Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

sobota, 29 grudnia 2012

Noworoczna poczta...

 


      Część I i II i... fragment. 

                    Całość jeszcze dziś, wieczorem...


        ─ Halo, proszę pani ─ usłyszała wołanie, które dobiegało od strony ogrodowej furtki. Listonosz stał przy rowerze, na którym co rano, oprócz sobót i świąt okrążał ich osiedle, a dziś machał do niej trzymaną w ręce kopertą.

Podeszła bliżej: ─ Stało się coś? Polecony? Zwykły, to czemu nie wkłada pan do skrzynki?
─ Taak? Przecież zapchana reklamami i jeszcze przedświątecznymi ulotkami. Chce pani, żeby przebiegający pies wyciągnął, albo wiatr porwał? Taki ładny list… ─ dodał podając jej kopertę ozdobioną kolorową grafiką.
─ Dzięki za troskę. Faktycznie, nazbierało się tego, zaraz opróżnię.
─ A ten kot, to siedzi tutaj jak żywy ─ zaśmiał się wsiadając na swój wehikuł i z okrzykiem: ─ „Szczęśliwego Nowego Roku” zniknął za zakrętem ulicy Ogrodowej.
Czarnobiały, drewniany kot siedzący na skrzynce pocztowej podobał się wszystkim odwiedzającym. Podobnego widziała w Stony Brook, podczas swojego krótkiego pobytu w Stanach. Zrobiła mu zdjęcie, a po powrocie zaniosła je do znajomego snycerza. Po kilku dniach nikt nie miał tak oryginalnej skrzynki na listy, jak oni!
 
 

Tylko trochę farby pościekało kotu z ogona, gdy go Adam malował i do dziś zapomniał poprawić. Miał mieć też przyprawione oczy. Kot, nie Adam. Obiecała sobie, że zaraz to zrobi. Z plikiem nieaktualnych już gazet pod pachą i listem w drugiej ręce weszła do kuchni. Odłożyła wszystko na komodzie i przyniosła z piwnicy rozpuszczalnik, klej Uhu, a z szufladki jeszcze latem wybrane dwa zielone guziki przeznaczone na kocie oczy. Grudniowe przedpołudnie było słoneczne, lekki mróz panujący od kilku dni ustępował, ale mimo to szybko zabrała się do ścierania niepotrzebnych resztek farby z kociego ogona, a potem oczyściwszy miejsca, gdzie każdy przyzwoity, drewniany kot powinien mieć oczy, przykleiła wspaniałe, zielone, okrągłe szkiełka. ─ No, Miniuś, teraz obserwuj dobrze okolicę, tylko za żadną myszką nie zeskakuj. Czekaj grzecznie na pana!
Na dobiegający dźwięk telefonu, przyspieszyła kroku. Gdzież ta komórka? Małe, złośliwe, nowoczesne komunikatory lubiły się zapodziewać. Tym razem dźwięk wydobywał się spod patchworkowej poduszki leżącej na kanapie, na której siedziała oglądając w TV przedpołudniowe wiadomości. W słuchawce odezwał się głos jej przyjaciółki, Barbary.
─ Sama jesteś?
─ Tak, Adam jeszcze nie wrócił.
─ A co robisz?
─ Bawiłam się w okulistkę ─ roześmiała się.
─ Możesz jaśniej?
─ Ojej, przyprawiałam nareszcie oczy mojemu kotu na skrzynce.
─ Był już u ciebie listonosz?
─ No był, i co? ─ odpowiedziała i w tym momencie przypomniała sobie list, którego dotąd nie otworzyła.
─ I co na to powiesz? Głos przyjaciółki brzmiał nieco tajemniczo.
─ Barbie, jeszcze go nie otworzyłam! Poczekaj, nic nie mów, zaraz zobaczę i oddzwonię ci, ok.?
─ No to czekam. Bez video telefonu można było poznać, że Barbara, którą w ogólniaku nazywali Barbie, uśmiecha się.
Jasnozielona koperta ozdobiona była graficznymi, noworocznymi motywami, jakby ktoś, niewątpliwie utalentowany pod wpływem dobrego humoru bawił się piórkiem i pędzlem. Julia nie chcąc niszczyć plastycznej oprawy tajemniczego listu, ostrożnie rozcięła nożem kopertę dopiero teraz zauważając, iż nie ma na niej nadawcy.

                                                  ***

 







Z dekoracyjnie złożoną kartką również jasnozieloną usiadła na kanapie. Szybko przebiegła oczami treść raz, po czym drugi, roześmiała się i wywołała w telefonie numer Barbie.
─ Tak? ─ usłyszała jej głos. ─ Masz?
─ Myślę, że to miły dowcip. Kto w dzisiejszych czasach wysyła eleganckie zaproszenia na Bale Maskowe? Rozumiem, że ty też dostałaś?
─ Musimy się spotkać i porównać. Masz niebieski?
─ Nie, zielony. Odbędzie się w teatrze West End, 5 stycznia, początek o godz.20,00.
─ U mnie podobnie.
─ Ale Barbie, to nie jest normalne zaproszenie. Ktoś zwraca się do mnie poufale „per Julio”, a dalej, że prawdopodobnie przyjmę jego list ze zdziwieniem, ale ma nadzieję, że nie odmówię, bo upłynęło tak wiele czasu od naszego ostatniego spotkania itd…
─ U mnie treść jest podobna ─ śmiała się Barbara, tylko „per Barbie”.
─ Ktoś robi nam noworoczny kawał, ale jedno jest pewne, on nas zna ─ mówiła Julia przyglądając się ozdobnemu pismu i grafice przedstawiającej balowe gadżety, i dekoracyjne maseczki.
─ Barbie, jesteś?
─ Tak?
─ Myślę, że chyba wiem. Pamiętasz rudego Franka z naszej klasy? Po maturze robił Akademię Plastyczną. Podobno krótko po nas też przyjechał do Anglii.
─ Czemu akurat Franio przyszedł ci do głowy? Nie jest to zbyt proste?
─ Tak sobie pomyślałam… Poufałość jego listu… Myśmy chodzili ze sobą parę miesięcy, ale jak to często bywa przestało nam się układać. Rozstaliśmy się, a ja poznałam Adama. Resztę już znasz.
Po drugiej stronie słychać było westchnienie przyjaciółki.
─ No to co robimy? Pójdziemy sprawdzić?
─ Kochana! Bal maskowy kostiumowy! Ciuchy nam będą potrzebne!
─ To jasne! Z wypożyczalni!

Barbie, atrakcyjna blondynka, którą nie na darmo tak w szkole nazywano, nie narzekająca na brak męskiego towarzystwa wokół siebie i lubiąca dyskotekowe okazje, zawołała entuzjastycznie do słuchawki – jutro do ciebie wpadnę – i wyłączyła się.

Julia ponownie obejrzała otrzymany list i zamyśliła się. Jeśli jej przypuszczenia są słuszne… Franek jeszcze pamięta... Szkoda, że się tak między nimi skończyło… Ładnie napisał: „chcę cię znów zobaczyć, Julio z tamtych lat”…   A co on u licha robi w teatrze?
Przed domem zatrzymało się auto, z którego wysiadł Adam. Po chwili, słysząc kroki męża w przedpokoju spiesznie ukryła zaproszenie w swojej szufladzie z bielizną. 

                                                              ***



─ Julie?
Wszedł do kuchni, gdzie przygotowywała spóźniony obiad. Stanął za nią wyjmującą z mikrofali krokiety pozostałe im ze świąt Bożego Narodzenia i pocałował w odkryte ramię. Co to za moda z tymi bluzami. Wyglądają na fatalnie rozciągnięte i po jednej stronie opadają aż do łokcia ─ myślał. Rozumiem, że na plaży, ale zimą?

Julia obróciła się: ─ Zjesz? Są jeszcze pyszne i z sosem grzybowym?
─ Jeśli mi przedwczoraj nie zaszkodziły, to chętnie dokończę.
─ Nie mamy innego wyboru, nie chciało mi się gotować, za to jutro sobie powetujemy. Łosoś w kilku postaciach!
─ Kobieto! Ryba na Sylwestra?
─ Tak. Ode mnie ryba, a Barbie kombinuje jakieś sałatki i wołowe zawijańce.
Zrobię też szarlotkę. Martin przygotuje oprawę muzyczną. Obiecał przyjść około 20-tej.
Martin był chłopakiem przybyłym w odwiedziny do ich znajomych sąsiadów i Julia zaprosiła go chcąc zapewnić męskie towarzystwo przyjaciółce.
Adam nie pytając żony czy napije się razem z nim, otworzył dwie puszki piwa i mruknąwszy ; - no, zobaczymy- zasiadł do stołu. Ona i tak prawie zawsze lubiła to, co on i przeważnie zgadzała się na jego propozycje, obojętnie czego one dotyczyły. Rutyna małżeńska jak przyciasno zawiązany krawat.

Julia popijała Guinnessa na którego szczerze mówiąc mało miała ochoty i zastanawiała się, co zrobić z otrzymanym od nieznajomego zaproszeniem. W zasadzie wyjście z domu, na całą noc i tylko we dwie z Barbie nie wchodziło w rachubę. Co prawda Adam często zostawał dłużej biurze, tłumacząc się nawałem pracy, a szczególnie teraz pod koniec roku… ale podczas ich minionych ośmiu lat małżeństwa nie wybywali osobno na żadne przyjęcia. Wieczory spędzali przed telewizorem, czasem szli do kina lub na proszone kolacje urządzane przez szefową Adama dla grona współpracowników. Dzieci nie mieli. Julia na początku żałowała, że tak jest i – nie wiadomo z czyjego powodu, ale Adam zamykał temat twierdząc, że on nie ma czasu na poddawanie się jakimś tam badaniom. Julia przestała więc wspominać o dzieciach i zastanawiała się czy by nie pójść do pracy i tym samym bardziej „między ludzi”.
Mąż Barbie od pół roku pracował służbowo w Kapsztadzie, a ona przyjmowała zaproszenia innych żon, których mężowie też na południu Afryki przebywali i nie omijała żadnej okazji, aby się zabawić.

Co zrobić z tym fantem teraz? Zaproszenie kusiło Julię, bo pachniało zagadką, przygodą, jakiej dotąd nie zaznała… Była pewna, że jeśli z niego nie skorzysta, może ominąć ją coś nadzwyczajnego.  

                                           ***

CDN.                 Anna Strzelec  
                                                                                       





piątek, 21 grudnia 2012

Jrenejka...


"Dzień bez żeglugi obłoków
jest dniem bardzo samotnym
Jak samotna jest radość
niedopełniona dotykiem"


Irena Zielińska
 
 
 

Przyznać muszę, że z niejaką obawą zabieram się do pisania tego postu i czekałam z nim do czasu przedświątecznego, aby sprawić Irenejce przyjemność, taki mały prezent, choć wiem, że moją twórczością do pięt Jej nie dorastam.

Przyjmij więc proszę droga Irenko tych kilka zdań świadczących o moim szacunku dla Twojej twórczości.

Program: OBRAZY- SŁOWA - DŻWIĘKI pt. "IRENEJKA" odbył się na początku tego miesiąca w Miejskim Centrum Kultury w Gorzowie Wlkp.

Wystąpiłaś w nim Ty, Irena Zielińska - poetka mieszkająca w Międzyrzeczu i Łukasz Reks, utalentowany muzycznie młody człowiek, który dostarczył Twojemu występowi dodatkowej oprawy, śpiewając na początku tego wzruszającego spotkania: "Są na tym świecie rzeczy" Stanisława Sojki.

Twój wiersz, którym rozpoczęłaś swój występ w dramatycznej wspaniałej interpretacji: " Uważnie się przyglądam światu" wywołał we mnie dreszcz emocji... Ty widzisz tak wiele, podczas gdy inni ślepotą serca są ukarani A potem recytowałaś następne, jak opowieść o codzienności... Twój wiersz: "Nie pytaj komu bije dzwon" sprawił, że słuchaczom popłynęły łzy...

Łukasz pięknie zaśpiewał: " Miła" piosenkę Karela Kryla i dalej słuchaliśmy Twoich wierszy, które tylko Ty potrafisz tak wspaniale interpretować. 

 

Wiesz, który Twój wiersz bardzo lubię? Znam niestety tylko jego fragment:

"Tak się dzieje we mnie czas,                                                    
że wciąż czekam na uderzenie liścia
otwierającego serce,
czekam na słowo,
w którym wzbiera się czułe słońce, barwne gwiazdy,
nawet ciemne marzenia
Wciąż mnie chroni Prawo Płomienia,
w którym płoną wszystkie Baśnie
i sny Matki
Oczekuję wciąż na Prawo Istnienia".

***

     I znów na zakończenie Konstanty Ildefons Gałczyński i jego " Liryka" w wykonaniu Łukasza Reksa.

Oczywiście słuchaliśmy jeszcze więcej Twoich wierszy w aktorskim, tak muszę napisać aktorskim wykonaniu, bo to nie była zwyczajna interpretacja, ale wspaniały monodram, którego byłaś autorką.

Irenejko - jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za wzruszenie i przeżycia, jakich dostarczyłaś mnie i pozostałym słuchaczom.       

 

 Czytelników zaglądających na mój blog odsyłam do wiadomości dotyczących poetki Ireny Zielińskiej umieszczonych na stronie http://www.biblioteka-miedzyrzecz.pl/aktualnoci/356-qzasuony-dla-kultury-polskiejq-dla-pani-ireny-zieliskiej.html gdzie czytamy, że:

w dniu 24 maja 2012 r., pani Irena Zielińska otrzymała z rąk Burmistrza Międzyrzecza odznakę honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Jest ona przyznawana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego osobom wyróżniającym się w tworzeniu, upowszechnianiu i ochronie kultury. Przyznanie Odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” pani Irenie Zielińskiej to godne zauważenie dorobku najwybitniejszej poetki międzyrzeckiej, to także nobilitacja lubuskiego środowiska pisarskiego oraz wyróżnienie Gorzowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

 

oraz na facebooku http://www.facebook.com/#!/profile.php?id=100002321160032

 

gdzie oprócz wnikliwego kalendarium jej twórczości, przeczytamy, że: cyt.

 

"Irena Zielińska pisze również teksty do piosenek. Muzykę do tych tekstów tworzy znany w kraju kompozytor Pan Andrzej Zarycki, który współpracuje z Piwnicą pod Baranami i stworzył muzykę do utworów, które ongiś śpiewała Ewa Demarczyk. Wykonawczynią piosenek do których teksty napisała Irena Zielińska jest znana mezzosopranistka Pani Anna Maria Adamiak, koncertująca w kraju i zagranicą. 

 

Kochana Irenko! W tym przedświątecznym, Bożonarodzeniowym czasie życzę Ci zdrowia oraz wielu błogosławionych natchnień do dalszego tworzenia i osiągania dalszych, literackich sukcesów!

Przytulam całym sercem...

                                             Hania Strzelec 

 

 

 
 
 
 
 

środa, 19 grudnia 2012

Anna Strzelec ~ Jeszcze trzy zachody słońca...

 

Opowiadanie

 

Wracałam autobusem do domu. Przedwczoraj nasz samochód odmówił posłuszeństwa i mój mąż zostawił go w warsztacie. Obiecali zrobić do Świąt, zadzwonią, gdy będzie gotowy, ale jak dotąd z ich strony panowała cisza. Tak więc podróżowaliśmy do centrum autobusami, każde do swojej pracy, a teraz bardzo wypełnionym ludźmi i ich przedświątecznymi zakupami wracałam na peryferie miasta, gdzie stał nasz dom, który wspólnymi siłami i kredytami zbudowaliśmy. Na szczęście, gdy wsiadałam było kilka wolnych miejsc, ale na następnych przystankach robiło się coraz tłoczniej, jak to w przedwieczornej miejskiej komunikacji bywa. W powietrzu unosił się zapach wilgoci parujących od deszczu kurtek i słychać było głośniejsze to znów cichsze strzępy rozmów młodzieży wracającej ze szkół i dorosłych z pracy. Naprzeciw mnie, obok starszego pana siedział może pięcioletni chłopczyk i prowadził bardzo aktualną i ważną w temacie rozmowę:

─ Dziadku, no to kto w końcu przynosi prezenty dzieciom? Mikołaj czy Gwiazdor? Starszy pan uśmiechnął się.

─ Wydaje mi się, że jest tak: Mikołaj rozdaje dzieciom słodycze do skarpet, jeśli nie zapomną ich przed spaniem wywiesić, a Gwiazdor większe rzeczy.

─ No to mam pecha. Zasmucony chłopiec oparł głowę na ramieniu dziadka.

─ Ależ czemu?

─ Bo ja wszystkie moje życzenia wysłałem do Mikołaja…

─ Sam pisałeś? Dziadek spojrzał na niego z zaciekawieniem, a do mnie mrugnął porozumiewawczo i z uśmiechem. Miał wygląd sympatycznego, starszego pana ze zbyt wcześnie posiwiałą czupryną. Był wieczór, autobus trząsł, to znów hamował gwałtownie przed kolejnym przystankiem, a nam zrobiło się jakoś nastrojowo i przyjemnie.

─ Nie, to był list rysunkowy! Dziadziu, przecież nie umiem jeszcze pisać.

─ Bardzo elokwentnego ma pan wnuczka ─ powiedziałam uśmiechając się do obojga, a starszy pan kontynuował.

─ I wysłałeś go?

─ Nie, mama zabrała i obiecała, że idąc do pracy wrzuci po drodze do skrzynki. Ale znaczek nakleiłem prawdziwy, to będą widzieć, że to poważny list, prawda?! Co teraz będzie?

─ Nie martw się. ( Lubiłam się wtrącać do dziecięcych rozmów.) Oni, to znaczy Mikołaj i Gwiazdor spotykają się, czytają razem wszystkie listy i uzgadniają między sobą, który z nich i któremu dziecku może lub powinien spełnić jego marzenie. W końcu to ich przyjemne zajęcie.

Chłopczyk spojrzał na dziadka pytająco: ─ Naprawdę?

─ Tak właśnie jest. Chodź, wstawaj, bo musimy zaraz wysiadać i poprawił wnukowi na głowie czapeczkę.

─ A pani też napisała list do Mikołaja? Chłopczyk patrzył na mnie badawczo.

Pomyślałam, że czas, gdy pisałam bożonarodzeniowe listy i chowałam je pod poduszkę , bo podobno stamtąd, podczas mojego snu ten kolędujący Święty mógł sobie je jakimś cudem zabrać… był dość odległy. A może powinnam znów uwierzyć, że tą drogą chociaż jedno moje życzenie mogłoby zostać spełnione?

─ Nie miałam dotąd czasu, ale napiszę jeszcze dziś ─ obiecałam. Mały uśmiechnął się na pożegnanie, a dziadek powiedział:

─ Może się jeszcze kiedyś spotkamy, wtedy opowie mi pani czy się udało... Wesołych Świąt!

Podróżnych ubywało, a ja zamiast o życzeniach, które mogłabym podsunąć do spełnienia któremuś Gwiazdorowi, myślałam o przedświątecznych zakupach, które mam jeszcze do zrobienia i podarunkach. Jak zwykle: komu i co schować pod choinkę i czym sprawić przyjemność.

Mimo woli zaczęłam łowić urywki rozmowy prowadzonej za mną. Początku nie słyszałam, ale od momentu, który przykuł moją uwagę. Damski głos mówił: ─ Widzi pan, to jest tak. Mam ich troje, małe mieszkanie, a oni się mnie wczoraj pytali; co z Wigilią? To znaczy mój zięć się tak zapytał: co z Wigilią, mamo. Nie rozumiem, co z Wigilią? Mam ich zaprosić? Dwa lata temu wszystkie moje figury im do szopki oddałam. Kiedyś na komodzie całą szopkę ustawiałam. Szałas sami z mężem zmajstrowaliśmy, a w nim stała rodzina święta, pasterz, pastereczka, zwierząt tyle, i aniołowie klęczący. A w styczniu trzech króli dostawiałam. Piękni byli. Ten ciemnoskóry król w złoto pomarańczowej szacie… Wnuki urosły, to już do mnie nie przychodzą. Czasu nie mają, bo tylko nauka i nauka, a potem komputer. A wie pan, ja już sobie kilka dni wcześniej pomyślałam, jakby to było gdybym została sobie sama w domu.

 

Męski głos zaprotestował: ─ Proszę pani, w Wigilię nikt nie powinien być sam!

Słyszałam, że kobieta roześmiała się.

─ Ależ ja nie będę sama. Jest mój kot i bardzo wiele wspomnień. Może nadszedł czas, aby je uporządkować?

Zaczęłam zastanawiać się w jakim wieku ona może być. Zięć, więc i córka, dorosłe dzieci… ─ Nie wiem, może zmienię jeszcze zdanie. Wie pan, w zeszłym roku byliśmy razem. Niby atmosfera miła, ale potem czułam się trochę jak przysłowiowe piąte koło u wozu, bo oni są wszyscy do pary. Kilka lat temu mąż odszedł ode mnie… Może mnie trochę i za to winią?… Ach, przepraszam, po co ja to panu wszystko opowiadam… Wieczorami był problem, kto odwiezie mamę do domu, a wszyscy mają samochody… Kiedyś wzięłam taksówkę…

Szelest reklamówek i szuranie butami wskazywały na to, że ludzie prowadzący za mną rozmowę zbierają się do wysiadania . Chociaż miałam na to wielką ochotę, nie wypadało mi się obejrzeć.

Mężczyzna powiedział: ─ Jeszcze trzy zachody słońca i zabłyśnie gwiazda betlejemska. A potem trochę ciszej: ─ Proszę przyjść do nas na plebanię. Celebrujemy tam przecież wspólną kolację wigilijną. Nie tylko pani będzie naszym samotnym gościem.

Autobus ruszył. Do domu miałam jeszcze dwa przystanki. Pogoda wcale nie była przedświąteczna. Za oknem zaczął siąpić deszcz. Krople bębniły o szyby i spływały jak łzy po policzkach. Nagle przeszyła mnie myśl... Była niczym błyskawica nadchodzącej burzy i zrobiło mi się gorąco!     O rany, moja mama! Dlaczego jeszcze nie rozmawiałam z nią o Wigilii, o Świętach?! Chyba przed dwoma tygodniami zapytała mnie, jakie mamy plany, a ja odpowiedziałam, że jeszcze nie wiem. I tyle. Jak mogłam!

Tylko trzy zachody słońca, a ona pewnie czeka… Ona i jej kot…

...............................................................................................

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Poranne radości...

"Witam,
Przesyłam link do recenzji "Okna z widokiem na Prowansję":

http://okiem-recenzenta.blog.onet.pl/2012/12/16/332-okno-z-widokiem-na-prowansje-anna-strzelec/ . 

Serdecznie pozdrawiam..."

...........................................


Taką treść zawierał mail, który wczoraj otrzymałam.

Otworzyłam go dopiero dziś rano, gdyż całą minioną niedzielę zajęły mi przeurocze uroczystości rodzinne.
 Dziś wzruszeń ciąg dalszy... Recenzja, jak résumé mojej twórczości. To wszystko naprawdę o mnie? :)

Autorce bloga - bardzo za nią dziękuję i radośnie życzę miłych, przedświątecznych dni.                                                           

                                                                Anna Strzelec

................................................

piątek, 14 grudnia 2012

Pani już nic nie będzie potrzebne...

Słowa te usłyszała pisarka i poetka - Anka Kowalska w dniu internowania...
Przypominam link i rozmowę z Anką Kowalską dotyczącą bardzo trudnych dla nas, Polaków dni, aby wydarzenia sprzed lat niezupełnie, młodemu pokoleniu odeszły w zapomnienie...

http://wyborcza.pl/1,77062,3790948.html


"Pytałyśmy, dokąd nas wiozą, a strażnicy milczeli. Gdy zaczęło świtać, zauważyłyśmy tabliczki: granica 1 km. Niedobrze się to kojarzyło. Okazało się, że zawieźli nas do Gołdapi, pod samą granicą z ZSRR - mówi Anka Kowalska, pisarka, członek KOR-u, internowana po wprowadzeniu stanu wojennego. Wywiad pochodzi z 2006 roku."

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,77062,3790948.html#ixzz2F0hmmdU7
...........................................................................              
                                                                            Anna Strzelec
............................................................................

sobota, 1 grudnia 2012

Polecam...


Weź ORCHIDEĘ na swoją stronę:)      Moim czytelnikom chciałabym dziś polecić blog Kamila Czepiela, który zaprasza do... opowiadania i wirtualnych zwierzeń pisarzy, autorów, a ich wypowiedzi publikuje na:  

http://papierowaorchidea.blogspot.com

 Dlaczego papierowa? Przekonajcie się proszę sami.

Dużo interesującego do poczytania, nie tylko mojego :)   


http://papierowaorchidea.blogspot.com/2012/11/papierowa-orchidea-anny-strzelec_14.html#comment-form
                                                                                      

PS. Książkę Anki Kowalskiej, której twórczość wspominam w mojej wypowiedzi można nabyć na Allegro.

                                                                        Anna Strzelec
.................................................................................................
 

środa, 21 listopada 2012

OKNO Z WIDOKIEM NA...

 
Okno z widokiem... Oczywiście na Prowansję!
 
 
 
Przyznać muszę, że podobnie jak bohaterka moich książek stałam się uzależniona... Od zapachu lawendy i marzeń o francuskiej Prowansji.

To moja czwarta książka, której promocja odbyła się kilka tygodni temu, zyskując już wielu czytelników, i której już trzeba było zrobić dodruki:) Jakie to miłe, prawda? Dla mnie, autorki no i oczywiście wydawcy - pani Katarzyny Krzan.
 Tych, którzy chcieliby nabyć moje książki informuję, że są one w Wydawnictwie www.e-bookowo.pl oraz prywatnie, u mnie, oczywiście z autografem i saszetką nescafe, którą lubiły podczas swoich spotkań popijać moje bohaterki, Leonia z przyjaciółką, Patrycją.

Fragmenty moich ostatnich dwóch ksiażek: Wiza do Nowego Jorku i Okno z widokiem na Prowansję prezentuje do posłuchania portal www.przeczytamy.pl  

Odpowiadając na liczne pytania czytelników muszę zaznaczyć, że obie książki stanowią całość opowieści o losach moich sympatycznych i bardzo kreatywnych bohaterów.



 



 Poniżej dla tych, którzy jeszcze nie poznali mojej twórczości, edytuję dwa fragmenty.

Zapraszam!


Wiza do Nowego Jorku


Rozdział II - Wiktor

    Bóg ulepił ją z ciepła i dobroci. Popatrzył na swoje dzieło i myśląc, że stać go na więcej, jak rzeźbiarz dotykając utworzonej przez siebie kobiety formował jej kształtne, jędrne piersi i okrągłe uda, zaznaczył talię, a  potem sięgnął do naczynia z napisem „ sex ” i jak olejkiem do opalania pokrył jej ciało.

Siedząc na stopniach werandy wynajmowanego domku w jednej z dzielnic Queens, Wiktor tak sobie mniej więcej wyobrażał stworzenie Leonii. Po drugiej szklaneczce whisky przychodziło mu to z dużo większą łatwością. Bo Leni była sexy i tęsknił za nią coraz bardziej. Noce z nią przypominały zanurzenie w ciepłej wodzie, która rozpływała się po całym ciele. Jej drobne stopy gładziły jego pośladki i cieszył się, że odczuwa ich zbliżenia podobnie jak on. Tak przynajmniej mówiła, że z nim jest wspaniale i wierzył, że kiedyś przestanie jej przeszkadzać i to, że Wiktor na końcu każdego miłosnego aktu rzuca głową jak źrebak.


─ Musisz tak ? Boję się, że sobie kiedyś krzywdę zrobisz, na szczęście oparcie kanapy jest miękkie ─ śmiała się.
─ To niezależne ode mnie, biologia, fizjologia, czy ja wiem? A ty czemu przychodzisz tak spokojnie i nie rzucasz się na poduszkach, jak inne dziewczyny?
Popatrzyła niego z uśmiechem zabarwionym ironią:
─ Inne krzyczały i rzucały się? I nie czekając na odpowiedź, której zresztą wcale usłyszeć nie chciała, dodała: ─ ja przychodzę do ciebie po cichutku, całym moim wnętrzem i sercem.
Jeszcze raz whisky. Musi pójść do kuchni po lód. Poetka jedna. Gdy napisała dla niego pierwszy wiersz i wysłała mu mailowo krótko po ich pierwszym spotkaniu, ogarnęła go mieszanina zdziwienia i zachwytu, ale jeszcze nie tak ogromnego, jaki wzbudziła w nim później. Wtedy czytał ten wiersz i zaczynał rozumieć, że jej oczekiwanie jest chyba ogromniejsze, niż wszystko to, co on jej dać może…
A potem wydrukował go i przypiął na lodówce magnesem z kotem.

Prawie każda twierdza ma wieżę...
  - A na wieży czekała
nie księżniczka, lecz dziewczyna
w sukience z tęsknoty
i  nadziei  utkanej...
On rozpiął jak sieć swoje ramiona -
w dół skacząc

w nich się zatrzymała.


Nawiązała w nim do ich mailowania, o twierdzy i wieży, gdzie ona na niego czeka… chyba z nutką depresji. Spotkali się następnego dnia na randce dość krótkiej, słowa opowiadań o minionych latach udawały się co chwilę w drogę, jak motyl zaangażowany w przekazywanie wiadomości – ode mnie do ciebie i z powrotem. Usiadł na Leni ramieniu, zmieniając po chwili miejsce na brzeg  Wiktorowego talerzyka z resztką bitej śmietany i znów do Leni. Jedli szarlotkę. Po powrocie do domu napisał do niej : Witaj - masz same mądre, rozsądne przemyślenia! Skąd drobna, krucha istota bierze te mądrości? Ale podziwiam, gratuluje, dobrze jest mieć takiego kumpla.

Nazwał ją na wszelki wypadek „kumplem”, choć  określenie to nie było eleganckie i wcale do niej nie pasowało. Jego dorosła córka powiedziałaby: oj, tato troszkę cię wzięło.

A on podziwiał Leonię, gdy opowiadała o swojej pierwszej książce, cytowała z pamięci jakieś fragmenty czym mu niesamowicie imponowała. Słuchał i jednocześnie zastanawiał się, jaka ona może być w łóżku…

Nigdy nie uganiał się za młodymi dziewczynami. Wolał kobiety, które dzikie lata spędzone w wirującym świetle dyskotekowych lamp miały już za sobą. Gdyby był poetą zacząłby pewnie wymyślać jakieś porównania – dojrzałe  jak owoc, rozkwitłe jak kwiat, albo inne bzdury.

Ale jaka jest Leonia, Wiktor chciałby się jak najszybciej przekonać.

                                     ***

        Nigdy nie zamieszkali razem. Leonia wzbraniała się tłumacząc mu, że w ich wieku nie powinno się już tego robić. Każdy z nas potrzebuje swój obszar, ach może to zbyt wiele powiedziane, raczej krainę prywatności, taki pejzaż - w którym ukochana osoba pojawia się i znika. Za każdym razem odkrywamy siebie na nowo, znajdujemy potwierdzenie właściwego wyboru.

− Wierz mi – mówiła patrząc na niego z uśmiechem, który wywoływał siateczkę drobnych zmarszczek wokół oczu i tę słodycz, którą kochał. ─ Tak jest najlepiej. Potrafiła też uśmiechać się tylko oczami.

Brał więc kilka dni urlopu w swoim biurze i przyjeżdżał do niej próbując za każdym razem na nowo zadomowić się w jej ciele, ukryć, odreagować. Czasami miał wrażenie, że jest tylko dodatkiem, że ona pozwala mu być przyprawą, którą bierze z półeczki używając do potrawy, jaką było jej życie z nim. Gdy powiedział o tym, roześmiała się.

─ Masz rację, bez ciebie nie smakowałoby tak dobrze. Od pewnego momentu kosztuję  je wszystkimi zmysłami.

................................................................................................


Okno z widokiem na Prowansję



               Rozdział I - W podróży

─ Parlez-vous francais, monsieur?[1]                       
Odważyła się zapytać stewarda chyba tylko dlatego, bo przypominał jej tatusia. Był trochę młodszy, ale bardzo do niego podobny. Jeszcze w domu, pakując swoje rzeczy na wyjazd do babci Leonii zastanawiała się czy lekcje francuskiego, na które mama tak uparcie woziła ją i Marikę, w ogóle na coś się przydadzą. Przecież Jeremi, nazywany przez mamę wujkiem umie mówić po polsku. Teraz chciała się po prostu przekonać: zrozumie ją ktoś, czy też cała nauka poszła w las.

─ Oui, mademoiselle, sil-vous plait[2]─ odpowiedział z uśmiechem mężczyzna, stawiając na stoliku przed Marysią plastikowy kubek z sokiem pomarańczowym.

─ Do you speeak englisch ? [3]
─ Yes, me too [1]─ roześmiała się tak radośnie, że Marika podniosła głowę z kolan Iwony, na których drzemała od kilkunastu minut.
─ Co mówiłaś?
Jasne loki opadły jej na buzię i przykryły zaspane oczy.
─ Powinnaś rozumieć ─ powiedziała wyniośle Marysia. ─ Chodziłaś na angielski? No właśnie, a poza tym wyglądasz teraz jak pudel!
─ Spałam, nie słyszałam, mamo, ona znów się mądruje. ─ Marika była bliska łez.
Iwona przygarnęła na nowo do siebie młodszą córeczkę, a starszą objęła drugim ramieniem.
─ Nie kłóćcie się, jestem pewna, że wasza znajomość języków obcych na dzień dzisiejszy jest zadowalająca. Wiem, że lot staje się męczący, ale wytrzymajcie jeszcze trochę. Została nam godzina, no może półtorej do Nowego Jorku. Włączyć bajkę?
Atrakcyjnością podróży, w której znajdowały się od sześciu godzin były nie tylko rozkładane siedzenia, poduszki, pledy do przykrycia i kolorowanki z pisakami, ale i monitory umieszczone „na plecach ludzi” – jak stwierdziła Marika o  tych, którzy siedzieli przed nimi. Iwona przewinęła pilotem kilka programów i na ekranie ukazał się początek filmu, który już co prawda dziewczynki widziały, ale ich reakcja w tym momencie była gwałtowna i pozytywna.
O, Alwin, zostaw mamo, zostaw, Alwin i wiewiórki!
─ OK, oglądamy, każda na swoim, proszę. Chyba przed miesiącem były razem w kinie i wyszły zachwycone przygodami wiewióreczek, animacją i muzyką oraz naturalnie happy zakończeniem filmu. Teraz powtórka z rozrywki, a dla Iwony parędziesiąt minut spokoju i czasu do namysłu.
─ Już nie mogę się was doczekać – mówiła Leonia w ostatniej rozmowie z nimi. Od dnia, gdy mieszkanie Steffi i Jurgena zostało sprzedane, a Manfred przysłał Iwonie dokumenty oraz przelał uczciwie na Leonii konto  połowę należnej im sumy, mogły pozwolić sobie na częstsze telefoniczne kontakty.                                        
─ Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba. Mieszanina  ciekawości i podniecenia  Iwony przed spotkaniem z matką po kilkumiesięcznym rozstaniu i wszystkich wydarzeniach, jakie całą rodzinę w ostatnim czasie spotkały sięgała zenitu. Podekscytowana jestem jak Marysia, albo Marika – myślała. Cieszyła się, że matka jest szczęśliwa, bo wiele na to wskazywało i postać tego francuskiego, morelowego ideała sądząc z opowiadań Patrycji też była interesująca ale Iwona po ostatnich przejściach, dotyczących jej ślubnego i afery, w którą została przez niego wmanewrowana nie miała ochoty na żadne damsko-męskie kontakty. Tylko Manfred stał się niespodziewanym wyjątkiem i kwita.
Stewardesa zbierała pojemniki po ostatnio serwowanym daniu, Iwona poprosiła o kawę, dziewczynki z słuchawkami na uszach zapatrzone w monitory jak pomocnice pilota machnęły tylko odmownie rękami, żeby im nie przeszkadzać.
Jeszcze kilkanaście minut i NY. Kto przyjedzie na lotnisko? Chyba go nie puści samego – myślała o matce i Jeremim. Co to za imię, a zdrobniale? Remy Martin – jak dobry koniak i uśmiechnęła się w kierunku córek widząc, że wiewiórcze przygody dobiegają końca.
─ Zapinamy pasy, moje drogie!
─ Juuuuż ?
To samo lotnisko, na którym przed pięcioma miesiącami Leonia rozpoczęła swoją amerykańską przygodę.
Dzisiaj czekali oboje: matka z radosnym bukietem lewkonii, jak zawsze szczupła, dziś sportowo ubrana. Stojący obok niej mężczyzna wyglądał podobnie, jak go sobie Iwona wyobrażała. Wysoki, szpakowaty z uśmiechem wzbudzającym zaufanie. Iwona odetchnęła z ulgą i ruszyła w ich stronę, ale dziewczynki były pierwsze.
─ Babciu, babi !                                                           
Dwie kolorowe walizki zostały w przejściu, pasażerowie omijali je przystając i obserwując radosne spotkanie Leonii z wnuczkami. Marika ściskała ją za szyję, a Marysia nie zważając na kwiaty, przytulała się do jej boku. W zamieszaniu jakie powstało Jeremi podszedł do Iwony, pomógł jej odprowadzić bagaże na stronę a potem wszyscy dokończyli ceremonię powitania. Leonia płakała.
─ Mamusiu, no coś ty, już jesteśmy, jakie piękne kwiaty, nie trzeba było, o tej porze musiały majątek kosztować! Leonia trzymała córkę w ramionach i obie miały wrażenie, że tym gestem dziękowały, przepraszały i starały się wyrazić wszystkie uczucia jakimi żyły i walczyły w ostatnim czasie.
  Witajcie w Nowym Jorku ! Załadujemy wasze walizki na wózek.                                                                  
Jeremi już podjeżdżał i jak sprawny bagażowy układał dwie duże i dwie małe walizki, a na samą górę posadził Marikę. Marysia szła obok niosąc bukiet.




[1]Tak, też ( ang.)





[1]Czy mówi pan po francusku (franc.)


[2]Tak panienko, proszę ( franc.)


[3] Czy mówisz po angielsku ( ang.)
.....................................................................................................
                                                                                       
                                                                      Anna Strzelec




środa, 14 listopada 2012

MANUFAKTURA - garść wspomnień z podróży do Łodzi


        Wyraz Manufaktura (łac. manus - ręka, manufactura – rękodzieło) – zakład produkcyjny, w którym produkcja masowa złożonego produktu końcowego odbywa się ręcznie i oparta jest na podziale pracy: poszczególne etapy produkcji wykonywane są przez pracowników wyspecjalizowanych w ich wykonywaniu.
Tyle fachowego wyjaśnienia z Wikipedii na którą często w moich felietonach się powołuję.
Pisząc dziś mój post mam na myśli piękny kompleks powstały w Łodzi na miejscu odrestaurowanej fabryki. To Centrum Handlowe "Manufaktura"  jest największym centrum handlowo-usługowo-rozrywkowym w Polsce i jednym z największych w Europie. Zostało uroczyście otwarte 17 maja 2006 roku na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego.


 
Parcelę pod budowę kupił Izrael Poznański w 1871 roku po zachodniej stronie Nowego Miasta, wzdłuż ul. Ogrodowej. Do końca XIX wieku powstał na blisko 30 ha kompleks budynków w stylu neoromańskim, ceglanym, na którym znajdowały się tkalnie, przędzalnia, bielnik i apretura, farbiarnia, drukarnia tkanin i wykończalnia, oddział naprawy i budowy maszyn, ślusarnia, odlewnia i parowozownia, gazownia, remiza strażacka, magazyny, bocznica kolejowa oraz kantor fabryczny, pałac fabrykanta i budynki mieszkalne dla robotników.
W czasach PRL-u fabryka nosiła nazwę: Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego, który w XIX w. pracował w fabryce prowadząc działalność socjalistyczną wśród robotników.
Powierzchnia całego centrum wynosi 27 ha w tym 9 ha powierzchni po modernizacji i 9,5 ha nowo pobudowanej.
Chociaż w ubiegłym tygodniu jesienna aura nie sprzyjała spacerom, bedąc w Łodzi miałam okazję zwiedzić ten nowoczesny, a zarazem zabytkowy obiekt.
Jedno z wejść na teren Manufaktury prowadzi przez dawną, główną bramę fabryczną przypominającą łuk triumfalny, z odrestaurowanymi żeliwnymi wrotami i  mechanicznym, w pełni sprawnym zegarem. Przyznać trzeba, że zrobił  wrażenie! Główna galeria sklepowa, która jest zupełnie nową konstrukcją zbudowaną ze szkła i stali, jest niższa od otaczających ją budynków ceglanych.
 
 
 W centrum Manufaktury znajduje się 3,5 hektarowy rynek. Organizowane są na nim koncerty, zawody sportowe i różnorodne imprezy. Latem część terenu zajmuje piaszczysta plaża, a zimą lodowisko. Na odcinku 300 m zbudowana została na nim najdłuższa w Europie fontanna, zaprojektowana przez hiszpańską firmę GHESA, której woda jest wieczorem podświetlana i sprawia wrażenie, jakby tańczyła w rytm puszczanej z głośników muzyki.
 
 
Niestety tym informacjom musiałam uwierzyć na słowo, bo lodowiska jeszcze nie było i fontanny spały, a fotografię umieściłam z medialnego źródła, ale moja znajoma mieszkanka Łodzi potwierdziła, iż wymienione atrakcje są naprawdę dostępne. Znalazłam się tam po prostu o niewłaściwej porze roku, a może i dnia?
 
 
 
 Kompleks kulturalny zawiera oddział Muzeum Sztuki i Muzeum Historii Miasta
Łodzi oraz Muzeum Fabryki, a szyld kawiarni zapraszał do wnętrza...
 
 
 
 
I tam z przyjemnością zwiedziłam sale Muzeum, a ku szczęściu mojemu była to wyjątkowa niedziela z wolnym bez opłaty za bilet wstępem.
 Uczta dla oka, bo w Muzeum Miasta Łodzi mieści się stała Galeria Mistrzów Polskich ze zbiorów Krzysztofa Musiała.
 
 
 Kolekcja będąca nową ekspozycją, jak głosi kolorowy folder dostępny w Muzeum prezentuje 125 dzieł polskiej sztuki nowoczesnej, autorstwa najwybitniejszych twórców, a sa to m.in. Wojciech Gerson, Wojciech Kossak, Olga Boznańska, Józef pankiewicz, Tadeusz Makowski i inni.
Poza tym w Galerii można zobaczyc dzieła reprezentujące ważniejsze kierunki w sztuce - obok abstrakcji, portrety, autoportrety, martwe natury, akty z dziedziny malarstwa oraz rzeźby.
W Muzeum Historii Miasta Łodzi zobaczyłam wiele historycznych perełek, niektórych z lat 20-tych, 30-tych udało mi się z lepszym lub gorszym efektem sfotografować.
 








 










............................................................................
 

To tylko garść moich wspomnień... Myślę, że powrócę do tego miasta niebawem, by dogłębniej poznać jego żywą historię.
          Anna Strzelec 
.......................................................................................
 
 
 
 
 
 

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty