdor?


Starszy pan uśmiechnął się. ─ Wydaje mi się, że jest tak: Mikołaj rozdaje dzieciom słodycze do skarpet, jeśli nie zapomną ich przed spaniem wywiesić, a Gwiazdor te większe rzeczy.

─ No to mam pecha. Zasmucony chłopiec oparł głowę na ramieniu dziadka.

─ Ależ czemu?

─ Bo ja wszystkie moje życzenia wysłałem do Mikołaja…

─ Sam pisałeś? Dziadek spojrzał na niego z zaciekawieniem, a do mnie mrugnął z nikłym, porozumiewawczym uśmiechem. Miał wygląd sympatycznego, starszego pana ze zbyt wcześnie posiwiałą czupryną.

Był wieczór, autobus trząsł, to znów hamował gwałtownie przed kolejnym przystankiem, a nam zrobiło się jakoś nastrojowo i przyjemnie.

─ Nie! To był list rysunkowy! Dziadziu, przecież nie umiem jeszcze pisać.

─ Bardzo elokwentnego ma pan wnuczka ─ powiedziałam uśmiechając się do obojga, a starszy pan kontynuował.

─ I wysłałeś go?

─ Nie, mama zabrała i obiecała, że idąc do pracy wrzuci po drodze do skrzynki. Ale znaczek nakleiłem prawdziwy, to będą widzieć, że to poważny list, prawda?! Co teraz będzie?

─ Nie martw się. (Lubiłam się wtrącać do dziecięcych rozmów.) Oni, to znaczy Mikołaj i Gwiazdor spotykają się, czytają razem wszystkie listy i uzgadniają między sobą, który z nich i któremu dziecku może lub powinien spełnić jego marzenie. W końcu to ich przyjemne zajęcie.

Chłopczyk spojrzał na dziadka pytająco: ─ Naprawdę?

─ Tak właśnie jest. Chodź, wstawaj, bo musimy zaraz wysiadać i poprawił wnukowi na głowie czapeczkę.

 

─ A pani też napisała list do Mikołaja? Chłopczyk patrzył na mnie badawczo.

Pomyślałam, że czas, gdy pisałam bożonarodzeniowe listy i chowałam je pod poduszkę, bo podobno stamtąd, podczas mojego snu, ten kolędujący Święty mógł sobie je jakimś cudem zabrać… ─ był dość odległy. A może powinnam znów uwierzyć, że tą drogą chociaż jedno z moich życzeń mogłoby zostać spełnione?

 

─ Nie miałam dotąd czasu, ale napiszę jeszcze dziś ─ obiecałam.

 

Mały uśmiechnął się na pożegnanie, a dziadek powiedział: ─ Może się jeszcze kiedyś spotkamy, wtedy opowie mi pani, czy się udało... Wesołych Świąt!

Podróżnych ubywało, a ja zamiast o życzeniach, które mogłabym podsunąć do spełnienia któremuś Gwiazdorowi, myślałam o przedświątecznych zakupach, które mam jeszcze do zrobienia i podarunkach. Jak zwykle: komu i co schować pod choinkę i czym sprawić przyjemność. Mimo woli zaczęłam łowić urywki rozmowy prowadzonej za mną. Początku nie słyszałam, ale od momentu, który przykuł moją uwagę.

 

 

Damski głos mówił: ─ Widzi pan, to jest tak. Mam ich troje, małe mieszkanie, a oni się mnie wczoraj pytali;  ─ Co z Wigilią? To znaczy mój syn się tak zapytał: co z Wigilią, mamo. Nie rozumiem, co z Wigilią? Mam ich zaprosić, gdy mieszkanie takie małe? Dwa lata temu wszystkie moje figury im do szopki oddałam. Kiedyś na komodzie całą szopkę ustawiałam. Szałas sami z mężem zmajstrowaliśmy, a w nim stała rodzina święta, pasterz, pastereczka, zwierząt tyle, i aniołowie klęczący. A w styczniu jeszcze trzech króli dostawiałam. Piękni byli. Ten ciemnoskóry król w złoto pomarańczowej szacie… Wnuki urosły, to już do mnie nie przychodzą. Czasu nie mają, bo tylko nauka i nauka, a potem komputer. A wie pan, ja już sobie kilka dni wcześniej pomyślałam, jakby to było gdybym została sobie sama w domu.

 

Męski głos zaprotestował: ─ Proszę pani, w Wigilię nikt nie powinien być sam!

 

Słyszałam, że kobieta roześmiała się. ─ Ależ ja nie będę sama. Jest mój kot i bardzo wiele wspomnień. Może nadszedł czas, aby je uporządkować?

Zaczęłam zastanawiać się w jakim wieku ona może być. Zięć, więc i córka, dorosłe dzieci…

─ Nie wiem, może zmienię jeszcze zdanie. Wie pan, w zeszłym roku byliśmy razem. Niby atmosfera miła, ale potem czułam się trochę jak przysłowiowe piąte koło u wozu, bo oni są wszyscy do pary. Kilka lat temu mąż odszedł ode mnie… Może mnie trochę i za to obwiniają?… Ach, przepraszam, po co ja to panu wszystko opowiadam… Wieczorami był problem, kto odwiezie mamę do domu, a wszyscy mają samochody… Kiedyś wzięłam taksówkę…

Szelest reklamówek i szuranie butami wskazywały na to że ludzie prowadzący za mną rozmowę zbierają się do wysiadania. Chociaż miałam na to wielką ochotę, nie wypadało mi się obejrzeć.

Mężczyzna powiedział: ─ Jeszcze trzy zachody słońca i zabłyśnie gwiazda betlejemska.

A potem trochę ciszej: ─ Proszę przyjść do nas na plebanię. Celebrujemy tam przecież wspólną kolację wigilijną. Nie tylko pani będzie naszym samotnym gościem.

Autobus ruszył. Do domu miałam jeszcze dwa przystanki. Pogoda wcale nie była przedświąteczna. Za oknem zaczął siąpić deszcz. Krople bębniły o szyby i spływały jak łzy po policzkach. Nagle przeszyła mnie myśl... Była niczym błyskawica nadchodzącej burzy i zrobiło mi się gorąco!

O rany, moja mama! Dlaczego jeszcze nie rozmawiałam z nią o Wigilii, o Świętach?!

Chyba przed dwoma tygodniami zapytała mnie, jakie mamy plany, a ja odpowiedziałam, że jeszcze nie wiem. I tyle. Cholera, jak mogłam!

Jeszcze tylko trzy zachody słońca, a ona pewnie czeka.

Ona i jej kot…

.....................................................

Opowiadanie pochodzi ze zbioru opowiadań i felietonów:

"Życie to nie karnawał" -  Anna Strzelec i Tomasz Ryczaj-Głogowski - wyd. www.e-bookowo.pl



Anna Strzelec

piątek, 6 grudnia 2013

Czekamy! :)

 

To znaczy - oni czekają, a ja sobie kawę popijam i piszę... czasem coś przegryzę.

Ciasteczka migdałowe z Lidla polecam - :)

Do miłego! 

 
Anna Strzelec
.............................
 

środa, 4 grudnia 2013

Kocham adwentowy czas...

 

    Czasu nie mam już na nic, dosłownie na nic, a tu tyle zaplanowane...

Zaczęło się stresująco, chociaż żadnego roku tak nie było!




Na początek wianek... chciałam taki zrobić, ale w sklepach nie ma lawendowych bombek! Są srebrne, złote, buraczane, czerwone, uff, lawendowych nie ma!
Kupiłam srebrne :) Choinka też będzie ubrana biało, srebrno... ale to już później...
Na dziś tyle, wrzucam parę słów na blog, bo wiem, że zaglądacie do mnie i jest to ogromnie miłe!
Wirtualna kawa dla wszystkich!

 
Anna Strzelec
......................

środa, 27 listopada 2013

Święto Dziękczynienia

Przyznać muszę, że czekałam na ten dzisiejszy dzień.

Nie, nie dlatego, żeby za chwilę nagrzać piekarnik, włożyć do niego biednego ptaka, a póżniej obchodzić amerykańskie święto. Czuję sympatię do tego dnia, w którym Amerykanie i Kanadyjczycy składają podziękowanie Bożej Opatrzności za wszelkie otrzymane łaski. Jest świętem rodzinnym, podczas którego spotykają się ( jeśli jest możliwe ) całe pokolenia.Tradycja uroczystości nakazuje spożycie wspólnej świątecznej kolacji, poprzedzonej dziękczynną modlitwą.    

Święto Dziękczynienia to uroczystość obchodzona w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie w celu upamiętnienia pierwszego Dziękczynienia, które prawdopodobnie miało miejsce w 1621 roku w kolonii Plymouth. W USA celebruje się je co roku w czwarty czwartek listopada, zaś w Kanadzie – w drugi poniedziałek października. Symbolem tego dnia jest pieczony, nadziewany indyk, podawany z sosem żurawinowym i z pieczonymi ziemniakami. Więcej, o historycznych uwarunkowaniach tego dnia informuje Wikipedia, a u mnie dowiecie się:

Jak obchodziła ten dzień rodzina moich bohaterów z Port Jefferson?
Zapraszam! Poniżej fragment z mojej ksiażki - tylko dla Was!

                                                       ***  


Iwona stała w łazience przyległej do gościnnego pokoju i poprawiając makijaż myślała, że przecież nie pobiegnie jak nastolatka, razem z Mariką i Marysią na spotkanie kalifornijskiego gościa. Co to, to nie. Żadnych nowych facetów w jej życiu!

Zeszła powoli do livingroomu, gdzie stała Leonia z Jeremim rozmawiając w świątecznym ożywieniu z przybyłym. Na odgłos jej kroków młody mężczyzna, który niewątpliwie był synem Jeremiego obrócił się z uśmiechem:
─ Salut, Yvonne.
─ Salut Jacques.

Miał na sobie cienki pulower w jadowito - turkusowym kolorze, spod którego wystawały kołnierzyk i mankiety białej koszuli.
Otaczanie się intensywnymi kolorami wskazuje podobno na ukrywanie wewnętrznych emocji ─ pomyślała. Czupryna kędzierzawych ciemnobrązowych włosów, jeansy, szczupła elegancja, malarski widok… Do zamknięcia łańcuszka błyskawicznego ogarnięcia postaci Jacquesa zabrakło jej dwóch ogniw; czy on mówi po polsku i w jakiej dziedzinie nauki zrobił ostatnio swój doktorat? Rozmawiała z matką i Jeremim o indyku, groszku z marchewką, Robercie i narkotykach, a ta dość ważna kwestia uszła jej uwadze. I wtedy zobaczyła oparte o kanapę czarne, nieduże pudło, wskazujące na futerał do skrzypiec. Krótko mówiąc ─ artysta i nie dało się ukryć; syn Jeremiego robił wrażenie.
─ To nasza mamusia ─ wyjaśniła siedząca na kanapie Marika.
─ Tatuś jest jeszcze w Polsce, ale niedługo do nas przyjedzie ─ dodała Marysia.
─ Widzę, że zapowiada się nam piękny dzień.

To Jeremi. Mistrz rodzinnych konwersacji, w których brały udział dziewczynki.

─ Ile czasu potrzebuje jeszcze nasze ptaszysko w tym solarium? Pachnie już smakowicie!
 
─ Myślę, że jest prawie gotowy, sałatki też czekają, może aperitif ?
Leni uśmiechniętym spojrzeniem porównywała Jeremiego i jego syna. Oczywiście różnili się wiekiem i tak zwanym męskim stylem, ale było w nich coś, co wskazywało na przynależność do… Po chwili odkryła...to urok i przynależność do prowansalskiego gniazda. Barwny jak u Van Gogha – Jacques, nasz kuchenny zapach ziół, smak czerwonego wina, jej Jeremi i słońce zaglądające przez okno? Ich pierwsze wspólne, dziękczynne świętowanie.


                                                                ***


To: patrycjatom@wp.pl

Moja kochana Patrycjo!

Mam nadzieję, że nie pielęgnujesz w sercu żalu, jaki spowodowało moje milczenie, a jeśli nawet uczucie bólu lub coś temu podobne zagnieździło się w Twoim sercu, postaram się szybko je uśmierzyćJ
Witaj Skarbie! Tyle razy zbierałam się do pisania, ale nie wiem dlaczego tak jest, że gdy nasza codzienność układa się dość pomyślnie, nie mamy ochoty się z nią dzielić. Natomiast, gdy zaczynają do oczu napływać łzy szukamy szybko czyjegoś rękawa, w który moglibyśmy się wypłakać i wytrzeć usmarkany nos, prawda?
Nie, nie jest tak źle, ale ostatnich niespodzianek mieliśmy tutaj moc. Pobyt Iwony i dziewczynek u nas przebiega w sympatycznym nastroju. Marika i Marysia stały się bardzo samodzielne, wybierając się nawet same z Sally na spacer do miasteczka, a fakt ten miał miejsce w ubiegłym tygodniu i przyprawił Iwonę o zdenerwowanie w najwyższym stopniu. Czułam się też winna, gdyż po południu po prostu sobie usnęłam, a one wymknęły mi się spod kontroli. O moim wypadku Iwona chyba Ci wspominała, więc nie będę się powtarzać. Czasem męczą mnie zawroty głowy, ale to przecież nic strasznego. Tak myślę.

Wczoraj przeżyliśmy po raz pierwszy razem Święto Dziękczynienia. Na tę rodzinną okazję  przyleciał z Kalifornii syn Jeremiego. Właśnie przed chwilą Jeremi pojechał odwieźć go na lotnisko. Iwona jeszcze śpi, a dziewczyny bawią się z psem na dworze, bo chociaż to już listopad pogodę mamy bardzo przyjemną. Uroczystość zwana Thanksgiving jest tutaj sympatycznym biesiadowaniem przy stole, na którym króluje pieczony, nadziewany indyk. Tradycją jest też zupa dyniowa, którą zrobił Jeremi, bo o sposobie przyrządzenia jej nie miałyśmy pojęcia. Nawet dziewczynkom wszystko smakowało i żadna nie marudziła. W sumie był to bardzo nastrojowy dzień, bo przed przystąpieniem do jedzenia, stojąc dookoła stołu wzięliśmy się za ręce i każde z nas wypowiedziało za co jest wdzięcznym, czym cieszy się i za co dziękuje.
Jeremi powiedział, że wszyscy mamy w życiu sprawy, za które powinniśmy być wdzięczni – Bogu, losowi albo szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a które czasem traktujemy tak, jakby się nam słusznie należały. Stałam obok niego, a on trzymając moją rękę mówił, że jest wdzięczny losowi, że pozwolił mi przyjechać do NY i z nim pozostać, a także za rodzinę, która razem z nim dzisiaj w Port Jefferson świętuje. Prawdopodobnie miał na myśli moje dziewczyny i swojego syna, który stał po jego prawej stronie.
Przyszła kolej na mnie i byłam bardzo wzruszona .Tylko jednym zdaniem wyraziłam wdzięczność za to, że jesteśmy wszyscy razem i nadzieję, że będziemy mieć wiele takich spotkań w życiu.


Jeremi popatrzył w stronę Iwony, która miała łzy w oczach. Moja twarda, nieugięta córka łamiącym się głosem powiedziała, że dziękuje Bogu i nam za to przemiłe święto i pobyt w NY. A dziewczynki?

One wspólnie i na zmianę: za to, że jest fajnie razem tutaj być, a Marysia dodała, że ma nadzieję, że ten sos, który sami robiliśmy nie jest zbyt ostry i wszystko będzie nam smakować.

Na końcu Jacques – podziękował nam za zaproszenie do wspólnego świętowania, życząc każdemu szczęścia w życiu i opieki Bożej Opatrzności. Tak to właśnie wyraził, co mnie trochę zdziwiło, bo jego wypowiedź jakoś nie pasowała mi do młodego, modnie ubranego muzyka. Tak, tak, zapomniałam Ci napisać, że syn Jeremiego jest muzykiem wykształconym w klasie skrzypiec, pracującym na uczelni w San Francisco.

Przyznać muszę, że indor pysznie nam się upiekł i nawet Marysia – wegetarianka skusiła się na jego kawałek z dodatkiem wielu owoców z nadzienia i gotowanych warzyw. Rozwiązał się również problem marchewki i groszku, którą Jacques ku zadowoleniu Iwony preferował samą i al dente. Deser a`la Yvonne, bo tak zostały nazwane gotowane w winie gruszki, które serwowała moja córka również smakował, a ze względu na zawartość w nim alkoholu, dziewczynki dostały lody. Byliśmy nasyceni tak bardzo i po same uszy, że szarlotka została na trochę później, a mieliśmy przecież w planie wyjazd do City, aby zobaczyć paradę. Nic z tego nie wyszło. Na zmianę planu Marika i Marysia trochę się krzywiły, ale Jeremi włączył TV, gdzie na szczęście akurat pokazywano obiecywaną im obiecaną paradę z okazji Święta Dziękczynienia. Podobno odbywa się ona tutaj od 1924 roku. Oczywiście rodzaj postaci filmowych i bajkowych już się przez ten czas zmienił, ale wczoraj ulicami Manhattanu szły tłumy z gigantycznymi, kolorowymi balonami, przedstawiającymi te, które znaliśmy i pamiętaliśmy: myszy Mickey, Mini, królewny, psy Pluto i Huckleberry i wszystkie postacie z Muppet Show, nawet Sppiderman i jakieś inne, których nie znaliśmy. Fajnie to wszystko wyglądało, ale tłok na ulicach był ogromny i szybko ucieszyliśmy się, że siedzimy sobie przytulnie w domu.
Po programie Iwona z Jeremim podali kawę, a Jacques wyjął swoje skrzypce i uraczył nas koncertem… Zagrał fragment z ,,Zimy” Vivaldiego i jeden ze znanych utworów Astora Piazzolli. Wzruszająco. Żałowałam, że Cię z nami nie ma, ale możesz przecież poszukać na you tube i posłuchać, prawda? Gdy Jacques skończył, Marysia zapytała czy zna coś weselszego, a on uśmiechnął się i zagrał Greka Zorbę. Na zakończenie dziewczynki klaskały owacyjnie, a my, dorośli siedzieliśmy trochę zamyśleni… Miałabym Ci jeszcze wiele do napisania, ale właśnie słyszę, że zabawa na dworze skończyła się, więc powinnam zająć się moimi mądralami, bo Iwona z Jacquesem wybrali się na spacer po okolicy.

Przesyłam Ci wiele serdeczności i proszę, nie karz mnie milczeniem. Podziel się gdańskimi nowościami, ściskam Was oboje - Leni.
.................................................................



Anna Strzelec

Anna Strzelec - Okno z widokiem na Prowansję, wyd.e-bookowo.pl 2012



 

Ze spotkania autorskiego - wspomnień garść...


 Na spotkania autorskie pisarz jest zapraszany. Mnie też wybrano, zaproszono i skorzystałam z przyjemnością. Czasem czytamy, że na podobne i inne ważne okoliczności idzie się z przysłowiową „ duszą na ramieniu”. Nie wiem, czy moja tam siedziała, bo pogoda była słoneczna choć nieco wietrzna, ale z pewnością podśpiewywała, słyszałam to wyraźnie.

Spotkanie z czytelnikami miało odbyć się w jednym z pomieszczeń Uniwersytetu III wieku, gdzie co tydzień spotyka się, tzw. grupa literacka. Na zajęciach prowadzonych przez panią dr K.- notabene krytyka literackiego omawiane są nowości w literaturze polskiej, a ostatnio wydanych głównie w regionie, w którym obecnie mieszkam, bo sporo takowych w minionym roku się już ukazało.

Moje autorskie odwiedziny zapowiadały się na tyle korzystnie, że zebrani słuchacze znali już treść mojej ostatniej książki – Wiza do Nowego Jorku. Egzemplarze zostały im udostępnione z depozytu Oddziału ZLP i było to ogromnie sympatyczne, coś w rodzaju omawiania uprzednio zadanej lektury. Ale… nie zupełnie tak, bo to oni mnie odpytali, a niektórzy, nawet z notatkami na stole byli wprost rewelacyjnie przygotowani! 

Już od wejścia otoczyła mnie przyjazna atmosfera, wśród której dwadzieścia trzy starsze panie i dwóch w podobnym wieku panów przyglądało mi się z zainteresowaniem. ( Moja dobra znajoma, gdy jej o tym spotkaniu opowiadałam spytała mnie czy nie miałam tremy tak na forum rozmawiać i w ogóle. Przypomniałam jej czas, gdy byłam jeszcze nauczycielką, a moim forum było dwadzieścia osiem par wpatrzonych we mnie oczu, a bywali także i ich rodzice.)

I tak się złożyło, że pierwsze pytanie zostało mi postawione przez panią, która była emerytowaną polonistką, a jej mąż artystą plastykiem. Dotyczyło mojego fachu, który zamieniłam na pisanie książek. Pani D. czytając moją Wizę odniosła wrażenie, że plastyczne uzdolnienia przemycam do literatury: począwszy od okładki, którą sama zaprojektowałam, poprzez różne formy literackie, jakie stosuję w całej treści książki… Spróbowałam wyjaśnić jak to się dzieje i przyznaję, że zrobiłam to z przyjemnością, bo przecież tak zupełnie od sztuki się nie oddaliłam. W minionych latach, podczas mojego pobytu w Niemczech powstało kilkanaście większych i mniejszych moich Tiffany i rozmowa zeszła nam na technikę wykonywania szklanych obrazów i zawieszek, a także na moje pierwsze dwie książki, w których ten „niemiecki czas” jest zawarty. Pod koniec sympatycznej dyskusji pani D. nazwała moją Wizę do Nowego Jorku nowatorskim gatunkiem literackiego kolażu. Przyznam, że bardzo mi się to określenie spodobało. Dlaczego literacki kolaż? Wynikało to też z opisu, który umieściłam na odwrocie okładki mojej książki:

Wiza do Nowego Jorku zawiera historie związków i miłości – tych prawdziwych i toksycznych, realnych i internetowych. Opowiada o podróżach moich bohaterów, rozstaniach i przesłaniach z zaświatów, o namiętności, przestępstwach, zdradzie i niewyczerpanej nadziei. Prawdziwe wydarzenia splata literacka fikcja, moja poezja i szczypta metafizyki.

I taki kolaż z mojego życia wzięty, od pewnego poniedziałku nazywa się nowatorskim gatunkiem – literackim kolażem J

Pan J., który następnie zabrał głos zacytował z mojej Wizy kilka zdań dotyczących erotycznych przeżyć jej bohaterów, więc ja też je zamieszczę:

~ Noce z nią przypominały zanurzenie w cieplej wodzie, która rozpływała się po całym ciele. Jej drobne stopy gładziły jego pośladki i cieszył się, że odczuwa ich zbliżenia podobnie jak on. Tak przynajmniej mówiła, że z nim jest wspaniale. Wierzył, że kiedyś przestanie jej przeszkadzać i to, że na końcu każdego miłosnego aktu Wiktor rzuca głowa jak źrebak.~

Po zacytowaniu fragmentu, mój czytelnik pokręcił sceptycznie głową, stwierdzając, że nie wie, czy to tak w życiu naprawdę może być. Tu zacytował dwa wersy z pewnego rozdziału, a potem dodał: - "i ta scena na plaży i po burzy… czy tak się ludziom zdarza, jak w moim wierszu":

~ gdy w ramionach twoich się obudzę

   stanie się nam kremowo – biszkoptowo – słodko ~

Znów nastąpiło pełne niedowierzania kręcenie głową pana J.

Przyznam sama, trochę tu infantylnie przesłodziłam, ale jeśli moja bohaterka tak chciała mieć... byłam bezradna :)

Jeszcze, gwoli mojemu wyjaśnieniu: scena na plaży, str.102 jest pięknym spełnieniem rodzącego się uczucia między Jeremim i Leonią.) 

Poza tym panu J. treść książki podobała się, a najbardziej moje krótkie relacje dotyczące zwiedzania NY, szczególnie z Ellis Island, bo dotąd nie wiedział, że istnieje tam coś takiego jak Ściana Honoru, gdzie imigranci umieszczali swoje nazwiska.

Odpowiadając, musiałam obronić moje erotyczne, książkowe sceny, zapewniając, że uczucie nawet w wieku dojrzałym może być intensywnie odczuwane, podobnie jak to zdarzyło się Wiktorowi, a później Leonii i Jeremiemu.

A gdy już mowa o Wiktorze, kilka pań oburzonych na jego postępowanie i niewierność zauważyło, że Leonia bardzo słusznie postąpiła opuszczając drania i zabierając mu przywiezioną z Polski krakowską kiełbasę oraz słoiczki powideł! Pytały też, czy przepis na powidła śliwkowe z dodatkiem amaretto, to mój własny, bo zapisały go już sobie, a pod koniec spotkania padło odwieczne pytanie, które słyszy chyba każdy lub prawie każdy autor: ile jest prawdy w moim pisaniu?

Czy miałam siostrę bliźniaczkę, dlaczego książka nie zawiera kolorowych zdjęć z Nowego Jorku i czy ten wspaniały Jeremi istnieje naprawdę, no i co z nimi dalej będzie?

Na tyle, na ile mogłam, zdradziłam mój warsztat pisarski… Wierzcie mi drodzy czytelnicy, to było przemiłe spotkanie i wszystkim uczestnikom serdecznie za nie podziękowałam.

Następnego popołudnia w WiMBP im. Zbigniewa Herberta ( jak plakat na moim wcześniejszym zaproszeniu głosił) odbyło się następne spotkanie, istny fajerwerk literacki! Sześciu autorów i moja damska osoba, tematyka popełnionych dzieł różnista: od tomików poezji i satyry, przez beletrystykę do obszernego dzieła historycznego liczącego ok.600 stron napisanego przez najstarszego z naszego grona autora. I znów zainteresowanie słuchaczy i czytelników ogromne, niektórzy z przyjemnością zabrali nasze książki do domu.

Myślę teraz nad zdaniem podsumowującym moje dwa ostatnie, autorskie dni…

 Zadowolenie z siebie samego jest połową szczęścia? No właśnie – z siebie, i pozytywnych reakcji moich czytelników. Bardzo Wam za nie dziękuję.
Anna Strzelec

PS. To moja chwila wspomnień, zanim ukazała się kontynuacja Wizy do Nowego Jorku, czyli ~ Okno z widokiem na Prowansję ~.

 



Zainteresowanych zapraszam:

www.e-bookowo.pl 

Jeszcze jest kilka egzemplarzy wydania papierowego!!!

Na wznowienie trzeba będzie trochę poczekać... :(

.......................................................................................
 

                                                             

niedziela, 24 listopada 2013

~~~~~~

           
      

Nowe drzwi kupiłam -
odpowiednie
do mojej starej przestrzeni...

 Powiedz -
czy zabrać tę klamkę
z tysiącem naszych
obcych
westchnień i dotyków?

Odgarnij z czoła włosy -
wiersz napisz
poczekaj...

zanim znów otworzę
 




/ liściopad 2013 /

  Anna Strzelec


piątek, 22 listopada 2013

Jeszcze liściopad...


         ***

Myślałam -
że już się nie boję...

z życiem dojrzałym...

jak koszyk wiśni pełen
które to kiedyś
tak mniej czy bardziej
nasze były...
i z kotem pod pachą
któremu nie w smak decyzje moje
stoję przed bramą...

Myślałam, że już się nie boję
co oni powiedzą
przecież się modliłam...

Rdza pokryła ornamenty bramy
zmarznięte wspomnienia
jako gwiazdki zawiesiłam

Wchodzimy - czas na spotkanie
to tylko odwiedziny
w moim śnie...

Anna Strzelec / liściopad 2013 /

Anna Strzelec

 

niedziela, 17 listopada 2013

Jeszcze kilka dni...

Kto wie? Z jakiej książki to fragment? :)




-Mesdames messieurs - dzisiejszego wieczoru ponownie witamy naszego gościa z San Francisco! Przed państwem Jacques Morelly!

Każdemu wejściu na scenę towarzyszyło uczucie radości. Oto ludzie, którzy przyszli, aby słuchać. Nie tylko muzyki, lecz także JEGO wykonania. Przed laty, gdy rozpoczynał naukę gry na skrzypcach, matka prowadziła go do filharmonii, by osłuchał się z możliwościami interpretacji utworów. Wybierała nazwiska muzyków znanych i mniej znanych… Dziś Jacques miał nadzieję, że publiczność, którą miał przed sobą chciała poznać talent nie tylko Davida Garretta.

Oklaski. Jak wczoraj, skierował kilka słów do zgromadzonych o swoim przybyciu z daleka, bo z San Francisco, ale przecież muzyka niczym oceany ogarnia cały świat, a on, Jacques czuje się tutaj, wśród nich jak w domu, bo urodzony jest w Prowansji. Ponownie został nagrodzony brawami i spod jego palców prowadzących smyczek i przytulonych do podbródka skrzypiec popłynęło słodkie, ujmujące serca Love Dream Franciszka Lista.

W podobnym nastroju poprowadził z towarzyszeniem orkiestry sonatę Adagio Tomaso Albinoniego. Przez moment pochwycił jedno kobiece spojrzenie, uosobienie zasłuchania i zachwytu. Czuł, że spodobał się publiczności. Skupiony i wzruszony spoglądał na nich raz po raz myśląc, że jednak ich nastrój trwać będzie zaledwie tak długo, jak jego muzyka… Był jak akt miłosny, w którym prawdziwego uczucia nie ma... jest zachwycenie... przez moment, dopóki nie wybrzmi ostatni dźwięk… Włosy zasłoniły mu połowę twarzy i miał wrażenie, że cały jest smutnym adagio. Dlaczego gra ten utwór właśnie dzisiaj, tutaj?
Chciałby siedzieć na werandzie rodzinnego domu w Antibes gdy pada drobny, ciepły deszcz…
I ktoś powinien przy nim być… Kobieta… Yvonne… Jacqueline?

http://www.youtube.com/watch?v=XMbvcp480Y4&feature=share&list=RDKpOtuoHL45Y
Anna Strzelec
 

wtorek, 29 października 2013

Wiersze ostatnie i przedostatnie...

     


W ręce czytelników oddaję czwarty tomik moich wierszy, który zatytułowałam:
Jeszcze raz w podróż…
Moje życie jest podróżą nie tylko między krajami, lecz od serca do serca, jak wiele kobiet w poszukiwaniu tej jedynej, prawdziwej miłości…
Czy z powodzeniem?
Przeczytajcie sami.

I moje aforyzmy.

Słowa jak przypływ. Nasze życie składa się z przypływów i odpływów. Już nie jestem samotną muszlą wyrzuconą na brzeg…
Znajduję, podnoszę kilka twoich słów… Są jak perły.

http://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/anna-strzelec.html


Anna Strzelec

Kilka zdań od mojej czytelniczki...

 Pani Anno,

  jak dla mnie jest to jednak wspaniałe, profesjonalne studium egocentryzmu kobiecego (chociaż egocentryzm moim zdaniem jest cechą przynależną rodzajowi męskiemu).

Jest w tym wiele ironii, drobnych złośliwostek i dowcipu, a także
 erudycji. Jeżeli jednak miałyby to być książki autobiograficzne to stawia Pani siebie w dość przedziwnym świetle... Ale tak naprawdę odebrałam to jako dobrą fikcję literacką, naturalnie wspartą własnymi obserwacjami i doświadczeniami. Co Pani na takie podsumowanie?
Dodam, że przeczytałam wszystkie Pani książki jednym tchem.

Pozdrawiam, Joanna.

....................................................................................................

Co ja, autorka na to?  "W dość przedziwnym świetle..."
Znów temat do dyskusji na blogu?

I co WY, na to?


Anna Strzelec


 

 

środa, 23 października 2013

Recenzja...




Jako dowód, że nie tylko moje tutaj się znajdują - zamieszczam recenzję 
Róży Bukały, dotyczącą tomiku wierszy
Adama Kuchty "W śnie jesieni zaplątani".

 
Czy to przypadek, że za oknem szumią złote dęby, kiedy do moich rąk trafia tomik W śnie jesieni zaplątani? Tego nie wiem, za to wiem na pewno, że są wiersze o mocy magicznych zaklęć – takie, które zatrzymują momenty na dłużej, które pozwalają pamiętać spojrzenia, smaki, odcienie mieniących się pod wpływem słońca włosów, słyszeć przez wiele wieczorów jeden raz pospiesznie wyszeptane słowa. Taka jest poezja Adama Kuchty. Niektórzy uważają, że o miłości napisano już wszystko. I ja myślałam podobnie, ale w tym tomiku przeczytałam coś po raz pierwszy. Spod pióra autora wyszły wiersze niebanalne, intymne, takie, które nie są ckliwymi wyznaniami na wyrost, ale szczerym i przyjacielskim zapewnieniem, że choćby się zwątpiło we wszystko, to te oczy, widziane z bliska, bardziej znajome niż swoje, zawsze będzie się chciało oglądać.

gdybyś mówiła językami ludzi i aniołów

– nic więcej bym nie zyskał

gdyż twoje oczy mówią do mnie

mówią otwarcie i o wszystkim

 
Zapach jabłek, malinowy sok, pierwszy śnieg, ptaki wędrujące po niebie – czytam te wiersze półgłosem, jeden wers po kilka razy. Natrafiam niekiedy na rym, który wpada niby niezapowiedziany gość, daje się zaskoczyć trafnej poincie. Metaforycznie, lirycznie, ciepło i jesiennie. Warto przeczytać o każdej porze roku.
 
Róża Bukała
...............................................................
 
Tomik wierszy Adama Kuchty został wydany i jest dostępny:
 
http://www.e-bookowo.pl/poezja/w-snie-jesieni-zaplatani.html 

Autorowi - ponownie serdecznie gratuluję!
 
Anna Strzelec
....................................
 
 
 

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty