Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

wtorek, 23 grudnia 2014

Czas na życzenia...


   W ten piękny, przedświąteczny czas spieszę do Was z życzeniami, z małą jedną laurką...

  i drugą... 




i trzecią...


Najpierw przeżyjemy święta Bożego Narodzenia, a po nich będziemy sięgać myślami, wspominać miniony rok... Czy już czas na podsumowania, refleksje? Jeszcze poczekajmy, a na początek obiecane kilka zdań, kilka fotek... czas tak szybko biegnie, a my wszyscy coraz bardziej kreatywni! Piszemy, spotykamy się, poznajemy nowych ludzi, doznając jednocześnie wielu niezapomnianych wzruszeń. I to jest piękne!  
Krótka fotorelacja z XXIII Targów Książki Historycznej, które odbyły się pod koniec listopada w W-wie, oraz autorskiego spotkania Jerzego Rostkowskiego w Coffee Karma, przy Pl.Zbawiciela ( anonsowałam je w jednym z wcześniejszych postów.) Obszerniej, z obu wydarzeń przeczytacie w moim drugim wywiadzie przeprowadzonym z Jerzym Rostkowskim. W przyszłym miesiącu, relację tę zamieści "Libertas Miesięcznik Ludzi Wolnych". 





                                 
.............................................................
                        Anna Strzelec - Schütz
                             

czwartek, 11 grudnia 2014


 Dzień dobry!


Zaglądających na mój blog przepraszam i obiecuję sukcesywnie nadrobić zaległości, bo działo się, oj działo! :) 

Mój "Przyjaciel po piórze" - Jerzy Rostkowski też szykuje obszerną fotorelację 

z XXIII Targów Książki Historycznej, które odbyły się pod koniec listopada

 w Warszawie, w Zamku Królewskim - w Pasażu Kubickiego. 

Będzie też relacja z cudownego spotkania w Coffie Karma, znajdującej się przy Pl. Zbawiciela...

 Cierpliwości, będzie!

 
Tymczasem, bo czas pędzi jak szalony, szykowałam prezentowe moje propozycje dla Was pod choinkę... kto chciałby skorzystać, może obdarować - 

serdecznie zapraszam! 


W dziedzinie poezji: polecam tomik przepięknych wierszy mojego kolegi "po piórze" - Adama - Adam Kuchta " W śnie jesieni zaplątani". Poezja przepełniona miłością i radością płynącą z posiadania życia rodzinnego. Pisałam już o niej w moim poście z dnia, zobaczcie : 

 http://annastrzelec-drugaporazycia.blogspot.com/2013/10/recenzja.html#links


Mój ostatni tomik wierszy: "Jeszcze raz w podróż", nie tylko o miłości, ale przede wszystkim oraz poprzedni "Gdziekolwiek jesteś... dialogi liryczne" - wspólne wydanie. kto lubi poezję - wydanie e-bookowe na czytniki jest dostępne w wyd. e- bookowo.pl 

Wersja papierowe - do nabycia u mnie i w wyd. Miniatura w Krakowie oraz w księgarni B. Prusa w W-wie, na Krakowskim Przedmieściu. 







                                                  
   
                                                                                   

Oraz serdecznie polecam Wam moje nowojorsko-prowansalskie trio, słoneczne i pachnące, akurat na naszą porę roku, aby się przenieść myślami i marzeniami, razem z bohaterami "Wizy do Nowego Jorku", "Oknem z widokiem na Prowansję", "Akwarelami lawendami" przeżyć radości, smutki i euforię codziennego życia...
A to Wam gwarantuję! :) 







Wszystkie tytuły, a  także i inne moich książek są do nabycia do nabycia w wydawnictwie:



Wasza Anna Strzelec 

sobota, 22 listopada 2014

Marzenia czy plany?


Przed dwoma laty prowadziłam (o, szalona!) w onet.pl dwa blogiCzasem do nich zaglądam, porównuję... Przeniosłam tutaj wywiad, który przeprowadził ze mną "kolega po piórze", a było to w kwietniu 2011. Miło wspomnieć Piotrze, dziękuję! Wiele się od tego czasu zmieniło...


     
O pisaniu, sukcesach, planach i marzeniach rozmawia ze mną Piter Murphy – autor, publicysta i recenzent.
                                                                     


Piter Murphy: Witaj Haniu. Dziękuję za przyjęcie zaproszenia do tej rozmowy. Usiądźmy sobie i porozmawiajmy. Do rozmowy proponuję kawę lub herbatę.

Anna Strzelec: Sprawiłeś mi niewątpliwą przyjemność Twoim zaproszeniem. Nescafe` poproszę, a ja przyniosłam ciasteczka.

PM: Na Twoim blogu na stronie głównej znalazłem sentencję ”Zadowolenie z siebie samego jest połową szczęścia…”. Jak to wygląda w Twoim przypadku?

AS: Tak, to moja sentencja i gdyby się nad nią głębiej zastanowić zawiera sporo prawdy. Satysfakcja jaką daje nam to, czym się zajmujemy na co dzień sprawia, że czujemy się szczęśliwi. Najpierw połowicznie, a jeszcze bardziej, gdy efekty naszej pracy są doceniane przez innych: rodzinę, przyjaciół, czytelników.

PM: Jesteś kolejną osobą z która rozmawiam, a która oprócz pisania maluje lub rzeźbi. W Twoim przypadku jest to malarstwo. Z wykształcenia jesteś artystą plastykiem. Oprócz malowania i uprawiania prozy piszesz wiersze. Skąd w Tobie taka mnogość posiadanych talentów?

AS: Zdradzę Ci jeszcze, że chętnie szyję patchworki dla siebie i w prezencie. ( Anna śmieje się). Skąd taka mnogość, pytasz? Może lubię urozmaicenie w życiu? Studiowałam malarstwo i malowałam, a potem w czasie pobytu w Niemczech zainteresowałam się techniką Louisa Tiffany’ego. Wspaniała dziedzina sztuki, którą wiele ludzi zna jako: Tiffany, to lampy. A to nie tylko lampy, ale i obrazy, okna, zawieszki, witraże i nowoczesne formy użytkowe. Tworzenie szklanych kompozycji, układanie obrazu z kawałków specjalnie produkowanego na ten cel szkła, dobór kolorów do tematu, sprawiało mi tyle samo satysfakcji, co operowanie pędzlem i farbą. Jedno z moich okien w domu wypełnione jest własną kompozycją wykonaną techniką Tiffany’ego. Podświetlenie dzieła, gdy promienie słoneczne wzbogacają szklany obraz są ostatecznym efektem zadowalającym każdego twórcę.

PM: Wydałaś cztery książki, traktujące o zupełnie różnych sprawach. Skąd czerpiesz pomysły? Czy to proza Twojego życia?

AS: Zadałeś mi bardzo istotne pytanie… gdyż zamiarowi napisania pierwszej książki towarzyszył diametralny zwrot w moim życiu… Pewnego dnia, po dwudziestu latach  pobytu w Niemczech pomyślałam, że chyba warto byłoby ten czas opisać. Kto pamięta lata osiemdziesiąte, ten wie, że nasza Ojczyzna borykała się z trudnościami nie tylko politycznymi ale i gospodarczymi. Ludzie wyjeżdżali na Zachód, szukając azylu tam, gdzie egzystencja byłaby dostatniejsza, a i codzienność pod każdym względem łatwiejsza. Podobną decyzję podjęła bohaterka moich dwóch książek. W laptopie najpierw powstało: Tylko nie życz mispełnienia marzeń. Przewrotny tytuł, prawda? Bo wszyscy sobie życzymy 100 lat i spełnienia marzeń.
Absolutnie nie chcę dożyć stu lat… Jakże zachłanni potrafimy być snując nasze marzenia… Po wydaniu – Tylko nie życz mi… (najpierw na www.mybook.pl) posypały się ku moim zdziwieniu i pierwszemu uczuciu satysfakcji – maile, pozytywne komentarze i recenzje. Są one dostępne na mojej internetowej stronie www.annastrzelec.eu . Nadeszły podziękowania od młodych czytelników za opisanie możliwości wyjazdu za granicę i związanych z tym faktem perypetii w tamtych latach. Mimo, że początek wydarzeń dotyczy koniec lat 80-tych, temat emigracyjnych wyjazdów wcale się nie zestarzał. Ponieważ akcja pierwszej książki kończy się w zawieszeniu, posypały się też pytania od czytelników: co było dalej???
Zabrałam się więc do pracy i napisałam Drugą porę życia – czyli jak zabija się miłość. Podtytuł trochę kryminalny, prawda? Bywa, że miłość zabijana jest stopniowo, ale wytrwale każdego dnia: słowem, gestem, postępowaniem… nawet bez użycia typowych narzędzi zbrodni….
Gdy poproszono mnie o napisanie kilkunastu zdań dotyczących poruszonego tematu, stanęłam przed jeszcze jednym wyzwaniem. Co miałam powiedzieć Polakom, którzy nie czytali moich książek, ale mieli ( mają) zamiar wyjechać? Do Anglii, Niemiec, Irlandii, aby zarobić więcej niż w Polsce – na mieszkanie, samochód, może nawet budowę domku ( jak dobrze pójdzie…) A może zostać tam, gdzie lepiej i dostatniej?
Od lat, w polskiej mentalności niewiele się zmieniło. Dziewczyny marzą o wyjeździe, o wyjściu za mąż za obcokrajowca, o wrażeniu, jakie zrobią gdy przyjadą ( może czerwonym Ferrari ) do rodzinnego miasteczka z Niemcem lub Anglikiem u boku? Nikt nie myśli o barierze językowej, o różnicach kultur dwóch krajów; Polski i tego, do którego się wybieramy, który znamy z filmów i opowiadań. Relacji tych, którzy byli i wrócili, znałam wcześniej, nie wiedząc jednak, że są koloryzowane i jak ciasteczka polukrowane.
A teraz, gdy czytamy w prasie o dziewczynach, które zamiast zatrudnienia do pracy w restauracji na zmywaku wylądowały w tak zwanych Night Clubach zwanych potocznie burdelami, niektórym otwierają się oczy, ale tylko troszkę i na chwilę. Nam się przecież nie musi tak zdarzyć!
Co kierowało moją bohaterkę: odwaga, naiwność czy spory ładunek determinacji? Myślę, że czytelnik odpowie sam na to pytanie. Wyjeżdżając za granicę ( nie mam tu na myśli wyjazdu w odwiedziny do rodziny) nikt nie bierze pod uwagę trudności, jakie będą piętrzyć się, dopełnienie formalności przy częstej nieznajomości obcego języka i zdarzeń, gdy trzeba będzie się też rumienić, bo jest się przecież uciekinierem z własnego kraju! Czy z tego powodu Polak jeszcze potrafi się rumienić?
Moje pierwsze dwie książki są zapisem przeżyć, przemyśleń i emocji bohaterki. Notesem wrażeń radosnych i smutnych, rozdarcia, tęsknoty za bliskimi i przyjaciółmi, którzy pozostali w Polsce.  Zawierają też garść spostrzeżeń o stosunku Niemców do Polaków oraz pełną miłości i wielu sprzeczności historię polsko-niemieckiego małżeństwa. Może ktoś powie, że zna bardzo szczęśliwą historię pewnego emigranta czy emigrantki? I taką, w której żyli długo i szczęśliwie? Być może, ale ja znam właśnie tę, którą opisałam.
Ależ się rozgadałam, sorry, ale musiałam Ci szczegółowiej opowiedzieć, bo to są książki z przesłaniem.

PM: Tomik wierszy „Miłość niejedno ma imię” traktuje o rzeczach ważnych i pięknych, widzianych oczami kobiety. Miałem okazję przeczytać kilka z nich. Z Twoich wierszy bije wiele ciepła. Aż tak bardzo kochasz ludzi i świat?

AS: Coś w tym jest, ale nie wszystkich ludzi i nie cały świat. (Anna uśmiecha się)
Jak głosi tytuł – miłość niejedno ma imię, ale przede wszystkim inspiruje nas. Zarówno ta piękna i szczęśliwa, jak i pełna momentów rozpaczy. Nasze uczucia możemy wypowiedzieć zarówno w prozie, jak i poezji. Zależnie od nastroju, bo inspirować może moment przyjścia dziecka na świat, nowe uczucie jak i zadumania nad nadchodzącą drugą porą życia. Ostatnio ukazał się drukiem zbiór moich wierszy pisanych w latach 1988 – 2011 pt.  Cóż wiemy o miłości… No właśnie, czy już wszystko wiemy o NIEJ, która przecież niejedno ma imię?

PM: Haniu, pisanie jest dla Ciebie ucieczką w świat sztuki, czy też potrzebą podzielenia się z innymi ciekawymi historiami?

AS: Piter, przyznać muszę szczerze, że jednym i drugim. Uciekam w codzienność stworzonych przeze mnie bohaterów, a wielu piszących przyzna mi rację, że postacie w naszych książkach bądź to wymyślone, bądź posiadające tylko niektóre cechy charakteru znanych nam ludzi, zaczynają żyć własnym życiem. Przeważnie lubię moich bohaterów. W mojej ostatniej książce, mam na myśli Wizę do Nowego Jorku zawarte są jednak fakty i pastisze. ( Anna śmieje się. Literacka forma zemsty, jak chcesz, usuń to zdanie.) Ale wracając do treści Wizy: oczywiście chętnie dzielę się wrażeniami z podróży, bo zaproszona na uroczystość rodzinną naprawdę spędziłam dwa tygodnie w NY, a pozwoliłam sobie na ten wyjazd z myślą, że taka okazja może mi się już w życiu nie zdarzyć. Spałam na farmie w Long Island i rozmawiałam tam przy ognisku z młodymi Polakami studiującymi w Stony Brook. I tak bardzo pokochałam moich bohaterów, że w pisaniu mam już drugą część Wizy.

PM: Bywasz zapraszana na spotkania autorskie. Liczba Twoich fanów regularnie rośnie. Co jest dla Ciebie największą zachętą do dalszego pisania?

AS: Ależ oczywiście rodzina, moi przyjaciele i czytelnicy! Nadeszła wiosna, będą nowe spotkania autorskie. W tym roku miałam już w gorzowskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku
oraz Głównej Bibliotece im. Zbigniewa Herberta. Fantastyczni czytelnicy i słuchacze. Nic nie sprawia więcej satysfakcji, jak otrzymywane maile, pytania o dalsze losy bohaterów, co  jest zachętą do dalszego tworzenia, no i jak dotąd, pozytywne recenzje. Jedna z pań, uczestniczka spotkania, emerytowana polonistka nazwała z uznaniem moją Wizę do Nowego Jorku literackim collage, ponieważ oprócz faktów zawiera miłość popartą poezją i szczyptę fantazji z gatunku metafizyki. Sympatyczne, prawda?  

PM: Którzy pisarze Ciebie inspirują. Czy na rzecz pisania porzuciłaś malarstwo?

AS: Nazwijmy to nie porzuceniem, ale zmianą kierunku życiowej drogi. Muszę teraz sięgnąć do rodzinnych tajników… moja Mama była nauczycielką, polonistką i bardzo chciała abym również skończyła studia polonistyczne, a ja zawiodłam ją i nie zdałam egzaminu z… historii. Czasem myślę, że spogląda z nieba i jest teraz choć trochę ze mnie dumna. Zresztą poświęciłam Jej kilka stron w moich dwóch pierwszych książkach.
Jacy pisarze inspirują? Trudno tu wszystkich wymienić. Lubię Anne R. Siddons, Williama Whartona, Trzynastą opowieść Diany Setterfield i książki Richarda Evansa. Chętnie czytam książki biograficzne, ostatnio czeka na mnie dotycząca Astora Piazzolli, a wciągnęła mnie bez granic niegruba książeczka, jak elementarz dla wszystkich piszących – „Listy do młodego pisarza”, której autorem jest bardzo ceniony peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa.   


PM: Którą ze swoich powieści uważasz za najlepszą, a która rodziła się w największych bólach?

AS: Za najlepszą została już uznana Wiza do Nowego Jorku. Też bardzo ją lubię i postaram się, by dalszy ciąg nie okazał się gorszy od poprzednich.
Bardzo trudno pisało mi się dwie pierwsze… Niektóre czytelniczki skrapiały podobno łzami strony moich książek, a mężczyźni kręcili głowami z dezaprobatą. Okazało się, że napisanie ich było i dla mnie dobrą terapią. Historia została zamknięta. 

PM: Do swoich książek przemycasz swoje marzenia i tęsknoty?

AS: Nie mam marzeń, mam plany wypełnione nadzieją, że wystarczy mi czasu na ich realizację. Ponieważ w mojej następnej książce troszkę będzie się działo, między innymi i w Prowansji, chciałabym tam pojechać, a przy okazji odświeżyć moją znajomość języka francuskiego.
I pozwolę sobie nasze spotkanie zakończyć zdaniem, które jednak jak marzenie zabrzmi:
Nie wszystko, co kocham jest moją własnością, ale od dziś chciałabym móc i umieć delektować się moim życiem.

PM: Dziękuję za rozmowę. Haniu, życzę kolejnych ciekawych książek i rosnącej grupy fanów Twojej twórczości.

AS: Spędziliśmy razem miłe popołudnie, również dziękuję Ci i pozdrawiam moich czytelników.

Z Anną Strzelec rozmawiał Piter Murphy – autor, publicysta i recenzent.
W ubiegłym roku debiutował powieścią „Trzy”, wydaną w formie e-booka w wydawnictwie RW2010. W przygotowaniu ma drugą powieść „Anatema”, oraz zbiór opowiadań. Prowadzi blog www.pisanyinaczej.blogspot.com w którym poleca przeczytane książki oraz prowadzi cyklicznie wywiady z pisarzami.

piątek, 21 listopada 2014

Z uśmiechem ogarnąć rzeczywistość...

       Są w życiu wydarzenia, które potrafią pochłonąć całkowicie naszą uwagę... To zrozumiałe, nie odkryłam tym stwierdzeniem żadnej bezludnej wyspy. I nie mam też na myśli osobistego smutku czy cierpienia, bo tego akurat tak bardzo wiele wokół nas, ale...  Dobrze jest, gdy nasze zaangażowanie zawiera skrawek prywatności, którą możemy cieszyć się, objawiając ją na forum blogowym lub facebookowym. 

Widzę, że niespodziewanie nastał czas na serdeczność, na bezinteresowną życzliwość przychodzącą do nas z nieznajomego końca kraju, a nawet drugiej strony kuli ziemskiej. 

"Świat nie jest taki zły... świat nie jest wcale mdły, niech no tylko"... dalej Agnieszka Osiecka napisała o jabłoniach, a ja sparafrazuję nieco - bo na kwitnące jabłonie jeszcze dużo za wcześnie, ale niechaj pachnie gałązka świerku w I Niedzielę Adwentową, niech czekoladowa, gorąca słodycz przeniknie moje serce, a dekoracyjnie zapalone świeczki przypomną ludzi, o których będzie mowa. Co mam na myśli, dokąd zdążam? 

Kochani! Na spotkanie w "Coffee Karma" w W-wie, przy Placu Zbawienia, w miejscu historycznym i niedawno odkrytym przez pisarza Jerzego Rostkowskiego. W tej kamienicy spotykali się Muszkieterowie - członkowie organizacji podziemnej, o których mowa jest w najnowszej książce Autora: "Świat Muszkieterów - Zapomnij albo zgiń!". W okresie II wojny światowej nie istniała tu kawiarnia, spotykano się w mieszkaniu Teresy hr.Łubieńskiej, która udostępniła swoje mieszkanie, nazywane wtedy "Zbawieniem". Miejsce, w którym ukrycie kogoś poszukiwanego przez faszystów- ratowało nieraz życie.

 Przyznać muszę, że moim myślom już dziś towarzyszy dreszcz emocji i wzruszenia. Znajdę się tam, posłucham opowiadania Autora o historii powstawania Jego książki, a może i przeczytam kilka moich wierszy, które napisałam dla Muszkieterów?...

   
   

Oto okładka książki, zaprojektowana w całości przez Autora - Jerzego Rostkowskiego, oto wejście do kawiarni Coffee Karma, która ma podobno wspaniałą atmosferę i serwuje ( nie tylko zresztą ) pyszną czekoladę ( dlatego o niej napisałam :) 




Zapraszam na spotkanie z Autorem, który niezmiennie odkrywa tajemnice historii w swojej siódmej książce: "Świat Muszkieterów - zapomnij albo zgiń". 

W niedzielę, 30 listopada, o godzinie 17:00    

A poniżej mój wiersz dla jednej z nich, dzielnej i szlachetnej Teresie hr. Łubniewskiej.


"Biały Anioł"

Jak dobrze – jest pamięć,
która jak na tacy poda
wspomnienie o kobiecie – obdarowanej przez los
talentem rękodzieła i uczuć dojrzałych.
Te braterskie jak siostrze rozkazały
opatrywać rany tym, którzy za ojczyzny wolność
umieli bić się krwawo.
Pod sztandarem jej rękami utkanym
za Zbrucz i Wołyń poszli ułani
męstwa medalami dla Polski odznaczeni

Warszawskie swe mieszkanie „Zbawieniem” nazwane
zmieniła w oazę konspiracyjnych myśli,
planów patriotycznych
rannych ciał i serc spotkań

Nie możemy pozwolić by zasnęła pamięć
o Teresie i obozach, gdzie więziona –
współtowarzyszkom niedoli,
czynem i słowem pociechę niosąc
w Ravensbruck  „Białym Aniołem” nazwana została.

A gdy czas wyzwolenia nastał
za wszystkie jej serca zasługi
mordercę z nożem w ręku
na londyński metra dworzec wróg zesłał.
O losie, dlaczego?


@Anna Strzelec 


PS. Z ostatniej chwili...

Coffee Karma przy Placu Zbawiciela w W-wie już przygotowuje się na przyjęcie gości...


Na ścianach portrety bohaterów organizacji podziemnej "Muszkieterowie".
Na zdjęciu powyżej sam szef - Stefan Witkowski. Na zdjęciu po niżej, od lewej: Mieczysława Ćwiklińska, Klementyna hr.Mańkowska, Teresa hr.Łubniewska.




@A.Strzelec, 23 XI.2014





 

środa, 10 września 2014

KIM BYŁA KRYSTYNA SKARBEK... ?



           Wczoraj mój „kolega po piórze i klawiaturze” Autor Jerzy Rostkowski zastrzegł, abym nie zdradzała tajemnic Jego „Muszkieterów”.
Ripostą będzie, że powierzone mi tajemnice zawsze zachowu
ję dla siebie…
jednakże temat kobiet należących do organizacji podziemnej nazwanej Muszkieterami jest dla mnie tak fascynująca, że kilka obiecanych zdań muszę napisać. Dlaczego współdziałały te, pochodzące między innymi z arystokratycznych kręgów polskiego społeczeństwa? Dlaczego z narażeniem życia swojego i członków rodzin walczyły przenosząc meldunki, tajne i zaszyfrowane dokumenty na terenie całej Europy?
Odpowiedź jest prosta: były wielkimi patriotkami i myślę, że jest to sposób walki, który dostarcza adrenaliny niczym narkotyk. Kto raz po niego sięgnie… Na szczęście w pozytywnym tego słowa znaczeniu!

Kim była jedna z nich – KRYSTYNA SKARBEK?
Przyszła na świat w Trzepnicy ( na dzisiejszej Ukrainie) 1 maja 1908 roku. Była piękną i utalentowaną, urodzoną w arystokratycznej ( po ojcu) rodzinie, od dzieciństwa lubiącą konną jazdę, władającą perfekt językiem angielskim i francuskim. Wykształcona, pełna wdzięku, elokwencji i dowcipu. W okresie międzywojennym kandydowała w wyborach Miss Polonia, znalazłszy się w ścisłym finale, a kilka lat później została wybrana Miss Nart w Zakopanem. Jej osobiste walory sprawiały, że uwielbiano ją w towarzystwie, a ona sama lubiła być też zakochaną i wychodzić za mąż.
Początek II wojny światowej i...
atmosfera miłości ojczyzny i walki z przeciwnościami losu w domu rodzinnym ( jej matka była Żydówką ) spowodowały, że Krystyna Skarbek została POLSKĄ, a nie brytyjską agentką wywiadu i pracowała dla organizacji podziemnej „Muszkieterzy”, której szefem został Stefan Witkowski.
Przyznam, że ze wzruszeniem czytałam manuskrypt książki Jerzego Rostkowskiego… a później napisałam wiersz dla Krystyny i o Krystynie Skarbek. Umieszczam go i chociaż trochę będzie Wam wiadomo o jej działalności i odwadze…

Nie zatańczę z wami tej zimy panowie
i kwiatów mi już nie ślijcie
Na cóż nam rauty i party
gdy ojczyzna w potrzebie?
Mnie czas narty jak skrzydła
znów przypiąć i w drogę!
Sosny zakopiańskie i kosodrzewiny
bądźcie mi przyjazne
tatrzańskie kozice kryjcie moje ślady
walizeczka ma wypchana
tym, co jest najdroższe
odwagą, nadzieją i zwycięstwa wiarą.
Przez Tarnów do Dąbrowy i nad Dunaj
który krwią spłynął – wiodły moje drogi…

Dziś… na sztylecie „kochanka” – ludzka zdrada!
Stefanio, Heleno… kiedyś się spotkamy
i chociażby zza grobu prawdę opowiemy
See you…
………………..
Stefania, Helena – wspomnienie o Stefanii Hanausek pseud. Puma
i Helenie Marusarzównie, współpracujących w organizacji „Muszkieterzy” .

Okoliczności śmierci Krystyny Skarbek są znane, a kto za tym się kryje? Prawdę zachowywali ludzie, którzy byli jej bliscy i częściowo też zabrali ją na drugą stronę tęczy...


Anna Strzelec
Źródła: Jerzy Rostkowski "Świat Muszkieterów-zapomnij albo zgiń"
http://wmrokuhistorii.blogspot.com/2014/01/krystyna-skarbek-ulubiony-szpieg.html
 



Miejsce wiecznego spoczynku Krystyny Skarbek na cmentarzu St. Mary w Kensal Green,        w południowo-zachodnim Londynie.

MÓJ POST DOTYCZY PROGRAMU, O KTÓREGO REALIZACJĘ WALCZYMY DO KOŃCA WRZEŚNIA, ZOSTAŁO NAM TYLKO 21 DNI!


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wywiad z pisarzem...

Zapraszam do zapoznania się z treścią wywiadu, jaki przeprowadziłam 

                   z pisarzem JERZYM ROSTKOWSKIM - 


Historia drugiej wojny światowej pełna jest nieznanych wydarzeń i niewyjaśnionych tajemnic. O ukrywanych do dziś faktach i tajemnicach polskiego wywiadu z Jerzym Rostkowskim, popularyzatorem historii i autorem licznych książek o tajemnicach drugiej wojny światowej rozmawia 
poetka i pisarka Anna Strzelec.

Anna Strzelec   Jest pan pisarzem, niestrudzonym  badaczem rozmiłowanym w historii, opisującym wydarzenia, których nie zawierają podręczniki historii Polski. Co najważniejsze, każdy nowo odkryty fakt dokumentuje Pan mnóstwem zdjęć kartograficznych i fotografiami zachowanymi przez rodziny wojennych bohaterów.  W jednym z wcześniejszych wywiadów przeczytałam, że uwielbia Pan „ulotny pył tajemnicy drzemiący na starych dokumentach”. Bardzo poetycznie nazwane… ale muszę zapytać, co skłoniło Pana do takiej właśnie pracy i kiedy zrodziła się pasja historycznego odkrywcy?

Jerzy Rostkowski   Często w życiu bywa, że wydarzeniami kieruje przypadek i tak właśnie było u mnie. Zaczęło się w zasadzie od kolekcjonerstwa [śmiech].

AS   Kolekcjonerstwa? Zbierał pan stare przedmioty?

JR   O nie, na to prawdopodobnie nie byłoby mnie stać w takiej formie, w jakiej bym chciał. Ludzie zbierają monety, znaczki, nawet stare butelki, a ja zbierałem fakty.

AS   Jakie fakty?

JR   Różne, ale w zasadzie wyłącznie dotyczące II wojny światowej. Od początku nazywałem je informacjami „nieuczesanymi”, bo takie właśnie były. Kiedy trafiałem na relację, dokument lub informację, o której nikt nie wspominał, której nikt nie znał, to natychmiast lądowała ona w moim archiwum, gdzie początkowo teczki zawierały poszczególne miesiące wojny. Później komputer znacznie ułatwił pracę. Z czasem kolejne „zdobycze” zaczynały układać się w logiczne ciągi faktów i powstawała historia, której nie znałem nawet ja sam.

AS   Jest pan autorem sześciu książek odsłaniających tajemnice wydarzeń II wojny światowej i licznych artykułów związanych z wymienionym tematem. Która z pana książek była pierwszą?

JR   Zadaje mi pani wbrew pozorom  bardzo trudne pytanie [śmiech], bo pierwsza łączy się z drugą, której w zasadzie nie ma i z rzeczywistymi początkami mojej pracy pisarskiej i może w związku z tym mógłbym się spierać, czy książek było sześć, czy siedem.

AS   Czyżby znów jakaś tajemnica?

JR   Fakt – trafiłem na tajemnicze miejsce, zapomniane wtedy, a z tego, co wiem również teraz przez Boga i ludzi. To było na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku w miejscowości Brody na moim ukochanym Dolnym Śląsku. Proszę sobie wyobrazić wrażenia młodego wówczas człowieka, który wchodzi do kościoła, widzi poprzewracane ławki, ślady kul na ścianach, postrzelane, przepiękne witraże, ślady ogniska przed ołtarzem. Jakby wojna przeszła wczoraj, a nie dwadzieścia lat temu. To musiało pozostawić ślad w duszy. I zostawiło, tym bardziej, że już tego samego dnia dosłownie poczułem „dotyk” tajemnicy, trafiłem na fakty, których nie znał nikt i na ludzi, którzy strzegli wojennych sekretów.

AS   I powstała wtedy książka?

JR   Ależ skąd [śmiech]. Przecież wojenne zagadki była wówczas dla mnie terra incognita, byłem całkowicie „zielony”. Wtedy zaczęło się kolekcjonowanie faktów, wspomnianych informacji „nieuczesanych”.  Pierwsza książka – „Zamek Książ – zapomniana tajemnica” powstała znacznie później.

AS   A książka, „której nie ma”? Czuję tu zręczny unik z pana strony.

JR   Ależ pani dociekliwa [śmiech]. Wspomniałem, że w pałacu Brühla w Brodach poczułem dotyk tajemnicy, jeszcze nie została ona rozwiązana i nie czas na książkę o charakterze dokumentalnym, ale jako druga powstała niewielka powieść napisana pod pseudonimem, gdzie autor zmienił jedynie nazwiska i opisy niektórych miejsc. Fakty pozostały prawdziwe, a były sensacyjne. To one połączyły dwa pałace – Brody i Książ. Książka została napisana pod pseudonimem, więc jej nie ma [śmiech].

AS   Żałuję, chciałabym ją przeczytać [uśmiech]. Jerzy, pańska twórczość zawiera w sobie zadziwiająco płynne przejścia pomiędzy niemieckimi a polskimi tajemnicami drugiej wojny. Które z nich są dla pana ważniejsze?

JR   Zacznijmy od tego, że pani pytanie zawiera błąd merytoryczny [śmiech]. To nie moja twórczość, tylko pewnej damy o imieniu Klio. Ja jedynie słucham jej podszeptów i staram się jak najbardziej rzetelnie przekazać je czytelnikom. A już zupełnie poważnie - sekrety drugiej wojny są ciekawostką samą w sobie. Niegdyś myślałem, że najwięcej „białych plam” zawiera historia międzywojennej i wojennej działalności Niemców na terenach obecnie należących do Polski, a które ja w przeciwieństwie do wielu środków masowego przekazu nazywam „ziemiami wyzyskanymi”. Materiały, które zbierałem do wydanej kilka lat temu książki pt. „Rozkaz – Zapomnieć!” (nawiasem mówiąc przygotowuję do druku drugie, znacznie poszerzone wydanie tej pozycji) wykazały, że jestem w wielkim błędzie. Nierozwiązanych poniemieckich zagadek jest bardzo wiele, lecz jestem głęboko przekonany, że dla nas, Polaków ważniejsze powinno być wymazywanie „białych plam” z naszej rodzimej historii, prostowanie kłamstw tworzonych jeszcze podczas wojny i po jej zakończeniu, a powielanych przez różnych, najczęściej rodzimych „dziejopisów”.

AS   Przecież książek poważnych autorów o czasach wojny powstało bardzo wiele, często wspomnieniowych, później poważnych analiz. Pan nazywa ich autorów „dziejopisami”, czyżbym wyczuwała tu jakiś, delikatnie mówiąc dystans?

JR   Ten dystans musi być. Musimy pamiętać w jakich czasach powstawała tzw. literatura wspomnieniowa. Przykładem niech będzie bardzo ważna dla mnie książka mego ojca, Henryka Rostkowskiego pt. „Czas powrotu”. Książka ważna, relacja z Powstania Warszawskiego zawierająca prawdę, lecz skażona w dramatyczny sposób nożycami cenzora. Wycięto duży rozdział o przeżyciach ojca podczas dwukrotnego przejścia kanałów pod walczącą Warszawą, usunięto następny o bestialstwach 1. Rosyjskiej Dywizji Grenadierów SS (cenzor stwierdził, że nie było zdrajców narodu rosyjskiego), usunięto informacje o dokumentach z polskich archiwów, do których dotarli w Anglii, bezpośrednio po wojnie ojciec i stryj. Jednak niestety nie tylko cenzura miała wpływ na kształt wspomnień. Bardzo często w materiałach traktowanych przez historyków jako źródłowe stykam się z opowieściami, kiedy najprostsza nawet weryfikacja pokazuje, że są wymyślone dla podkreślenia znaczenia osoby autora, lub wręcz ukrycia jego błędów. Przykłady można tu mnożyć godzinami. Osobna i najsmutniejsza dla Polaka część, to bardzo trudne do rozszyfrowania materiały będące wynikiem większych spisków i manipulacji mających ukryć przestępstwa natury politycznej, finansowej, albo mające na celu przejęcie władzy, osiągnięcie wysokich stanowisk i usunięcie osób z przeróżnych powodów niewygodnych. Bywa, że stoją one na granicy zdrady narodu i ojczyzny.

AS   Czyli nie można wierzyć nikomu?

JR   Ależ nie. Jest bardzo wielu rzetelnych historyków uważnie i wnikliwie analizujących dokumenty i wyciągających właściwe wnioski z dostępnych materiałów. Wielu, których nie przeraża gigantyczna praca, którą trzeba włożyć w poszukiwanie prawdy. Niestety wielu - i tych właśnie nazywam „dziejopisami” przepisuje wcześniej publikowane teksty ciesząc się, że bibliografia w ich dziełach jest bardzo bogata, a są też i tacy, którzy wcale nie podają źródeł swych „informacji”.

AS   Przeczytałam na pana blogu, że książka, o której wydanie stara się Pan od dwóch lat nosi tytuł: ” Świat Muszkieterów - zapomnij albo zgiń”. Jakie kontrowersje zawiera w sobie, że tak trudno jest ją wydać?

JR   Moim zdaniem ta książka nie zawiera żadnych kontrowersji. Kontrowersja to przecież różnica zdań, rozbieżność sądów albo spór, dyskusja, polemika. Nie wchodzę w żadne spory, a jedynie przedstawiam dokumenty i relacje, jakie udało mi się odnaleźć. Wyciągam z nich wnioski, jak sądzę bezsporne, choć czasami tragiczne i smutne. Jestem przekonany, że to czytelnik powinien ocenić, czy autor książki jest idiotą, czy może dotychczas stykał się w przedmiotowej sprawie z manipulacją i fałszywym wybielaniem naszej historii. Jeśli jednak nim nie jestem, to my - Polacy, powinniśmy pamiętać o naszych prawdziwych bohaterach i ich dokonaniach, pamiętać o ludziach, którzy dla nas poświęcali życie.

AS   Muszkieterzy – ale nie francuscy muszkieterowie – choć zapał i waleczność bardzo podobne.  A jaka jest etymologia nazwy tej konspiracyjnej, podziemnej organizacji  „Muszkieterzy”?

JR   Zmusza mnie pani do zdradzenia jednej z tajemnic książki. Gdzie diabeł nie może tam… [śmiech]. Cóż, odpowiem, bo często zadawano mi już pytanie dlaczego używam na przemian form: Muszkieterzy i Muszkieterowie, a jeden z dyskutantów nazwał mnie wręcz grafomanem, bowiem nasz język zna jedną, prawidłową  nazwę – Muszkieterowie. Odpowiedź niech będzie także ukłonem w stronę naszych „dziejopisów”, z których żaden nie pokusił się na wyjaśnienie tego, jakże dla nich skomplikowanego problemu. Otóż posługuję się jedną i drugą formą podobnie jak… Stefan Witkowski, twórca i szef tej wspaniałej organizacji wywiadowczej. Forma zależała ściśle od treści, lecz znać ją może jedynie ten, kto zetknął się osobiście z dokumentami sygnowanymi nazwiskiem Witkowskiego, a nie ten, kto cudze książki jedynie przepisuje z wielu składając „nową” całość [śmiech]. Fakty wyglądały następująco. Przyszły szef podziemnej organizacji wywiadowczej we wrześniu 1939 roku zorganizował kilkudziesięcioosobowy oddział konny walczący pod rozkazami generała Franciszka Kleeberga. Jego żołnierze uzbrojeni byli w doskonałe polskie karabiny przeciwpancerne wz. 1935 przez swą znaczną długość zwane powszechnie w wojsku „muszkietami”.  Oddział Witkowskiego odnosił znaczne sukcesy w walkach z niemieckimi i sowieckimi jednostkami pancernymi, a wojsko Grupy Operacyjnej „Polesie" zaczęło wkrótce witać jego jeźdźców radosnymi okrzykami – Muszkieterzy, Muszkieterzy jadą! I taką właśnie nazwę nadał Witkowski tworzonej organizacji – „Muszkieterzy”. Wobec osób, jej członków używał w swych pismach formy prawidłowej – Muszkieterowie. Takie właśnie, udokumentowane formy przyjąłem w mojej książce.

AS   Kim był Stefan Witkowski?

JR   Kolejno – bardzo zdolnym studentem, wynalazcą z przynoszącymi spory dochód patentami, oficerem polskiego wywiadu, dowódcą oddziału GO „Polesie” w stopniu porucznika, dowódcą konspiracyjnej organizacji wywiadowczej o europejskim zasięgu - w stopniu kapitana.

AS   Czytałam Pana artykuł  „Gwiazda wśród Muszkieterów” opublikowany w jednym z numerów „Uważam Rze Historia”. Był zwiastunem książki, o której wydanie pan się stara. Przyznać muszę, że zafascynowała mnie  postawa kobiet należących do organizacji, ich dzielność i poświęcenie. Wszystkie zasługują na uznanie, ale ponieważ wspomniał Pan w tytule artykułu o „gwieździe”, to była nią niewątpliwie Mieczysława Ćwiklińska - aktorka międzywojennego i powojennego polskiego kina i teatru. Wydarzenia, które Pan opisuje poruszyły mnie do głębi serca i napisałam wiersz, który pozwolę sobie przytoczyć:

Przyjacielu drogi, jakże mi przykro
już się nie spotkamy…
nie zapomnę kawiarenek, gdzie z rąk moich
kawę odbierałeś adrenaliną słodzoną,
twoje zaufanie, moje cenne wieści
co służyły wspólnej, słusznej misji
i jednemu słowu „wolność”.
Za kulisami teatru, zanim zaśpiewała
Zanim kadr filmu mego publiczność ujrzała
meldunek biegł do Londynu, a razem z nim wiara…
Teraz – jak drzewo płaczące przy grobie twoim
umierać mogę stojąc…   

JR   Wzruszyła mnie Pani piękna poezja. Sprawiła, że zobaczyłem samotną Ćwiklińską idącą za trumną Stefana Witkowskiego. Tak właśnie było, kiedy za własne pieniądze wykupiła z niemieckich łap zwłoki zamordowanego kapitana.

AS   W organizacji Witkowskiego działało wiele kobiet. Czy ich dokonania były znaczące dla „Muszkieterów”?

JR   Doszedłem do przekonania, że właśnie dokonania kobiet stanowiły o większości błyskotliwych osiągnięć „Muszkieterów”. Bez Klementyny Mańkowskiej, Krystyny Skarbek, Teresy Łubieńskiej, Izabeli Czarkowskiej - Golejewskiej, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Marii Grocholskiej i wielu innych doskonałych agentek o niektórych sukcesach organizacji Stefana Witkowskiego trudno byłoby nawet pomyśleć.

AS   W 1942 r. „Muszkieterzy” byli nazwani przez aliantów najlepszą konspiracyjną organizacją wywiadowczą na terenach okupowanych przez Niemców, a krótko później stali się niewygodni dla Armii Krajowej. Dlaczego zarzucano im niepodporządkowanie się dowództwu Państwa Podziemnego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego? Jak to się stało, że Polacy prowadzili walkę przeciw sobie?

JR   Teraz doprawdy wymaga Pani za wiele [śmiech]. Jest faktem, że „Muszkieterzy” i ich dowódca nie podporządkowali się w sposób ostateczny Armii Krajowej, choć długo z nią współpracowali. Mieli jednak swoje racje odmawiając wykonania tego polecenia. Czy były słuszne? To właśnie, na podstawie umieszczonych w książce dokumentów, relacji i materiałów źródłowych powinni ocenić sami czytelnicy. Moja opinia jest jednoznaczna – zapominając o Muszkieterach zapominamy o polskich bohaterach. Oby ta niepamięć nie była znaczącą skazą na naszym honorze. Więcej szczegółów tutaj zdradzić nie mogę.

AS   Proszę jeszcze wyjaśnić, dlaczego w tytule znajduje się dramatyczne zawołanie; „zapomnij albo zgiń”?

JR   Te dramatyczne słowa kierowane były do członków organizacji, jeszcze długo po wojnie.  Szanse na przeżycie mieli jedynie ci członkowie Muszkieterów, którzy nigdy nie wspominali na temat swojej okupacyjnej działalności. Pozostali ginęli w wypadkach, lub skrytobójczych zamachach. Z informacją, iż wiedza na temat działania Muszkieterów „może zabijać” zetknąłem się nawet w pokoleniu dzieci okupacyjnych wywiadowców, kiedy przeprowadzałem liczne wywiady w poszukiwaniu materiałów do książki.

AS   Czy uważa pan, że książka napisana przez pana ma swoją misję do spełnienia?

JR   Dokładnie, tak sądzę. Już nigdy w życiu nie chcę usłyszeć słów, jakie powiedział do mnie młody licealista podczas jednego ze spotkań z młodzieżą. Kiedy wyjawiłem tym dzieciom jedną skrywaną tajemnicę Września 1939 roku, jeden z uczestników, młody blondyn wstał i powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę: ─ Panie Rostkowski, przecież pan wiedział o tym od lat. Dlaczego pan milczał? Czy nie sądzi pan, że milczenie w sprawie tak ważnej jest rodzajem kłamstwa? Odbierał pan nam prawo do tak istotnej wiedzy, prawo do położenia kwiatów na grobach tych, którzy za nas oddawali życie? Jak się pan z tym czuje teraz, panie Rostkowski? Poczułem się wtedy tak, jakbym zasłużenie dostał w twarz. Nigdy więcej nie chcę tego poczuć i dlatego będę pisać, będę krzyczeć o ludziach i ich dokonaniach. Wierzę, że mój krzyk przywróci nam pamięć. I taka właśnie jest misja książki o Muszkieterach. Niechaj pamięć o Ich wielkości będzie największą, bo jedyną możliwą formą wdzięczności, jaką możemy Im dziś przekazać.

Książka "Świat Muszkieterów – Zapomnij, albo zgiń" Jerzego Rostkowskiego
jest przedmiotem projektu Polak Potrafi dostępnego na stronie internetowej


Dzięki niemu i wszystkim, którzy udzielą finansowego wsparcia zostanie wydana książka o organizacji Muszkieterzy. Musi ona dotrzeć do Czytelników z misją niesienia historycznej prawdy bez niedomówień i zakłamania.

Autorowi – za umożliwienie mi wnikliwego spojrzenia za kulisy historii i osobiste wzruszenia, jakich doznałam podczas ich czytania bardzo dziękuję, a wszystkim Polakom lekturę Jego książek bardzo polecam!


Z Jerzym Rostkowskim rozmawiała Anna Strzelec.

Anna Strzelec



   

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty