Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

środa, 11 lipca 2012

~~~~~~


Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło : i zwyczaje, i święta. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest,by żyć dla powrotu.                                                  
                                                      Antoine de Saint-Exupery


Są ludzie, obiekty, przedmioty, o których myśli się, że czas jest dla nich wyjątkowo łaskawy. Dotyka niezauważalnie, nie pozostawiając po sobie śladu zniszczenia. A jeśli już, to bardzo nieznacznie. Z takim to uczuciem Jeremi stanął przed swoim rodzinnym domem w Antibes... Był, jaki pozostał mu w pamięci. Wiejski, prowansalski z poddaszem i trochę przyniszczoną farbą fasady w kolorze ochry.  Łaciate ślady pomarańczowego koloru nad oknami wskazywały na niedawne, może w porze lata odnawianie. Drewniane okiennice trzymały się dzielnie... Brakowało jednego cyprysu, który rósł po lewej stronie, zaraz za wejściową furtką do ogrodu i jeśli dobrze pamiętał, po prawej stronie w głębi było też kiedyś drzewo platanu, ale jeśli nawet, to miało już prawo ze starości zakończyć swój żywot. Jak wygląda ogród, zobaczę później- postanowił i zadzwonił do wejściowych drzwi.
─ Salut, bonjour Remi!  
Véronique Leraine powitała go z radością i zaprosiła do wnętrza, które też było mu mile znajome. Jakie to dziwne. Zupełnie nie pamiętał, kiedy był tutaj ostatnio, nie potrafił określić dnia, ani okazji, ale wszedł z wrażeniem, że w tym momencie dla niego czas się zatrzymał. Może stanął w miejscu tylko na kilka chwil, bo przecież daleki lot, jaki Jeremi odbył zwiazany był z innym wydarzeniem... Czy powinien teraz rozmawiać z Véronique o Jacquline? Wszystko w odpowiednim czasie - pomyślał wręczając przyniesione wino córce przyjaciółki jego matki. Po chwili siedząc w dawnym, zwanym przez ojca żartobliwie la grande chambre[1] pokoju poddał się  całkowicie nastrojowi, słuchając nowin z rodzinnego miasteczka.

Véronique Leraine śmiała się opowiadając: ─ A wiesz, że na ulicę Grimaldiego przyprowadził się nowy mieszkaniec Antibes. Podobno jest malarzem i pochodzi z Polski. Spotkaliśmy się dwa razy w piekarni. Cóż za cudak!
─ Zaprzyjaźniliście się?─ Jeremi odpowiedział uśmiechem.
─ Może nie aż tak, ale jak na obcego jest bardzo komunikatywny. Przywiózł żubrówkę, spróbowaliśmy jej trochę u niego. Wynajmuje pokój u doktora Santany i chciałby to pomieszczenie przeznaczyć na swoją pracownię. Doktor już się obawia. Wiadomo, starsi ludzie nie lubią zmian. A ja lubię – miał ochotę powiedzieć, ale nie przerywał jej w opowiadaniu.
─ Zaprosiłam go do siebie w przedostatnią sobotę.
 ─ Przyjaźnisz się dalej z Simonem? 
─ Tak, on też przyszedł i spędziliśmy w czwórkę bajeczny wieczór. A w następną niedzielę gotowaliśmy razem i upiekliśmy mięso według przepisu Michaela.
─ Ma na imię Michał?
─ Tak, podobno pochodzi spod Krakowa.                                 

Nie wiadomo dlaczego igła zazdrości ukłuła go w okolicy serca. Zapragnął być znów radosny i mieć bajeczne wieczory, jak oni tutaj. Gotować razem, popijać wino, śmiać się i opowiadać, nawet bzdurzyć i plotkować, byle było znów jego MTW. Smakowało mu wytrawne porto, którym Véronique ponownie napełniła jego szklaneczkę. Rozparł się w skórzanym fotelu przykrytym owczą skórą i obserwował ją, słuchając. Mogła się podobać mężczyznom ta pełna temperamentu kobieta, kilka lat młodsza od niego z resztkami złotawej opalenizny minionego lata, na twarzy i głębokim dekolcie czarnej, trykotowej bluzki, umiejąca opowiadać i śmiać się tak serdecznie. Niezależna, bez pragnienia założenia rodziny i związania się z kimkolwiek. Wolna jak ptak. Poczuł się tym odkryciem dziwnie podniecony, a Véronique opowiadała dalej:
─ Ależ on umie dobrze gotować!
─ Który z nich? ─ zaśmiał się. ─ Michael czy Simon?
─ Misza, oczywiście. Wiesz co robiliśmy? Roladę z piersi kurczaka moczoną w żubrówce! ─ prawie wykrzyknęła. Nadziewaną śliwkami kalifornijskimi i owocami żurawiny.
─ O! Zaraz będę głodny!
─ Zrobię kanapki, tylko ci opowiem.

Pierś kurza musi być oczywiście duża i rozcięta tak, by można było z niej zwinąć roladę. Mięso moczone w wódce - lepiej w żubrówce, suszone śliwki kalifornijskie i żurawiny też mogą być razem marynowane. Owoce i trochę masła położyć na mięso, można jeszcze posmarować trochę sosem imbirowym Tao-Tao, zawinąć wszystko nitką w roladę i piec w piekarniku pod przykryciem w 180 do 200 stopni C, chyba około półtorej godziny. Ach, zapomniałam dodać, że mięso trzeba oczywiście trochę posolić. Po ostygnięciu odwinąć nitkę i roladę pokroić. Można też zamrozić w folii aluminiowej i odgrzewać  z sosem od pieczenia i masłem.
Véronique skończyła opowiadać i wstała.

─ Zmieniłam decyzję, zrobię ci coś pysznego, wypada mi przecież zaprosić cię na kolację ─ powiedziała z kokieteryjnym uśmiechem wychodząc do kuchni.
Pomyślał, że koniecznie musi spróbować tak przyrządzone mięso, o którym ona niesamowicie sugestywnie opowiadała. Ale skąd wziąć jakąś tam żubrówkę?
                                                   
                                                  ***

Kuchnia wyglądała też jak za dawnych lat, gdy królowała w niej jego matka. Stół, komody z drewna, które zachowały swój dobry stan, bez śladów przemijania… W oknie białe firanki z haftem są z pewnością nowe – myślał. Pod drewnianym pułapem wisiały wiązki majeranku, rozmarynu i mięty, oczywiście świeże, z tegorocznego zbioru, a w glinianym wazonie na komodzie stały pachnące bukiety lawendy. Véronique podtrzymywała tradycję domu, który nieformalnie odziedziczyła i ogarnęło go uczucie wdzięczności. Stanął za nią, mieszającą coś na patelni.
─ Co przygotowujesz ? 
─ Robię dla ciebie smażone ziemniaki z ziołami i kawałki łososia sauté. Może być ? I odwróciła się do niego, stojąc tak blisko, że poczuł zapach jej ciała, przytłumiony perfumem, którego nie znał, a ona odłożyła drewnianą łyżkę, którą przewracała krążki ziemniaków i objęła ramionami jego szyję.─ Zostaniesz do jutra ?
To też było do przewidzenia - pomyślał. Pocałowała go w policzek, nie patrząc mu jednak w oczy, a gdy nic nie odpowiadał, odwróciła się do kuchenki i skwierczących na tłuszczu, już zrumienionych ziemniaków.
Poczuł się znów podniecony przebywaniem tutaj, w jego Prowansji, ale trochę inaczej. Pomyślał, że już dawno nie kochał się z kobietą, ale mon Dieu[1], nie chodziło przecież o to, by przespać się teraz z Véronique, albo z Marie-Claire z męskiej potrzeby, hołdując wspomnieniom młodości czy nastrojom chwil...
Stała odwrócona do niego tyłem krojąc obiecanego łososia na kawałki, a on pochylił się, odgarnął jej włosy przykrywające szyję i pocałował. Zanim zdążyła zareagować, powiedział :
─ Non,Véronique, nie zostanę, ale zabiorę ze sobą wspomnienie tego miłego wieczoru i receptę o przyrządzaniu kurzych piersi.
Obróciła się do niego, pogroziła mu drewnianą łyżką i oboje roześmiali się. On, figlarnie, jak psotny chłopak lubiący robić dziewczynom kawały, ona- miał wrażenie, trochę wymuszenie, ale tylko troszkę. Chyba jednak miała na niego ochotę.

Jedzenie było gotowe. Pomógł jej nakryć do stołu, a potem siedzieli razem pod lampą rzucającą pomarańczowe światło, jedli dobrze przyprawioną ziołami rybę z ziemniakami i sałatkę z kilku zielonych liści rucoli skropionych koperkowym dresingiem. Popijając na zakończenie kolacji czerwone wino, Véronique powiedziała :─ Jacques przyleci dziś wieczorem, dzwonił do mnie zanim przyszedłeś. Chce zanocować.
Très bien[2] ─ powiedział, pomyślawszy, że tylko tego brakowało by jego syn go tutaj zastał.
─ Myślałam, że może zostaniecie do Świąt...
To zdanie zdeprymowało go, ale z innego punktu widzenia. Prawie zapomniał, że do Bożego Narodzenia zostały im dwa tygodnie... Im, to znaczy wszystkim, z którymi był związany: rodziną tutaj i tam, podczas, gdy on od kilku dni żyje w takim cholernym zawieszeniu, jak między niebem i ziemią, życiem i śmiercią. Ten czas przypomniał mu jego skok ze spadochronem, który kiedyś w młodości uparł się odbyć, a gdy wyskoczył z samolotu poczuł, że pod kombinezonem poci się ze strachu... bo spadochron mógł się przecież nie otworzyć.
─ Przyznam ci się, że zapomniałem o zbliżających się Świętach, ale... Leni na pewno o nich pamięta.
Wypowiedział zdanie, które dziwnie go uspokoiło. Véronique spojrzała zaciekawiona i zauważył, że nie wie o jego obecnym życiu, nie ma pojęcia o kim Jeremi mówi.
─ Studentka ?
Uśmiechnął się: ─ nie, pisarka z Polski. Mieszkamy razem w Port Jefferson. Nie czuł potrzeby, aby opowiadać jej o Yvonne i dziewczynkach.
Klasnęła w dłonie: ─ no popatrz, Polaków można naprawdę spotkać na całym świecie.
─ Oui, oui, właśnie dla niej chciałbym zabrać twoją kulinarną receptę. Wstał i pomógł jej sprzątnąć ze stolu.─  Napisz mi ją proszę, zaglądnę tymczasem jeszcze na strych.

Pokoje na poddaszu pachniały lawendą i kurzem. Z każdego kąta, wychodziły mu na spotkanie wspomnienia... Niektóre uśmiechały się do niego radośnie, inne znów siedziały pod ścianą z opuszczonymi głowami... O szafę w zamyśleniu oparta gitara... Pewnego lata, w tym pokoju nocowały Jacquline i Marie-Claire. Pojedyńcze tapczany przykryte były kolorowymi patchworkowymi kapami, które szyła jego matka. Cud, że się to wszystko jeszcze nie podarło, w praniu nie rozlazło, tyle lat... myślał głaszcząc kolorowe kwadraty. Wszystko wskazywało na cierpliwą pielęgnację - najpierw matki, później córki z rodziny Leraine. Tylko lustro nad komodą z białym, marmurowym blatem, która pełniła kiedyś funkcję umywalni, pokryły plamy antycznej szarości.
Lustro, lusterko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie ? A lustro zasnuło się czarodziejską mgłą i usłyszał : Véronique jest piękna, ale Leonia jeszcze piękniejsza , ta, która w Port Jefferson mieszka...
─ Przecież wiem ─ mruknął. Naprawdę dziecinnieję. Otworzył szufladkę komody, przetarł kurz zebrany na niegdyś kryształowej powierzchni lustra i czar prysnął. Porcelanowa misa, w której się myli, dzbanek do przynoszenia wody z kuchni na piętro były w doskonałym stanie.
W drugim pokoju, jaki zajmowali z Mattheo pewnego lata, a które to bardzo utkwiło Jeremiemu w pamięci, stały kartony pełne książek i porcelany. Kiedyś ceniona przez jego rodziców, teraz na dole w kredensie i w kuchni stała się - zbędna...
Ożywię, przywrócę was... mówił do siebie cicho, przekładając stare kawałki gazety służące za opakowanie talerzom, serwisowi do kawy, sosjerce w kobaltowe kwiaty, dzbanuszkowi do śmietanki... Ten ostatni postanowił zabrać dla Leonii, wiedząc, że jej się spodoba. Z innego kartonu wybrał jeszcze kilka książek dla dzieci, historyjek bogato ilustrowanych. Już prawie zapomniał o czym opowiadały... Niektóre z nich dostał w prezencie pod choinkę. Jak dobrze, że one znają mój język─ znów mówił do siebie myśląc o Marysi i Marice.
Wyjrzał przez okno. Ogród uszykował się już do zimowego snu... Pociemniało i siąpił deszcz... Z zawiniątkiem pod pachą zszedł na dół i poprosił Véronique o zamówienie mu taksówki. Wymienili jeszcze kilka mało znaczących, pożegnalnych zdań, z których najważniejszym było to, że pozostaną w kontakcie oraz, że jedno z drzew oliwkowych w ogrodzie trzeba będzie usunąć, bo mróz ubiegłej zimy okazał się dla niego mało łaskawy. ─ Dobrze, że tylko jedno... Na wiosnę ─ obiecał. Uściskał Véronique  na pożegnanie, gdy taksówka zajechała przed dom. Wyszedł, ale wrócił za chwilę po tę kurczakową receptę, którą przepisała dla niego i położyła na stole, a on zapomniał zabrać.
Był roztargniony i wzruszony. Deszcz rozpadał się na dobre...
...........................................................................

            Anna Strzelec- Fragment mojej czwartej książki : Okno z widokiem na Prowansję

PS. Jeremiego MTW, to miłość, tolerancja, wierność.
[1]Mój Boże ( franc.)

2] Bardzo dobrze ( franc.)

[1] Wielki pokój (franc.)

16 komentarzy:

  1. Pani Anno, zapowiada się fantastycznie, już nie mogę się doczekać. Pozdrawiam cieplutko, Aga.

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany! ale się wystraszyłam, że Morelowy (jak to facet!) jednak zgrzeszy....ale nie, na szczęście jego miłość do Leni jest silna! Brawo Haniu, fascynująco zapowiada się cała ta historia w Prowansji. Pozdrawiam i cierpliwie czekam

    OdpowiedzUsuń
  3. A wiesz, że ja też się bałam, że on tam coś wywinie:) Miło mi, że czekasz. Pozdrawiam deszczowo, i tu i tam pada...

    OdpowiedzUsuń
  4. Aga, ja również, bardzo niecierpliwie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ewa Kl; to nie tylko miłość do Leni, ale i poczucie moralności i zdolność przewidywania skutków postępowania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko gdzie są tacy Faceci?! no gdzie?

      Usuń
    2. Nie rozumiem :) Jeden przecież u Ciebie w domu, a Ty dalej szukasz?:)))

      Usuń
  6. Złamałam swoją zasadę..Jak wiesz ,nie czytuję fragmentów ksiązek...nawet tych drukowanych w "Nowym Dzienniku"..Ha,ha..Małe odstępstwo,bo...zaintrygowało mnie zdanie o wspomnieniach wychodzących z kąta...Czasem boimy się,że będą one bolesne.Ale najgorsze sa rozczarowania,czyli zderzenia tych wspomnień z rzeczywistościa...Dwa rózne ,odległe światy..Ale dobrze,że są.Danka

    OdpowiedzUsuń
  7. Danka;, gdy przeczytasz całość zrozumiesz jakie to wspomnienia uśmiechały się do niego z kąta, a rozczarowań też miał sporo...:(
    Czasem zasady łamie się z przyjemnością:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj
    Przeczytałam z przyjemnością i pozdrawiam najserdeczniej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mi miło Morgano, dziękuję i również serdeczności przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. "Tylko nie życz mi spełnienia marzeń" i "Druga pora życia" - to książki pachnące poezją, nie tylko dlatego, że w treść wplecione są piękne wiersze autorki. To książki przepełnione głęboką wrażliwością bohaterki, troską o najbliższych, własciwie wszystkim co człowiek może najlepszego ofiarować tym, których kocha.
    Ukłon dla Anny, która wbrew wszystkiemu próbuje ratować umykającą miłość, wspomnienia szczęśliwych dni i swoje marzenia.
    Choć nie udaje się jej zatrzymać miłości, jest silna wsparciem swoich dzieci, a jej dobroć i szacunek do ludzi góruje nad kłamstwem, zdradą i głupotą tego o którego walczyła.
    Czy jest zadowolona z zakończenia? Chyba nie - to nie w jej stylu, ona nie potrafiłaby nikomu źle życzyć.
    Basia

    OdpowiedzUsuń
  11. dzisiaj 00:02[!]


    Piękny fragment, balsam dla duszy literackiej, ale się cieszę na pelną wersję! Myślę, że i więcej czytelniczek oczekuje nowego wydania - to już prawie jak spotkanie rodzinne! Uzbrajam się w cierpliwosć i życzę pełnego natchnienia w zdrowiu i wytrwalości.

    Malgosia Ludwig (Lewandowska)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo, dużo serdeczności do Gdańska i na południe Niemiec :)

      Usuń
  12. Ok, jest dobrze i dobrze wiesz, że ja łyknę wszystko co w Prowansji...i to bez czkawki ;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajnie, że znalazłaś dla mnie czas, dzięki :-) jest już dużo do łykania :)

    OdpowiedzUsuń

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty