Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

wtorek, 30 lipca 2013

Chcę sprawić przyjemność...

Do końca już niedaleko, a teraz fragment dla zainteresowanych... :)


 „Jeśli jest noc, musi być dzień, jeśli łza – uśmiech”
                                              Ks. Jan Twardowski
Czekam więc na uśmiech mojej córki.
Właśnie odwiozła Marikę do przedszkola, Marysię do szkoły i słyszę w przedpokoju odgłosy jej powrotu. Jeremiego też już nie ma, po urlopie mają podobno pracy moc, o czym poinformowała go raniutko Agata. Jakaś instalacja w ich gabinecie wysiadła i kilka krabów, które badali, leżały do góry brzuchami. ─ Nie pracujesz dzisiaj?
─ Wpadłam na chwilkę do Allisson i poprosiłam ją o dzień urlopu. Chcesz kawy, mamo?
─ Oczywiście, mogę drugą razem z tobą wypić.
Specjalnie wtrącam „razem z tobą”, gdyż mogłoby być i tak, że Iwona z swoją kawą pójdzie zaraz na pięterko do ich pokoju, by odespać podróż, ale moja córka na szczęście nie miała takiego zamiaru. Przygotowuje grzanki z pomarańczowym dżemem, który wczoraj przywieźli i siada naprzeciw mnie. Kocham takie poranki w kuchni, gdy otula nas zapach świeżo sparzonej kawy, pachnie pieczywo, a za oknem rozsłonecznia się powoli dzień, który będzie jeszcze jedną niespodzianką w naszym życiu.
Patrzę na nią, zamyśloną, trochę zmartwioną i zastanawiam się jak zacząć naszą rozmowę; zapytać czy poczekać, aż moja córka zacznie opowiadać o swoich niepokojach i o tym, co ją dręczy. Tak smakuje oczarowanie kimś,  fascynacja …, a potem ogarnia nas bezgraniczna tęsknota i oczekiwanie kiedy wybrana osoba zrobi następny krok w kierunku naszego serca.
─ Boję się, że nic z tego nie będzie. W duszy artysty gra tak wiele, całe fantazje, nawet symfonie nastrojów. Chyba trudno będzie go kochać przez całe życie – mówi spoglądając w stronę okna, ale tak bardziej w przestrzeń.
─ Skąd takie refleksje?
Wzrusza ramionami i popija kawę.
─ Może zbyt wcześnie na tego rodzaju refleksje, ale będąc świadkiem aplauzów i wszystkich tych radości, które go po koncercie otoczyły, czułam się bardzo obok, poza nimi. To świat, z którym nie wiele mam wspólnego, prócz tego, że artysta tak uwielbiany należy prawie do naszej rodziny. Mamo, nie chcę być marginesem w życiu Jacquesa…
─ Kochanie, ale czy on dał ci to w jakiś sposób odczuć? Masz powody, aby wyciągać smutnawe wnioski z waszego wyjazdu do San Francisco?   
Moja córka uśmiecha się. Poznaję jej wyraz twarzy, podobny do wigilijnego, gdy wszyscy nawzajem składaliśmy sobie życzenia przy choince, a on zawieszał jej złoty łańcuszek z kluczykiem na szyi… Infantylny drobiazg z artystycznym podtekstem mającym wyrażać zgodę i prawo do jego serca, które w każdej chwili mogła otworzyć i wejść, aby się w nim rozgościć.  
─ Właściwie, to nie ─ mówi.
Ma go teraz na szyi i obraca w dłoni, spogląda na mnie jeszcze raz z wyrazem twarzy zakochanej kobiety, powtarza jeszcze raz „właściwie to nie”, dodaje „wszystko było super… aż za bardzo i, że… „może dlatego się czegoś obawiam?”
Przypominają mi się wczorajsze zalecenia Rachel, że powinnam pomóc jej życiowym doświadczeniem, jakie w sobie noszę i czuję się zupełnie bezradna. Mogę jej powiedzieć” nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze, nie powinnaś tak myśleć”… ale żadne z tych banalnych zwrotów na nic się nie przyda. Nowa miłość zastąpiła jej drogę i musi sobie z zaistniałą sytuacją poradzić. Jakby nie miała dosyć przykrości w swoim trzydziestoletnim życiu. Z dwojga złego, Manfred byłby odpowiedniejszy, przynajmniej jest na miejscu – myślę głupio.
─ Dzwonił? Esemesował?
─ Tak, tak, dziś wcześnie rano rozmawialiśmy. Szykował się na próbę. W przyszłym tygodniu odlatują na tournee do Europy. I będzie jeszcze dalej ode mnie… ─ dodaje z westchnieniem.
─ Z tym można było się od początku liczyć.
Stwierdzam to trochę bezlitośnie, wiem, chociaż okraszam  uśmiechem, ale zaraz wstaję, obejmuję ją i niezbyt dokładnie cytuję zasłyszany aforyzm, że nic, w ogóle nic, nie może być po­wodem zer­wa­nia wiel­kiej miłości. Ani odległość, wiek, ani pieniądze. Nic - prócz jej braku.
─ A o tym kochana, sami musicie się przekonać.
─ Wiem, wiem ─ mówi i robi coś nieoczekiwanego. Po prostu przytula się do mnie jak mała dziewczynka, przypominając mi chwile, gdy przed laty wróciła do domu z krwawiącym kolanem. Przewróciła się na nowym, kupionym przez tatę, rowerem. Najdelikatniej w świecie obmywałam jej ranę, a ona próbując powstrzymać płacz, objęła mnie podobnie, jakbym teraz stać się mogła łagodzącym środkiem na tęsknotę i niepewność jej miłości.
Obejmujemy się podobnie, a ja nie znajdując innych, stosownych słów pociechy, mówię:
─ Chodź, nie zamartwiaj się na zapas, bo nie ma łatwych miłości, a w każdą jest wpisana porcja smutku i radości. Przecież o tym wiesz, a ja wierzę, że tej drugiej będzie w waszym związku więcej.
Nie odpowiada, ale widzę, że rozmowa nasza, choć krótka, przyniosła jej odrobinę ulgi.
***
Wieczorem, gdy Marika i Marysia już śpią, a Jeremi pogwizdując, zajmuje jeszcze łazienkę, Iwona przychodzi do mnie. Odkładam czytaną przeze mnie książkę, jedną z tych, które przywiozła przed Gwiazdką i patrzę z wyczekującym uśmiechem, a ona mówi dwa zdania, które spadają na mnie jak grom, bez ostrzegawczej błyskawicy i powodują przyspieszone, prawie bolesne bicie serca. Mówi, że chyba pojedzie tak na trochę w odwiedziny do Polski i zabierze ze sobą dziewczynki, ale musi to jeszcze przemyśleć.
I wychodzi z mojej sypialni…
 
Anna Strzelec
...........................................

 
 

 


piątek, 19 lipca 2013

Lipcowo mi...

 
 
Niepokorni...
 
Niepokorni jesteśmy
w naszych zmysłach i sercach
wśród ludzi bez wiary
niewiele wiedzących
o radościach smutnych...

Niepokorni
w odkrywaniu nowych lądów
i tajemniczych ogrodów
złudną gwiazdą wiedzeni
... nieprawdziwym światłem księżyca...
 
             ***



Polubić pamięć
która jak ptak okruchami karmiona...

Byłam kiedyś twoja?
Za siedmioma górami
nad siedmioma lasami
barwnym latawcem się wzniosę

Już odpływ
na szerokiej plaży
...
muszle ostre
serca słone i martwe...

Z poranną mgłą powrócę
stery złożę papierosa zapalę
i powiem ci
że nienawidzę
mojej świadomości...
...
Nie patrz tak
z dalekiej wróciłam podróży
jak dziecko przytul
albo...
zrób nam lepiej kawę

            ***

... Przechodniami jesteśmy
zagubieni w tłumie
młodych beztroskich
starych kalekich
dziwnych...
Czasem zatrzymujemy się
w czyimś życiu
czule i śmiesznie
szukając ANTIDOTUM
drink doda odwagi
...
może tym razem...
tak się łatwiej zapomina
gdy czyjeś ręce gorące
usta łapczywe
oczy jak światełko w mroku
i kwiaty z łąki rosą orzeźwione...

A potem... znów plecak
po brzegi życiem wypełniony
pakuję z ufnością
odważnie zmieszam się w tłumie...
 

Idę…
plecak, kot w koszyku
latawiec jak wspomnienia
ciągnę za sobą na sznurku...
zielone światło

Już
widzę cię w oddali
biegnę zdyszana… staję
gdy drogę mi zastępuje
mój własny Anioł Stróż…



Anna Strzelec
 


 

 

 

środa, 10 lipca 2013

Wakacyjnie...


Po ostatnim, bardzo wnikliwym i poważnym temacie - dziś coś lżejszego... :)
Wiem, wiem, zaostrzam moim czytelnikom apetyt na nową książkę, ale myślę, że mimo to przeczytacie z przyjemnością. Zapraszam :)



„Wydaje mi się, że nie te dni są najmilsze, kiedy spotyka nas coś nadzwyczajnego, lecz te które przynoszą nam drobne codzienne rozkosze i przesuwają się gładko jak perełki na naszyjniku.”
Lucy Maud Montgomery

  Napisałam do Patrycji, a ona odpowiedziała:  
─ We mnie, wzbudza niepokój stan, gdy wszystko zbyt miło się toczy. Wtedy zaczynam podejrzewać nadchodzącą burzę. Przyznałam jej rację, ale wolałabym, żeby właśnie ona, będąca od wielu lat przyjaciółką, tego nie stwierdziła. Po wyjściu, lub raczej rozpłynięciu się w powietrzu pani Thompson, wywołałam Patrycję na skypie i rozmawiałyśmy dość długo, aż do momentu, gdy jej Dozgonnemu przyszedł do głowy pomysł, aby wybrać się z małżonką na spacer, zamiast gadać do ekranu za ocean. Oczywiście opowiedziałam jej o odwiedzinach Rachel, na co zareagowała dość dla mnie niespodziewanie mówiąc, że takie wydarzenia w rodzinie są możliwe, wie na pewno i opowie mi o tym następnym razem.
Ach, ci mężczyźni. Jeremi nigdy nie przeszkadzał mi ani w pisaniu, ni to w rozmowach. Morelowy czekał na chwile, które znów będę mieć dla niego…
Wywołałam go telepatycznie, sprowokowałam, i prawie podskoczyłam na dźwięk mojej komórki.

─ Lejn? Cherie, wylądowaliśmy przed chwilą! Czekamy na bagaże, już niedługo będziemy w domu ─ mówił szybko. U ciebie wszystko OK.? 
Usłyszałam jego głos kochany i tak bardzo wyczekiwany, że znów ze wzruszenia zaschło mi w gardle. Ta moja menopauza, co rusz daje znać o sobie.
─ Lejn, jesteś? ─ zawołał głośniej.
─ Tak ─ i roześmiałam się jak uszczęśliwiona nastolatka. ─ Jedź ostrożnie, bo bardzo czekam! A on powiedział jeszcze tylko: oui, oui i wyłączył się.

Miałam około dwóch godzin, może nawet mniej, które mogą zająć im w drodze z lotniska do Port Jefferson. Postanowiłam szybko umyć włosy i wziąć kąpiel, bo później kolejka do łazienki bardzo się wydłuży. Z wymyślaniem kolacyjnych dań poczekam do ich powrotu. A może wcale nie będą głodni? Jak znam dziewczynki to z pewnością będą chciały pić i od opowiadania buzie im się tak szybko nie zamkną.
Puściłam wodę i weszłam do wanny. Napełniała się, a piana lawendowego płynu do kąpieli powoli zaczęła sięgać moich ramion. Zamknęłam oczy i puściłam wodze wyobraźni…
Już witam się z Jeremim, już przytulam do niego… coś mi przywiózł? Płyta z nagraniem ostatniego koncertu Jacquesa?! Konferansjer też został nagrany… Cały występ i oklaski!
Moje słuchanie zostało brutalnie przerwane szczekaniem Sally i głosami dochodzącymi z dość daleka:
─ Babciu, babi, gdzie jesteś?
─ Leni? Mamo?
O Boże, nie o takim powitaniu mojej rodziny myślałam!

Iwona weszła do łazienki i widząc mnie kompletnie zawstydzoną, roześmiała się:
─ Zasnęłaś w wannie? To mogło być niebezpieczne.
─ Pewnie tak. Znużyły mnie wrażenia dzisiejszego dnia…
─ Gdzie babcia!?
Dziewczynki stały już obok Iwony w drzwiach, a ja usiłowałam przykryć się resztkami piany.
─ Mogę się kąpać z babcią? Mamo, proszę! ─ Marika  zaczęła zdejmować bluzę.
Wanna w naszej łazience jest owalna i obszerna. Po wprowadzeniu się do domu w Port Jefferson, remontowaliśmy tylko łazienkę, która miała teraz błękitne kafelki i duże lustro w białej, porcelanowej ramie z lawendowymi motywami, bo takie życzył sobie Jeremi, a ja oczywiście nie miałam nic przeciwko temu.
─ Ależ skąd! Iwona pomijając moją bezradność, wzięła sprawy w swoje ręce. ─ Schodzimy na dół i rozpakujemy co nieco. Zdaje się też, że bardzo chciało się wam pić, prawda? A ty, mamo ogarnij się i schodź do nas. Mamy coś dla ciebie ─ i wychodząc pokiwała głową z uśmiechem.

Zmartwiona niefortunną sytuacją, z zamkniętymi oczami spłukałam włosy, nie słysząc tym samym nic, co mogłoby mnie ponownie zaniepokoić… gdy czyjeś dłonie, czułe i wilgotne objęły moją twarz… Mrugając powiekami, próbowałam otworzyć oczy, ale zanim zobaczyłam Jeremiego pochylającego się nad wanną, byłam pewna, że to usta Morelowego właśnie witały się ze mną. Roześmialiśmy się.
─ Cherie, jestem…
─ Mon Dieu, nareszcie… Moment, sorry, zaraz wyjdę z wody.
─ Pourquoi?
Nie przypominam sobie, abym w moim długim życiu kochała się z mężczyzną w kąpieli… ale nie zdążyłam zareagować. Ach, co mi tam… przecież to Jeremi i dalej było mi wesoło, bo nie wiem czemu pomyślałam o dwóch delfinach, które kiedyś obserwowaliśmy razem z dziewczynkami w Aqua Parku. Podobnie obłe, jak my teraz, pomijając inne, ludzkie cudowności, niczym w tańcu wokół siebie…
─ Ależ stęskniłem się za tobą ─ mówił męski delfin, obejmując mnie i obmywając, a ja zdjęłam mu zawiązanie, szarą gumkę z jego włosów, które zaraz rozsypały się na mojej twarzy, wchodziły prawie do oczu i ust, gdy pochylał się nade mną, całując i kochając jak szalony, co wcale nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie bardzo mi się podobało. W dalszym ciągu było mi okropnie wesoło, bo nieźle nachlapaliśmy w łazience i zaraz trzeba będzie wycierać. Że też ja nie potrafię się na jednej rzeczy skoncentrować!
Opłukaliśmy się prysznicem i Jeremi otulił mnie, jak dziecko po kąpieli ręcznikiem, osuszył, gdy ja, po takiej zabawie ledwo trzymałam się na nogach.

─ A nasza podłoga? Pożal się, Boże!
─ Cherie! ─ Rzucił dwa ręczniki, zebrał wodę z podłogi, i otworzył pralkę ze słowami - jutro się wypierze.
─ Ubieramy się i uciekamy, to nie my tu nabałaganiliśmy.

Z filuternym uśmiechem, radosny i odprężony trzymał mnie jeszcze przez chwilę w ramionach i patrzył tak, jak tylko on potrafił. Bez cienia fałszu i zagadki, o czym mogłabym myśleć, gdy jako prawie mąż, po tygodniowej nieobecności wraca do domu. Jeszcze jedno przytulenie, jeszcze słowo do ucha zaszeptane, że bardzo kocha… a potem w galopującym tempie ubieraliśmy się w sypialni, słysząc z dołu ponaglające nawoływania Iwony: ─ Mamo, Jeremi, kolacja, co wy tak tam robicie?

Mogłaby się opanować i oszczędzić komentarzy. Zaraz Marika z Marysią też się zainteresują, czemu tak długo?
Miałam rację. Ach, te moje wnuczki! Pytanie zostało nam postawione zaraz na progu kuchni, a ja zgodnie z prawdą odpowiedziałam: ─ witaliśmy się i całowali. Odpowiedzią były ich czarujące uśmiechy i kwitujące temat, machnięcie ręką Marysi:
 ─ Normalne! Mama też się tak z Jacquesem żegnała. 


Anna Strzelec

wtorek, 9 lipca 2013

Jerzy Rostkowski - ROZKAZ ZAPOMNIEĆ!



      Mam przed sobą książkę, którą otrzymałam od jej Autora. Podarunek, wraz z jego słowami:

„ Nie wiem, czy Panią zainteresuje tematyka, jaką się zajmuję, ale jest tam piękny wątek miłosny”…
Po tak miłym zaproszeniu bez wahania zagłębiłam się w treść książki

JERZEGO ROSTKOWSKIEGO 
 ROZKAZ – ZAPOMNIEĆ!


Tym chętniej, bo już na początku, w - Słowie od autora – przeczytałam:               

„ Książka , którą trzymacie Państwo w rękach przeznaczona jest dla KAŻDEGO, bez względu na wiek i płeć, bo w zasadzie nie jest to książka o historii, ale o ludziach, którzy ją tworzyli a jeśli to opowieść o ludziach to chronologia wypadków i cały układ muszą być podporządkowane ich losom.”

Po zapoznaniu się z całością, pełna podziwu dla Autora oraz niekłamanego wzruszenia postanowiłam napisać kilka zdań.
Pan Jerzy Rostkowski jest pisarzem, odkrywającym od lat tajemnice wydarzeń II wojny światowej - z pasją i niesamowitą intuicją historyka, choć broni się przed nadaniem mu tego miana. Rozmiłowany w historii opisuje, a co najważniejsze, każdy nowoodkryty fakt dokumentuje mnóstwem zdjęć. Bądź to kartograficznych, bądź fotografiami zachowanymi przez rodziny wojennych bohaterów, z pełnym zaufaniem udostępnionych Autorowi, który pisze o żołnierzach września, przywracając im tym samym chwałę i należną cześć.
Ogromną też wartość przedstawiają opowiadania - nagrywane przez Autora jako dokumentacja rozmów z bezpośrednimi, żyjącymi jeszcze uczestnikami ( lub ich rodzinami) przedwrześniowej mobilizacji i opisy pierwszych dni tragicznego września 1939 roku. Takim „skarbem” nazywa Jerzy Rostkowski wielostronicowe opowiadanie Jana Pluty, żołnierza tarnowskiego 16.Pułku Piechoty spisane przez jego syna, Józefa Plutę z Dębicy. Myślę, że nawet film, choć o wojennej tematyce powstało ich wiele, nie odda tak wiernie i wzruszająco historii wydarzeń, jak słowo pisane.                                                                               
Autor mieszkający w Tarnowie, dokonał bardzo dokładnej analizy szlaku bojowego wymienionego wyżej 16. Pułku Piechoty Ziemi Tarnowskiej. Tu znów na pomoc przychodzą wspomnienia żołnierzy tegoż pułku oraz zasłużonego płk. Zdzisława Baszaka i wiadomości o jego wojskowej służbie, także w Armii Krajowej, której to wywiad przejął elementy rakiety V2. Ale zanim dotarłam tak daleko w treści lektury, przeczytałam relację z 2007 roku ze spotkania Autora i jego żony Ewy, z płk. Baszakiem i wzruszającą do łez opowieść o prawie sprzed 70 lat bitwie koło miejscowości Narol niedaleko Huty Różanieckiej oraz o odwiedzeniu mogiły, gdzie na łące wśród polnych kwiatów pochowano trzech kolegów pułkownika. Potwierdzeniem są zdjęcia i słowa. Móc słuchać wspomnień naocznego świadka, dotknąć tak blisko historii … Autorze, jest Pan szczęściarzem!

 Pora teraz na „wątek miłosny”? O tak!

Poznali się we wrześniu 1924 roku w Łodzi. On – młody porucznik Alfred Mikee i ona, o której opowiadał, że na łódzkiej ulicy spotkał zjawisko:          
„ Najbliższym mówił, że to było tak, jakby coś ciężkiego spadło na pozbawiony hełmu łeb i pozbawiło na chwilę przytomności. Tym zjawiskiem była prześliczna, dwudziestoletnia córka Anny i Mieczysława Witanowskich nosząca także imię Anna.”

Była córką właścicieli znanej i cenionej szkoły, noszącej nazwę: II Polskie Ośmioklasowe Gimnazjum Filologiczne w Łodzi. Na poparcie słów Autora, pozwoliłam sobie własnym sumptem pokazać zdjęcie Anny Witanowskiej i Alfreda Mikee. Retro fotografie ze starego albumu przedstawiają trochę inne, niemniej czarujące piękno niż w dzisiejszych czasach, prawda?



30 września 1925 roku Alfred Mikee otrzymał dyplom ukończenia Oficerskiej Szkoły Topografów w Warszawie, a podczas świąt Bożego Narodzenia oświadczył się Annie i jak to się dawniej mówiło „został przyjęty”. Po odbyciu obowiązkowego stażu przez Alfreda, odbył się ich ślub, który był wielkim wydarzeniem wśród towarzyskiej śmietanki Łodzi, a swoją obecnością zaszczycił nawet generał Eugeniusz Pogorzelski. Fakt ten, jak mniemano zapowiadał rozwój wojskowej kariery Alfreda Mikee.
Jak to przysłowie jednak mówi: służba nie drużba i młody małżonek często przebywał poza domem przygotowując materiały kartograficzne pełniąc stanowisko kierownika kreślarni w Oddziale IV Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Gdy na świat przyszedł synek Leszek, Alfred Mikee został przeniesiony do 56.Pułku  Piechoty Wielkopolskiej i z całą rodziną zamieszkał w Krotoszynie. ( Nota bene, niedaleko od mojego rodzinnego miasta, jakim jest Rawicz ).



Jak wspomina Autor Jerzy Rostkowski w swojej książce, wielka miłość, wzajemne zaufanie i rodzinne szczęście państwa Mikee zostało zakłócone w 1938 roku przygotowaniami do nadchodzącej wojny. Jednak służba w pułku i oddanie się kształceniu młodych żołnierzy, a szczególnie umiejętność przekazywania swojej wiedzy uczniom, sprawiały mu wiele zawodowej satysfakcji. Jako poparcie, zacytuję znów kilka zdań Autora:


”A jaki był skutek tego nietypowego w owych czasach stosunku instruktora do uczniów? Niestety nie udało mi się już odnaleźć żadnego z nich. Czas jest nieubłagany. Znalazłem jednak dwóch synów dawnych podchorążych. Pamiętali opowiadania ojców dotyczące instruktora szkoły, Alfreda Mikee. (…) Mówili, że uczyli się wyjątkowo pilnie, by kiepskimi wynikami na egzaminach nie sprawić przykrości porucznikowi. Jakże duża to sztuka, jak wielki kunszt pedagoga kiedy uczniowie starają się być najlepsi nie tylko dla siebie ale i dla niego, bo go cenią, szanują, kochają.”
Za swoją pedagogiczną działalność Alfred Mikee otrzymał nominację na kapitana w korpusie oficerów piechoty, udokumentowany piękną, wyciskaną pieczęcią i podpisem prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego. Niezależnie od szkolenia swoich podopiecznych, kpt. Mikee dbając o swoją kondycję nie zapominał o uprawianiu sportu, za co otrzymał w 1936 roku Państwową Odznakę Sportową I stopnia, oraz za niestrudzone wychowywanie młodzieży został w 1937 roku z upoważnienia naczelnika ZHP mianowany hufcowym Hufca Harcerzy w Makowie Mazowieckim, a październiku 1938 roku, ostatnim jego odznaczeniem jakie mu przyznano, był srebrny krzyż zasługi.
Czas płynął nieubłaganie. Na rok przed tragicznym wrześniem nastały intensywne wojskowe przygotowania. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Alfred Mikee został przydzielony do 16.Pułku Piechoty Ziemi Tarnowskiej jako dowódca II batalionu, w którym służyło wielu, wcześniej przez szkolonych przez kapitana żołnierzy. Bardzo wierzył, że w razie najazdu Niemców na Polskę, sojusznicy z Francji i Anglii natychmiast pomogą opanować sytuację. Niestety, stało się inaczej, a tarnowski garnizon, nie otrzymawszy w porę meldunku o sytuacji bliskiego zagrożenia i ataku niemieckiej armii, 2 września 1939 roku, spotkał się pod Pszczyną i niedalekimi Ćwiklicami z czołgami wroga. Dokładna liczba poleglych nie jest znana... W tej strasznej bitwie zginął kapitan Alfred Mikee i około 230 żołnierzy, niektórych zmasakrowanych ciał nie udało się zidentyfikować...

         





Ostatnie zdjęcie kpt. Mikee z żoną Anną i synem Leszkiem.

Po śmierci kapitana jego żona nie zaprzestała walki z wrogiem. Pracowała w konspiracji, była więziona przez Niemców, a po wojnie zbierała dokumenty, które oczyściły jej męża z pomówień, że kapitan bez rozkazu zwierzchników naraził życie swoich żołnierzy. Starania żony przywróciły mu należną sławę i honor polskiego dowódcy.

Za bitwę pod Pszczyną Alfred Mikee został odznaczony krzyżem Virtuti  Militari.

 Jerzy Rostkowski docieka prawdy, stawia pytania, dlaczego wydano rozkazy ataku polskiej piechocie na niemieckie czołgi, kto jest za tę tragedię polskich żołnierzy pod Pszczyną odpowiedzialny i dlaczego nie ujawniono całej prawdy rodzinie kapitana? Jednocześnie chyli czoła wszystkim polskim bohaterom II wojny światowej.

Książka "Rozkaz - zapomnieć" posiada bardzo bogatą ikonografię, składającą się z ponad 200 zdjęć i map, w większości nigdy dotąd nie publikowanych.


Jerzy Rostkowski - niestrudzony, dociekliwy i wiarygodny badacz historii, odsłaniający tajemnice i jej zagadki. Jak sam mówi  

uwielbia "ulotny pył tajemnicy drzemiący na starych dokumentach".

Jego autorstwa dotychczas zostały wydane: 

„Zamek Książ – zapomniana tajemnica”,

„Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”,

„Lampy śmierci. Wojenne tajemnice Zgorzelca”

„Radomierzyce-archiwa pachnące śmiercią” i  "Rozkaz – zapomnieć!".

Już wkrótce ukaże się oczekiwana przez wielu jego czytelników książka:

„Świat Muszkieterów. Zapomnij albo zgiń”.



Autorowi - za umożliwienie mi wnikliwego spojrzenia za kulisy historii i doznane wzruszenia ponownie serdecznie dziękuję, a moim czytelnikom lekturę Jego książek bardzo polecam!



Anna Strzelec






poniedziałek, 1 lipca 2013

Trudna miłość...


 Nadałam tytuł " Trudna miłość"... Wszyscy czytelnicy zgodzą się ze mną, że łatwych przecież nie ma. Ten związek dwojga artystów - George Sand i Fryderyka Chopina, należał do szczególnie skomplikowanych, pełnych namiętności i poświęcenia.
 
Poniżej zamieszczam link do obszernego postu, który esejem nazwać się ośmielę. Napisałam go po moim pobycie na Majorce i zwiedzeniu Valldemossy.
Zapraszam!


http://annastrzelec.blog.onet.pl/2011/07/08/trudna-milosc/

   Dlaczego przypominam ten post i link?

17 października 1849 roku w Paryżu zmarł Fryderyk Franciszek Chopin,
polski kompozytor i pianista, uważany za jednego z największych kompozytorów okresu romantyzmu, a także za jednego z najważniejszych polskich kompozytorów w historii muzyki i kultury.

Anna Strzelec




DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty