Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

piątek, 27 kwietnia 2012

JESZCZE JEDEN FRAGMENT... :)

CZAS ZBLIŻAJĄCEJ SIĘ NAM MAJÓWKI, PODOBNO MA BYĆ POGODOWO PIĘKNY, ale
jeśli ktoś z Was chciałby na blogową stronę zaglądnąć i przeczytać kolejny fragment mojej czwartej książki
OKNO Z WIDOKIEM NA PROWANSJĘ - to zapraszam.
Dalszego ciągu już na blogu prezentować nie będę. Mam nadzieję, że po wakacjach ukaże się ona drukiem:)
                                          ***


(…) Zapytałem czy wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Jasne, że wierzę ─ odpowiedziała. ─ Inne są niemożliwe.        
      Gabriel  García Márquez  ,, Samolot śpiącej królewny”


─ Przyjechali!
Leonia odeszła od kuchennego okna z widokiem na ulicę, przy którym stała od momentu otrzymania od Jeremiego esemesa z lotniska, że samolot Jacquesa wylądował i obaj mężczyźni są już w drodze do Port Jefferson.
─ Przyjechali! ─ zawołała głośniej widząc zatrzymujące się auto Jeremiego przed domem i otworzyła szeroko wejściowe drzwi. Za sobą usłyszała tupot zbiegających po schodach i napędzanych ciekawością dwóch par stóp.

Iwona stała w łazience przyległej do gościnnego pokoju i poprawiając makijaż myślała, że przecież nie pobiegnie jak nastolatka, razem z Mariką i Marysią na spotkanie kalifornijskiego gościa. Co to, to nie. Żadnych nowych facetów w jej życiu!
Zeszła powoli do livingroomu, gdzie stała Leonia z Jeremim rozmawiając w świątecznym ożywieniu z przybyłym. Młody mężczyzna, który był synem Jeremiego obrócił się na odgłos jej kroków i uśmiechnął.
─ Salut, Yvonne.
─ Salut Jacques.
Miał na sobie cienki pulower w jadowito- turkusowym kolorze, spod którego wystawały kołnierzyk i mankiety białej koszuli. Czupryna kędzierzawych włosów kasztanowatego koloru, jeansy, szczupła elegancja, malarski widok… Do zamknięcia łańcuszka błyskawicznego ogarnięcia postaci Jacquesa zabrakło jej dwóch ogniw; czy on mówi po polsku i w jakiej dziedzinie nauki zrobił ostatnio swój doktorat? Rozmawiała z matką i Jeremim o indyku, groszku z marchewką, Robercie i narkotykach, a ta dość ważna kwestia uszła jej uwadze. I wtedy zobaczyła oparte o kanapę czarne, nieduże pudło, wskazujące na futerał do skrzypiec. Krótko mówiąc – syn Jeremiego robił wrażenie.
─ To nasza mamusia ─ wyjaśniła siedząca na kanapie Marika.
─ Tatuś jest jeszcze w Polsce, ale niedługo do nas przyjedzie ─ dodała Marysia.

─ Widzę, że zapowiada się nam piękny dzień.
To Jeremi. Mistrz rodzinnych konwersacji, w których brały udział dziewczynki.
─ Ile czasu potrzebuje jeszcze nasze ptaszysko w tym solarium? Pachnie już smakowicie!
─ Myślę, że indyk jest prawie gotowy, sałatki i dodatki też czekają. Może najpierw aperitif ? 
Leni uśmiechniętym spojrzeniem porównywała Jeremiego i Jacquesa. Oczywiście różnili się wiekiem i tak zwanym męskim stylem, ale było w nich coś, co wskazywało na przynależność do… no właśnie. Po chwili odkryła. Urok i przynależność do prowansalskiego gniazda. Barwny jak u Van Gogha – Jacques, kuchenny zapach ziół, smak czerwonego wina, jej Jeremi i słońce zaglądające przez okno... Ich pierwsze,wspólne, dziękczynne świętowanie.
                                                                           Anna Strzelec
...............................................................................................

niedziela, 22 kwietnia 2012

CZYTELNICY i SPOTKANIA...

        Chętnie dzielę się na blogu wrażeniami o których piszą moi czytelnicy. A oto kilka zdań z maila otrzymanego przez panią Krystynę z Bieszczad. Dotyczą one moich dwóch pierwszych książek;

Tylko nie życz mi spełnienia marzeń
i Druga pora życia czyli jak zabija się miłość.


Na ich podstawie, rok temu zostałam przyjęta do Związku Literatów Polskich.

" Skończyłam czytać obie po raz pierwszy, bo będę do nich wracać, dla mnie to zdecydowanie memuary i nie interesuje mnie ile w nich faktów a ile fikcji. Emocje są prawdziwe. Są dwa rodzaje książek obok których nie przechodzę obojętnie. Jedne to te egzotyczne: fascynujące podróże, odmienne losy, niezwykłe życiorysy. A drugie to te bliskie: kobiety w moim wieku, pogmatwane ale prawdopodobne życiorysy, siostrzane dusze. A Twoje książki mają jedno i drugie i dlatego czasem złościłam się na Ciebie, na Twoje wybory, wiedząc, że wkurzam się na siebie w Twoim lustrze. Dla mnie obie są optymistyczne i potwierdzają, że rzeczy nie zawsze są takie jak nam się wydaje. Pięknie piszesz a już wierszami jestem zachwycona, wplecione w prozę puentują delikatnie ważne momenty."

Pani Krystynie serdecznie dziękuję, a przy okazji

mojego dzisiejszego pisania z prawdziwą przyjemnością zawiadamiam, że nadchodzący maj będzie szczególnie bogaty w spotkania autorskie.

   11 maja w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej
im. Zbigniewa Herberta
w Gorzowie Wielkopolskim odbędzie się jednodniowy Kiermasz książek, oraz spotkanie z pisarzami i poetami Ziemi Lubuskiej i jej okolicy.

   17 maja w KLUBIE  MYŚLI TWÓRCZEJ " LAMUS "  promocja mojej ostatniej książki Wiza do Nowego Jorku wydanej przez gorzowskie Wydawnictwo Literackie Sonar przy współudziale ZLP Odziału w Gorzowie - Pegaz Lubuski oraz zbioru wierszy: Cóż wiemy o miłości - wydany przez www.e-bookowo.pl w wersji drukowanej.

  23 maja w Książnicy Pomorskiej im. Stanisława Staszica w Szczecinie przedstawię mój dorobek literacki.

Mam nadzieję, że zdrowie nam dopisze i nic nie stanie na przeszkodzie spotkaniom, które dostarczają autorowi wiele satysfakcji.
                                                                                      Anna Strzelec



czwartek, 19 kwietnia 2012

Nie tylko dla Ewy K. ale przede wszystkim :) OKNO Z WIDOKIEM NA PROWANSJĘ - fragment...


                                               ***

─ Wiesz, ten dzień nie tylko jest świątecznym przygotowaniem tradycyjnych pyszności, ale i radością spotkania się z całą rodziną. W Nowym Jorku będzie kolorowa parada, pójdą postacie z bajek i komiksów. Pojedziemy zobaczyć, dziewczynkom  na pewno się spodoba. W sumie jest to oficjalne ogłoszenie okresu przedświątecznego i wielka wyprzedaż w sklepach. Możesz sobie wyobrazić jaka następuje potem inwazja na sklepy z ciuchami.
Roześmiali się.
─ Jak się tutaj czujesz? ─ zapytał niewinnie. Zamiast wypytywać Lejn o wrażenia i zamiary jej córki, chciał sprowadzić ich pogawędkę w bardziej osobistym kierunku, nie spodziewając się, że za chwilę rozmowa przyjmie poważną formę zwierzeń. Najprawdopodobniej takiej właśnie godziny Iwonie brakowało. 
─ Masz na myśli knajpę, kontynent, czy was wszystkich?
─ Ogólnie biorąc… zaczął, ale ona spontanicznie przerwała mu: ─ ogólnie biorąc jest ciekawie, po prostu inaczej. Dla mnie i dziewczynek oczywista radość spotkania Leni, poznanie ciebie, tymczasowo spora zmiana, wyjście z atmosfery napięcia i niepokoju.
Była teraz wulkanem szczerości.
─ Starałam się aby jak najmniej złych wieści do Marysi i Mariki dotarło. One jeszcze takie małe. Na tego typu życiowe dramaty mają jeszcze czas, a najlepiej, by nigdy podobnych na swoich życiowych drogach nie spotkały. Chociaż… żaden wiek nie jest właściwy, aby umieć znosić cierpienie, prawda? Do tego się nie dojrzewa. Nigdy nie jest łatwiej. Moja matka mówiła ci co się stało?
─ Tak, bardzo przeżywała rozkład twojej rodziny.
─ Nie opowiadałam jej, milczałam, wiesz jak to jest, czasem najbliższych próbuje się oszczędzić, ale to trwało i dla mnie stawało się nie do wytrzymania. Moje małżeństwo z Robertem wisiało na włosku, ale też i z innych powodów. Problemem nie była już przysłowiowa niezakręcona tubka pasty do zębów lub rzucony na podłogę ręcznik w łazience. Wzruszyła ramionami: ─ Nie chcę się teraz w damsko - męskie problemy zagłębiać.
Spojrzała na Jeremiego i dodała zdanie, które kiedyś usłyszał od Lejn: ,, małżeństwo powinno bazować na intymności”… 
Milczał, więc opowiadała dalej: 
─ Przysłowiowa bomba wybuchła, gdy mama zakotwiczyła już tutaj. Czułam się rozgoryczona i bardzo samotna, ale na szczęście była Patrycja, której mogłam się wypłakać.
─ Leni robiła sobie ogromne wyrzuty, że musiałaś to sama znosić. Były momenty, że chciała do was wracać.
─ Tak, matkom się czasem wydaje, że przyjadą i zeszyją wszystko, co się podarło. Uśmiechnęła się. ─ Wiedziałam i mówiłam jej, że to nie ma sensu, by wracała. Zresztą – wtedy byliście już razem.


Pomyślał teraz o wdzięczności, jaką powinien dla Iwony odczuwać, że udźwignęła sama ten balast, jaki los zrzucił jej na plecy… Gdyby reakcja młodej kobiety była inna, samolot z Lejn na pokładzie już dawno wylądowałby na Okęciu…  
Przerwała na chwilę, dziobnęła parę razy widelczykiem szarlotkę i wracając do tematu, powiedziała:
─ A wiesz, że ja nigdy nie przypuszczałam, że mój mąż może być zdolny do takich przekrętów? Żyje się z człowiekiem dziesięć lat i nagle przekonuje, że prawie go nie zna...
Oboje znów zamyślili się.
─ Czym zajmowałaś się w kraju?─ zapytał.
─ Masz teraz na myśli naszą sytuację finansową? - uśmiechnęła się.─ Niektórzy zaczynają kombinować, gdy braknie w domu na życie, ale u nas było wystarczająco, powiedziałabym powyżej średniej. Robert po farmacji, a ja wystudiowałam biologię z chemią. Gdy Marika poszła do przedszkola, rozpoczęłam pracę w kosmetycznej firmie Yonelle. Zostałam kierowniczką jednego z działów, a Robert od niedawna zatrudnił się w firmie, która współpracowała z Centrafarm w Holandii i importowała leki. Taki równoległy przepływ medykamentów i wspomaganie aptek w naszym kraju był możliwy od 1 maja 2004 roku, kiedy Polska przystąpiła do Wspólnot Europejskich. Ustawy EFTA[1] zezwalają na import leków, przepakowywanie ich z tłumaczeniem ulotek na język polski z zachowaniem oryginalnej wersji do wglądu itd. 
Do naszej rodzinnej skarbonki wpływało wystarczająco dużo kasy na nas czworo.
─  Gdzie był więc problem? ─ Jeremi pokręcił głową ze zdziwieniem. ─ Napijesz się soku? Kiwnęła potakująco głową.
Ciemnoskóra kelnerka przyniosła dwie duże szklanki wypełnione pysznym, kalifornijskim sokiem, który smakował jakby był świeżo wyciśnięty z kilograma pomarańcz. Tak przynajmniej stwierdziła, zaraz po przyjeździe do NY Marysia.
Iwona zlikwidowała nim uczucie suchości w ustach. Powrót do minionych miesięcy stał się męczący i zaczęła ją samą dziwić szczerość, którą obdarowała tego poniekąd obcego mężczynę. Nie wypadało teraz zakończyć opowiadania, spłycić temat rozmowy tak po prostu i bez przyczyny. A zresztą, co tam, niech wie. 
─ Gdzie był problem, pytasz? W głowach im się poprzewracało! Nieustanne dążenie do luksusu!
─ Komu?
─ Robertowi i facetom, którzy z nim pracowali. Razem z lekami przyjeżdżała marihuana, aż pewnego razu pieski na cle wywęszyły ich transport. Ciąg dalszy jak w filmie o przemycie narkotyków, rozprawa, wyrok.
─ Odwiedziłaś go w więzieniu?
─  Poszłam  raz. Smutne to było spotkanie i chyba niepotrzebne. Takie momenty poruszają w ludziach wszystkie najczulsze struny. Jest się prawie zdolnym wybaczyć, zapomnieć o tym, co było złe… Bez złości dławił mnie żal, że właśnie nas spotkał taki koniec, bo my przecież kiedyś bardzo się kochaliśmy…
Milczeli przez chwilę. Iwona patrzyła w przestrzeń, gdzie za oknem coraz to nowi ludzie pakowali swoje zakupy do bagażników samochodów, niektórzy nawoływali dzieci do wsiadania, jakaś mama pocieszając malucha, który upuścił swojego loda na chodnik , wycierała mu t-short i obiecywała, że zaraz kupi nowego.
─ Jak wytłumaczyłaś dziewczynkom nieobecność taty?
─ Nie wiem, czy dobrze i wlaściwie, ale powiedziałam, że wyjechał służbowo w daleką podróż. Robert często był nieobecny w domu, że nie zrobiło to na nich wielkiego wrażenia. Tak myślę. Potrząsnęła głową.─  Ale to jest tłumaczenie wymijające i wykrętne . Będzie funkcjonowało przez krótki czas. Kiedyś trzeba będzie powiedzieć im smutną prawdę.
─ Na ile lat?
─ Na cztery…
                             ***

Wydała mi się teraz taka krucha i bezbronna, że miałem ochotę objąć ją i przytulić, ale powstrzymałem się. Nie chciałem stwarzać dwuznacznej sytuacji, ani też wprowadzać jej w zakłopotanie, bo taka prawdopodobnie byłaby Iwony reakcja. W końcu byłem tylko starszym panem, Morelowym zakochanym w jej matce. Rozmyślałem tak patrząc na nią, ale ona znów potrząsnęła głową, jakby tym gestem próbowała przegonić natrętne myśli i powiedziała:
─ Wiesz, często myślę, że jest na świecie miejsce każdemu z ludzi przeznaczone, za którym  podświadomie tęsknimy. Powinno być!! ─ zaakcentowała. Znasz takie?
Zadała mi pytanie bardzo intymne, dotyczące  moich planów, bo jak mówiła kiedyś Lejn, w naszym wieku nie ma już marzeń. Są tylko plany, które mogą być spełnione, albo i nie, w zależności od wielu okoliczności. I co mam jej córce teraz odpowiedzieć? Że w dalszym ciągu marzy mi się powrót do Prowansji?
Uśmiechnął się i wypił do końca wystygłą już kawę.
─ A compter d'aujourd'hui non. Je suis comme un poissson dans l'eau [2].
─ Jak prawdziwy ichtiolog.  Odpowiedziała mu z uśmiechem.─ Chodź, wracamy, mama będzie się denerwować, a dziewczynki z pewnością też są niespokojne.
Gdy byli przed domem powiedziała mu patrząc poważnie, prosto w oczy:
─ Dziękuję ci. Fajny facet jesteś.
 Zanim zdążył coś stosownego odpowiedzieć, dodała: ─ moja matka kocha cię, nie zmarnuj tego. I wysiadła szybko, by nie zauważył wzruszenia, które nagle ścisnęło jej gardło.

                                     ***
─ Marysia, Marika, Mamo!
Nikt się nie odezwał. Pobiegła na piętro. W ich pokoju Leonia spała na kanapce przykryta kocem z Kubusiem Puchatkiem, który Jeremi kupił wczoraj jej córeczkom. Zbiegła na dół i zaglądając na taras, krzyknęła:
 ─ Sally!
 Zamiast oczekiwanego szczeknięcia, ciche tykanie zegara nad kominkiem.
Jeremi wnosił torby z zakupami.
─ Co się dzieje?
─ Dziewczynek nie ma, psa nie ma, a Leni śpi na górze.
─ Spokojnie, Cherie ─ uśmiechnął się. Może znudziło im się na nas czekać i poszły z Sally na spacer. Z nią nie zginą. Pomożesz?
─ Sorry.Tak.
 ─ Zakupy są jeszcze w bagażniku.
Spokojny ton głosu Jeremiego wcale jej nie uspokoił. Miała ochotę pobiec na górę, potrząsnąć śpiącą matką i zapytać co to wszystko ma znaczyć, ale jednocześnie było jej żal Leonii. Zasnęła, więc była zmęczona… a smarkule mogłyby chociaż kartkę zostawić o swoich popołudniowych zamiarach podczas Iwony i Jeremiego nieobecności.
Wchodząc z resztą zakupów do kuchni, zauważyła karteczkę, jakby zgodnie z jej życzeniem teraz wyczarowaną. Wyrwana z notesika z  Kubusiem Puchatkiem leżała na stole, a na niej widniało kilka kolorowych słów wyjaśnienia. Poznała pismo Mariki, która donosiła:  POSZLMY  NA SPACER. Odetchnęła z ulgą i z uśmiechem pokazała Jeremiemu, który napełniał niektórymi, zakupionymi wiktuałami lodówkę. Przeczytał, powiedział; ─ no widzisz jakie masz mądre córeczki. Potem objął Iwonę, pogłaskał jak dorosłe dziecko po włosach i ze słowami: ─  dzielna dziewczyna jesteś ─ wyszedł z kuchni.
                               
                                ***
Miała ochotę zapalić papierosa, choć już dawno rzuciła palenie, miała ochotę dalej rozmawiać, żalić się, może nawet popłakać, ale nie było nikogo, kto mógłby ją wysłuchać…
Zarzuciła ciepły sweter na ramiona i wyszła przed dom, postanawiając rozejrzeć się za dziewczynkami. Znów poczuła niepokój w sercu, myśląc cóż to za pomysł przyszedł im do głowy i w którą stronę mogły się udać. Ulica była prawie pusta, z wyjątkiem dużego auta stojącego przed posesją  graniczącą z domkiem wynajmowanym przez Jeremiego i Leonię. Jak głosiły brązowe , reklamowe napisy i ryciny mebli znajdujące się na samochodzie, służył on do pomocy w przeprowadzkach. Żadnych osób kręcących się wokół auta nie było jednak widać, za to gdzieś z oddali dobiegało radosne szczekanie psa.



Wyprawa na pocz



─ Zobacz jak przyjemnie nazywa się ten mniejszy, czerwony!
─ ANGELIKA ─ przeczytała Marika głośno sylabizując nazwę pasażerskiego statku, umieszczoną na burcie. W górze, na maszcie powiewała amerykańska flaga.
Ciemnoskóry chłopiec wycierający szmatą schodki prowadzące do kajut pod pokładem słysząc głosy dziewczynek, odwrócił się w ich stronę i spojrzał z zainteresowaniem. ,,Helou” powiedział z uśmiechem. Marysia pomyślała, że jak przed klasówką z angielskiego stanęła przed kolejną próbą, o której przecież wiedziała, że musiała być zaliczona.
─ ,,Helou” ─ odpowiedziała. Nastolatek wrzucił szmatę do stojącego wiaderka, wytarł ręce w kraciasty ręcznik wiszący na bramce do wejścia i przybliżył się do burty statku, pokazując w szerokim uśmiechu białe, błyszczące zęby.
─ Co tu robicie?
─ Spacerujemy. Jak ci na imię?
─ Jerry, a tobie?
Marysia pomyślała, że dźwięk jej imienia może wydać się mało amerykański i on wymówi je na pewno ,,Małysza”.
─ Mary ─ powiedziała ─ i wskazując na stojącą obok siostrę dodała: ─ to jest Marika, a pies wabi się Sally. Widząc kwaśną minę siostry, która szturchnęła ją łokciem mówiąc z cicha: ─ czy ja jestem niemową? Zaraz pójdę do domu! ─ odszepnęła szybko: - sorry.
 Marika przyglądając się ciemnoskóremu chłopcu przypomniała sobie kreskówkę, którą lubiły oglądać z Marysią na TV Chanel w domu. Tom i Jerry. Tylko nie pamiętała czy Jerry był stale atakowaną myszą, czy też tym czarnym, nieznośnym kotem?
Jerry, który nic nie rozumiał z poprzedniej reakcji Mariki zapytał: ─ Skąd jesteście?
Teraz obie roześmiały się, wykrzykując:
─ Z daleka! Z Polski!
Popatrzył na nie z zaciekawieniem. Podobały mu się, tylko trochę dziwnie mówiły po angielsku.
─ Really?[1]
─ A wiesz, gdzie to jest? ─ zawołała Marysia
─ A wiem ─ odkrzyknął, pokazując jej jezyk.─ Polonia, czasem mamy kurs na Polonię.
 ─ Nie wierzę.
─ Ojej ─ zawołał i ponownie machnąwszy ręką zniknął w wejściu na pokład. Za chwilkę wrócił i podał Marysi kolorowy folder ze zdjęciami statku, wnętrza i kalendarzem rejsów.
─ Widzicie? ─ uśmiechał się triumfująco. ─ Mój ojciec tu pracuje, a ja czasem pływam razem z nim.
Dziewczynki oglądały z zaciekawieniem mały prospekt, a potem Marysia powiedziała: ─ Musimy już wracać, mogę to zabrać?
─ OK,─ powiedział i zapraszająco dodał ─ wpadnijcie jeszcze kiedyś, pokażę wam wnętrze.
─ OK, bye, bye!
Powędrowały szybko portową uliczką, wracając na skwer, a potem skręcając w tę właściwą alejkę, przy której stał budynek pocztowy, a tuż obok mieściła się straż pożarna.
─ Miałyśmy najpierw wysłać list, a ty wolałaś iść oglądać statki ─ mówiła Marika z wyrzutem. ─ Będą się nas wypytywać gdzie byłyśmy tak długo.
─ No to co, opowiemy o stateczkach.
Dzień był zimny, ale słoneczny. Od zatoki zawiewało porządnie, i gdy wchodziły do budynku pocztowego, orzeł z hałasem zatrzepotał skrzydłami.
─ Dobrze, że ma uwiązane, bo mógłby naprawdę odlecieć ─ zaśmiała się Marysia i podała młodej pani przy okienku list zaadresowany do cioci Patrycji i kilka kieszonkowych dolarów.
─ Air mail, please ─ dodała.
Przy ich wyjściu z budynku pocztowego, ptaszysko znów machnęło skrzydłami.
─ Chyba zacznie padać. Chodź, biegniemy ─ i złapała Marikę za rękę Jeśli już wrócili, albo babcia zdążyła się obudzić, to będzie afera.
─ Sally, go!
                            
                               ***    

Siedziałam pod rozłożystym  platanem, na którym od kilku minut nieznany ptak wyśpiewywał mi jeszcze jedną historię. Wymyśloną czy prawdziwą, któż to może wiedzieć? Ogarniało mnie uczucie wewnętrznego spokoju, prawdziwego, psychicznego relaksu... Ten zapach, jaka odurzająca, aromatyczna terapia…
Skąd ja się tutaj wzięłam?
Przede mną rozciągało się bezkresne, lawendowe pole… Na horyzoncie przybierało ono powoli barwę  ciemnoliliową i stamtąd w moim kierunku, pośrodku jakby niedbale już wcześniej wytyczonej, wąskiej ścieżki nadchodziła postać… Jak ciemny wykrzyknik wśród lawendowego ukojenia! W miarę zbliżania się do mnie, przybierała kształt kobiecej sylwetki. Jej długa granatowa suknia podkreślała szczupłość, splątane włosy były też długie i ciemne… Widok ten zakłócił równowagę lawendowego pola, wprowadził niepokój w moje popołudnie… Nie widziałam jeszcze dokładnie rysów jej twarzy, ale czułam już obecność nieznajomej i to, że z daleka patrzy na mnie przenikliwym wzrokiem ciemnych oczu … Wstałam i zawołałam głośno : ─ Madame, madame! Zamierzałam jej powiedzieć, żeby sobie stąd poszła, bo depcze naszą lawendę, którą przecież posadził dla mnie Jeremi, niszczy moją legendę o Prowansji… a ona zatrzymała się , wykonując ręką gest, jakby chciała zaprotestować i coś powiedzieć… Nie zauważyłam, że już dawno umilkł ptak, a podmuchy wiatru, których przedtem nie odczuwałam, spowodowały  falowanie lawendowych roślin.
I wtedy usłyszałam nadchodzącą burzę. Nad moją głową neonowa błyskawica przecięła nagle grafitowe niebo. Spadły pierwsze krople deszczu… Madame odwróciła się bez słowa i zaczęła wolno oddalać, a ja pomyślałam, że teraz już na amen podepcze nam wilgotne lawendy i nie dowiem się dlaczego szła w moim kierunku…
 Powinnam wracać zanim przemoknę, dobrze byłoby czymś się osłonić przed deszczem i czując cienką miękkość pod palcami naciągnęłam sobie koc z Kubusiem Puchatkiem na głowę.
─ Co ty robisz, Cherie ─ usłyszałam głos Jeremiego.
Otworzyłam oczy. Nie było lawendowego pola, nie padał deszcz, a Morelowy siedział obok mnie, na brzegu kanapki w pokoju dziewczynek. Wracając wolno do rzeczywistości, odetchnęłam z ulgą, podczas gdy on patrzył na mnie z niepokojem. Kocham tę troskę w jego oczach i nie chcąc go niczym martwić, uśmiechnęłam się:
─ Pardon, wprost nieprzyzwoicie usnęłam i śniło mi się, że pada deszcz.
─ Naprawdę pada, ciśnienie spadło, dlatego czułaś się zmęczona ─ powiedział.─ Posuniesz się trochę? Chciałbym też zaprzyjaźnić się z Puchatkiem...

─ Czemu taka cisza w domu? Jesteśmy sami? Powoli wracała mi świadomość minionego popołudnia , mojego braku odpowiedzialności, jaki wykazałam, gdy podczas nieobecności mojej córki i Jeremiego zamiast opiekować się wnuczkami, zasnęłam sobie beztrosko.
Pomyślałam o moim śnie i niepokój związany ze spotkaniem tajemniczej osoby, którą nazwałam ,,Madame” znów powrócił.
………………………………………………
 Anna Strzelec
Okno z widokiem na Prowansję  ( w pisaniu )
………………………………………………………………


[1] Naprawdę? ( ang.)



                                 


[1] Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA)
[2] na dzień dzisiejszy nie. Czuję się tu szczęśliwy jak ryba w wodzie      ( franc.)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

ŚWITEM BLADYM, BIAŁYM RANEM...


─ Nie śpisz już?
No i czemu nie? Musisz mnie zaraz obudzić? Egoista!
Daj spokój, jak ja tego nie lubię. Mógłbyś pomyśleć, że chciałabym troszkę dłużej pospać, przynajmniej w sobotę , lub w niedzielę…
Żebyś mi choć raz kawę zrobił…
Siedzisz przed oknem i patrzysz sobie w dal.
Bardzo chciałabym wiedzieć o czym tak myślisz…
Właściwie to już Cię polubiłam, a Ty?
Pewnie po prostu przyzwyczaiłeś się…W ogóle to powinieneś być wdzięczny, bo mieszkasz sobie u mnie, jak na stancji, nic nam nie brakuje, lodówkę mamy pełną… a gdy nie zauważę, najbardziej smakuje Ci gotowana szynka. Ona jest MOJA, uważaj sobie! Kupiłam też bardziej dietetyczny pasztet do chleba, bo nie lubię grubych facetów!
Nie lubię też mój Kochany, gdy nagle wstajesz i wychodzisz nie mówiąc dokąd… Martwię się kiedy wrócisz i ciągle mam pretensje... Sorry.
Wczoraj patrzyłam na Ciebie, gdy spałeś… Myślałam, że śpisz, ale Ty obserwowałeś mnie spod przymrużonych powiek… Masz oczy bardzo zielone, jak mój pierwszy chłopak… On lubił się do mnie przytulać, nie tak jak Ty!
Odbierasz wszystko, jakby Ci się należało, moje pieszczoty też… i nie wyobrażaj sobie, że pozwolę ugryźć się w szyję, gdy leżymy razem na kanapie! Może, gdy dojrzejesz, będziesz dla mnie czulszy? Taką mam nadzieję, a na razie dziękuję Ci za to, że jesteś i za Twój wczorajszy prezent również…

Co tak patrzysz zdziwiony? No za te dwie myszki, które przyniosłeś wieczorem na nasze schody…

Cooo, one nie były dla mnie ???
                                                      Anna Strzelec
...................................................................................

    

sobota, 14 kwietnia 2012


            Okno z widokiem na Prowansję


 Czytelników serfujących weekendowo
 na moim blogu...
  Zapraszam :)



    Rozdział II i III


Promienie słońca prześlizgiwały się przez błyszczące liście. W trawie drżały białe stokrotki.

                      Oskar Wilde „Portret Doriana Graya”                    


   ─ Zajmiecie ten większy pokój, a mały zostawimy dla Jacquesa ─ mówiła Leni wchodząc po schodach z Jeremim i dziewczynkami, jak je w myślach nazywała. Pomagali im się rozgościć, wnosili bagaże, wskazywali łazienkę i bardzo starali się, żeby całej trójce było wygodnie. Iwona stanęła przy oknie, odsunęła białą country firankę z angielskim haftem i spojrzała z zachwytem przez okno.
─ Ależ pięknie tu macie ─ powiedziała. Między wysokimi platanami, które rosły za ogrodem należącym do matki i Jeremiego prześwitywały wody rozległej, już niebiesko grafitowej o tej porze dnia zatoki. Marika i Marysia, które rozłożywszy się jak długie na szerokim łóżku testując w ten sposób jego wygodę, rzuciły się do okna.
─ To te same żaglówki, które widziałam, gdy tutaj jechaliśmy? ─ wołała Marika.
─ Jachty, nie żaglówki ─ poprawiła ją Marysia.
─ Tak, te same. Jachty, żaglówki i stateczki. Jeremi zażegnał spór. ─ To druga strona z widokiem na zatokę. Gdy odpoczniecie, możemy jutro odbyć pierwszy spacer, a zaczniemy oczywiście od naszego miasteczka.
Iwona stała zamyślona. Życie potrafi zaskakiwać swoimi poczynaniami. Tragicznie, to znów zadziwiająco wspaniale. Jak to było kiedyś powiedziane: że wszystko co nam się zdarza każdego dnia, nawet jeśli wyciśnie łzy z oczu - ma swój sens? I poczuła, że im zazdrości. Pozytywnie i tkliwie.
                            
                                            
                   ***

─ To jedno z najbardziej urokliwych miejsc, jakie dotychczas w życiu widziałam, ten wasz Port Jefferson ─ mówiła Iwona idąc z Mariką za rękę. Za nią podążali Leni z Marysią i Jeremim. Odbywali właśnie wczoraj obiecany spacer. Zwiedzili już port gdzie dziewczynki miały okazje z bliska podziwiać jachty, które stały się ich miłością od pierwszego wejrzenia. Głośno czytały ich nazwy i przyglądały się, jak niektórzy właściciele szykowali swoje wodne pojazdy do zimowej przerwy.                               
─ Jennifer, Black Mary, Linda, a ten duży Seawolf ─ czytała Marysia.
─ Właśnie tym dużym wypływam z moją armią jak prawdziwy wilk morski.
Leni i Iwona roześmiały się, a dziewczynki przystanęły z zadziwienia.
─ Należysz do Armée? Niemożliwe, mama nic o tym nie opowiadała. Marysia z niedowierzaniem patrzyła na Jeremiego.
─ Sorry, zażartowałem. Armią nazwałem grupę moich studentów z którymi wypływamy z zatoki, aby pobrać próby wody do badania, a nazwa statku to właśnie wilk morski.
─ To dobrze, bo już się bałam, że wypłyniesz gdzieś, może na wojnę i opuścisz nas jak mój tata.
Marysia szła trzymając Jeremiego za rękę jakby chciała zapobiec zniknięciu kolejnego mężczyzny z jej życia. Pomyślał, że dziewczynka jak na ukończone siedem lat jest nad wyraz rozwinięta i omijając temat tatusia powiedział: ─ nie martw się, na razie nigdzie się nie wybieram.
─ Popatrzcie, ten bulwar nazywa się West Broadway ─ zawołała Iwona. ─ Ależ to nowojorskie. A jego przedłużenie to East Broadway i obie ulice mają trasę rowerową.                                
─ Niestety nie mamy rowerów. Jestem głodna ─ stwierdziła Marika.
  ─ Zaraz pójdziemy coś zjeść ─ Leonia uspokajająco ujęła rączkę wnuczki ─ zobaczcie jaki piękny jest ten pomnik. To mówiąc zrobiła mu zdjęcie, a Iwona głośno czytała słowa umieszczone na stopniu, na którym przykucnął wyrzeźbiony chłopczyk: in memory of Darla who died giving life at 37 years. Przystanęli.
─ W dokładnym tłumaczeniu znaczy: dla uczczenia pamięci Darli, która odeszła dając życie w wieku 37 lat, znaczy się umarła przy porodzie trzeciego dziecka ─ tłumaczył Jeremi.
─ Musiała być bardzo kochana, to niesprawiedliwe ─ powiedziała Marysia.
─ Dzieci mamusi nie mają… Marika była bliska łez.


Nie po raz pierwszy już dziś Jeremi przyznał w duchu, że młodsza córeczka Iwony podobnie jak Marysia jest istotą bardzo wrażliwą. Reakcje obu dziewczynek wskazywały na to, że odejście taty i rozstanie z krajem jest dla nich dużym przeżyciem.
Widząc na co się zanosi, zapytał: ─ czy ja coś słyszałem? Ktoś był głodny?
─ Taaak ─ przytaknęli wszyscy szybko i z wyraźną popartą szerokimi uśmiechami ulgą. Leni pomyślała, że Jeremi czasami potrafi błyskawicznie znaleźć receptę na poprawę nastroju, a on wskazując drugą stronę ulicy, zawołał:
─ No to proponuję rybkę !
Naprzeciw bulwaru kusił kolorowo obiecujący widok: Restauracja Seafood i tę właśnie miał na myśli.







Mam nadzieję, że nie będą marudzić, bo one nie przepadają za rybami i widzę, że są już zmęczone ─ szepnęła Iwona do matki.
Leni roześmiała się. ─ Kochana, nad rybami w Porcie Jeff nie można marudzić. One są po prostu pyszne!
                                                          
                                         
                                      ***
                                                                             

                       Każdy z nas ma dwie rzeczy do wyboru: jesteśmy albo pełni miłości... albo pełni lęku

                                     Albert Einstein

─ Mógłbyś jutro te małe girls zabrać gdzieś na lody? Chciałabym trochę pobyć sama z moją córką i porozmawiać o wszystkim, co zdarzyło się w kraju i Remscheid podczas mojej nieobecności ─ zapytałam Jeremiego.                                                                    
─ D’accord, ale pojutrze już mnie nie ma, pamiętasz, tak?                                    

Pewnie, że wiedziałam. Po trzech dniach urlopu, które wziął z okazji przylotu gości musiał wrócić na uczelnię. Oczywiście żałowałam, bo bardzo było miło przez ten czas mieć go przy sobie.  

                                         ***

─ Przespałam się z nim, powiedziała spoglądając figlarnie w moją stronę.
Dlaczego przypomniała mi teraz uśmiech i spojrzenie Steffi, mojej bliźniaczej siostry – wtedy jeszcze małolaty, gdy pewnego dnia wróciła późno wieczorem ze spotkania z Maćkiem i wyznała, że się z nim całowała?
─ Zwariowałaś! Dlaczego?
 Moja gwałtowna reakcja zdziwiła mnie samą, ale było już za późno, by coś poprawić, a ona powiedziała:
─ Cóż to za pytanie, mamo?  I po chwili dodała:
─ Wiesz jak to czasem jest, nastrój chwili…było miło i czule. Starsi panowie też potrafią kochać…
─ Wiem coś o tym ─ rzuciłam znów zaskoczona własną odpowiedzią i roześmiałyśmy się.
─ Potrzebowałam przytulenia, ponownej akceptacji mojego ciała, namiastki uczucia, które odleciało gdzieś hen, daleko…

Iwona usprawiedliwiała się. Tłumaczyła, jakby rozmowa którą prowadziłyśmy toczyła się podczas wizyty u psychoterapeuty, a nie między matką i córką.
 ─ A on? ─ przerwałam nietaktownie próbując wyobrazić sobie Iwonkę w ramionach mojego szwagra, którego twarzy już nawet nie pamiętałam.

─ Zachwycał się…
─ O matko! Mam nadzieję, że perwersyjnie nie wyobrażał sobie, że kocha się z Steffi.

─ Mamo! ─  skarciła mnie ponownie. ─ Nie sądzę. Nic na to nie wskazywało, chociaż już pierwszego dnia po moim przyjeździe do Remscheid powiedział, że jestem bardzo do Steffi podobna.

Westchnęłam głęboko. Szkoda, że mnie tam nie było, może nie dopuściłabym do takich hocków klocków. Znów matczyna czujność obudziła się we mnie zbyt późno, a przecież teraz wcale nie chciałam okazać się ciekawska w oczach mojej dorosłej córki.
Siedziałyśmy na tarasie łowiąc jesienne promienie i wystawiając nasze twarze słońcu pod nos. Sally, jak niegdyś Jessie leżała u moich nóg. W dalszym ciągu nie mogłam zagłębiać się we wspomnieniach sprzed kilkunastu miesięcy. Są rany, które nie chcą się tak do końca zabliźnić i bywa, że nawet czas całkowicie ich bólu nie uśmierza. Iwona z przymkniętymi oczami i uśmiechem Steffi w kącikach ust, wyciągnięta na koszykowym fotelu kontynuowała:

─ Po moim wyjeździe dostałam od Manfreda list. Bardzo przyjemne kilka słów pisane na eleganckim papierze listowym, w których dziękował mi za pomoc w przygotowaniu wystawy i spędzone razem chwile. Wyraził też chęć przyjazdu do Polski i spotkania ze mną. Nawet ucieszyłam się… Coś mu jednak w tym przeszkodziło. Tak wyraził się w następnej korespondencji, która dotyczyła sprawy sprzedaży domu, przysłania dokumentów i przelewu pieniędzy na twoje konto. A ja za wszystko podziękowałam mu i poinformowałam o terminie odlotu do Was. Wtedy zadzwonił, życząc nam oczywiście udanej podróży i wiesz, o co zapytał ?
Mogłam się spodziewać. Z pewnością o to, czego absolutnie nie życzyłabym sobie w zaistniałej sytuacji i zmianach w naszym życiu. Spojrzałam na Iwonę pytająco ale bez większego zainteresowania.
─ Widząc twoją minę przypuszczam, że domyślasz się ─ powiedziała popijając preferowany przez nas kalifornijski sok pomarańczowy.─ Tak, zapytał czy byłoby to możliwe, abyśmy się wszyscy tutaj w NY spotkali…
─ Jeszcze czego ─ prawie burknęłam i zaraz zawstydziłam się, bo burkanie raczej nie było  moim zwyczajem.─ Wiesz córcia, wydaje mi się, że historia z niemiecką rodziną jest dla nas już zamknięta i tak trzeba ją traktować.
─ Nie byłaby, o mało co ─ westchnęła.
Prawie zmartwiałam.─ Mów, proszę cię!
Nie miałam okresu przez kilkanaście dni… myślałam, że jestem z nim w ciąży.
─ Jezus Maria!
Poczułam zimny pot spływający mi po plecach.
─ Spoko mamo, wszystko OK. Przez ten wyjazd, nasze rodzinne zawirowania i seks po dłuższej, łóżkowej przerwie wszystko mi się poprzestawiało. Możesz sobie wyobrazić, co ja przeżyłam?!
─ Mogę… Ale byłaś u lekarza?
─ No jasne mamuś, nie ma problemu. Strach ma duże oczy.
Wytarłam spocone ręce na grzebiecie Sally. Powinnyśmy porozmawiać jeszcze o Robercie, narkotykach i jego odsiadce, ale mnie wystarczyło na dziś to, co usłyszałam. Poza tym z głębi domu dochodziło dwugłosowe, radosne: mami, babi! To Jeremi zakończył z Mariką i Marysią wędrówki po mieście.
Wstałam, myśląc, że wypełnieni po brzegi uczuciem samotności bywamy bardzo lekkomyślni… Mimo irytacji w jaką wpędzilo mnie postępowanie Iwony -  w głębi duszy rozgrzeszałam ją. Kiedyś też taka byłam. Niestety…
                                                                    
Anna Strzelec - Okno z widokiem na Prowansję - ( w pisaniu, fragment )
..................................................................................................













DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty