Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wiadomość zza oceanu...


„(…) czy jeszcze powróci szept otulonej w ramionach czułości…”                                                                     Bartek Paterak




Tak daleko ode mnie do ciebie…



– Yvonne, jesteś?
Widziała, że wywołuje ją… za chwilę popłynie do niej jego ciepły głos zza oceanu… Z pewnością zacznie tłumaczyć, dlaczego tak długo się nie odzywał…będzie przepraszać,że dzwoni tak późno, bo u niej w Polsce już wieczór, i zapewniać, że myśli o niej… zawsze…
Bardzo chciała go zobaczyć, rozmawiać z nim… Też nie zadzwoniła wcześniej, czekając na odpowiedni moment w tym przedświątecznym, cudownie wielkanocnym czasie.
Jak wyraziła się wczoraj i przypadkowo jej córka: „bo jajko to życie”… Czy cieszyła się? Na początku, gdy jej przypuszczenia okazały się słuszne – nadchodząca zmiana w rodzinie – przeraziła ją. Dziś, po upływie kilku tygodni, gdy samopoczucie znacznie poprawiło się, nadszedł czas, by powiedzieć mu o nowym, rodzącym się w niej życiu. Innej alternatywy nie brała przecież pod uwagę. Pozostawało jedno pytanie: jak
ON przyjmie tę wiadomość?
– Jacques!
– Oh, Cherie gdzie ty się podziewasz? Czemu tak długo nie odbierasz?
– Jestem, kochany!
Uśmiechali się do siebie na odległość. Dzielił ich ocean i szyba ekranu, której dotknięcia i tak nie miałyby wyrazu ani sensu. Niezmienny dreszcz emocji, że znów ją widzi. To ona, jego Yvonne, za którą tęsknił… I wszystko inne, jakże gwałtownie stało się teraz nieistotne, nieważne, jakby nigdynie istniało i nikomu z nich się nie zdarzyło.
– Yvonne, przepraszam…
W jego spojrzeniu zawarte było błaganie… O przebaczenie za niedopowiedzenia, którego sensu nie wyjawi, nie wyspowiada w przedwielkanocnym czasie, jak bardzo się zapomniał...Tak postanowił minionej nocy, gdy leżąc na jej tapczanie w pokoiku na piętrze, próbował sobie wyobrazić rozmowę z nią…
A ona zamiast zapytać, dlaczego przeprasza i za cóż to, roześmiała się, i poprawiając włosy, powiedziała:
– Wiem, wiem, że byłeś bardzo zajęty, wybaczam.
Jak mało prawdopodobnie… z daleka przychodzi rozgrzeszenie bez orzekania o winie – pomyślał. Tak tylko może postanowić Temida, której imię jest miłość…
– Jacques, tęsknię za tobą.
Serce waliło jej w piersiach… Czy dobrze zaczęła? Przecież z tęsknoty i miłości tak wiele się dzieje…
– Ja też Yvonne, bardzo – mówił szybko. Przywiozłem płytkę dla ciebie, nagranie z ostatniego koncertu. Mam pomysł na nową kompozycję. To będzie kołysanka dla ciebie…
– i uśmiechał się do niej, siedzącej po drugiej stronie oceanu, a ona przyjęła jego słowa jak utkaną z nich tratwę lub drogę księżycową, po której zaraz przejdzie do niego z radosnym oznajmieniem, z palemką wielkanocną …
– Jacques… to dobrze… skomponuj coś pięknego… bo będziemy mieć dziecko…
Patrzyła prosto w oczy ojcu ich dziecka, które miało przyjść na świat, nie chcąc uronić ani sekundy z jego reakcji na jej słowa, a on zamilkł na parę chwil. Odsunął się od laptopa i siedząc tak wyprostowany, zatopiony w fotelu, powiedział prawie szeptem:
– To cudowne Yvonne… napiszę dla niego kołysankę…
I nagle śmiejąc się głośno, zawołał:
– Cherie, co ty mówisz, to jest admirablement, ja nigdy nie miałem dziecka!!!
Jak wyrazić radość, wypełnioną po brzegi akceptacją,w której nie ma nawet cienia wahania? Patrzyli na siebie uśmiechnięci, trochę zadziwieni nowiną, która została przekazana...
Iwona jego spontanicznością, on z zachwytem, którego się też nie spodziewała:
– Chcę cię przytulić, wracaj szybko...
– Zaraz po świętach, zrobiłam już rezerwację.
– Co na to Marika i Marie ?
– Nie wiedzą jeszcze, nie mówiłam... chciałam najpierw tobie...
Jacques wyciągnął do niej rękę, dłoń pogładziła ekran, spotkała jej palce, które wyszły mu na spotkanie... Pomyślała, że taką scenę widziała już kiedyś, może w filmie czy też we śnie... i wtedy zauważyła, że Jacques płacze. Zniewalający widok mężczyzny, którego kochała, do łez wzruszonego wiadomością, że zostanie ojcem...
– Jacques, mon amour...
– Przepraszam.
Wytarł oczy, nos i uśmiechając się dalej do twarzy Iwony, zapytał:
– Jak się czujesz, byłaś u lekarza?
– Byłam, byłam, wszystko OK.
– Powiedz mi... mon Dieu, przecież ja nie mam pojęcia...jak to się liczy, tygodnie... miesiące? Kiedy przyjdzie baby na świat?
Roześmiali się teraz oboje jak dzieci, które nabroiły coś, co postawiło ich przed faktem dokonanym i z czym trzeba będzie się zmierzyć, bo... zabawa się skończyła.
– Zaczął się jedenasty tydzień, mam zdjęcie z USG, powinno urodzić się jesienią.
– Co widać na fotce?
– Małą żabeczkę...
Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Słuchając kręcił niedowierzająco głową, aż w końcu zapytał :
– Mogę powiedzieć ojcu i Leni? Czy dopiero po twoim powrocie? Nie utrzymam takiej tajemnicy, pozwól mi!
Jego podniecenie i radość, trochę infantylne, jakby otrzymał prezent, którego się nie spodziewał, a o którym skrycie może myślał i na niego czekał, udzieliły się Iwonie :
– Pozwalam, powiedz im. Tylko uważaj, żeby Leni nie zemdlała z wrażenia, tak?
Roześmiał się znów głośno i wstał, mówiąc:
– Yvonne, moja cudowna Yvonne, spotkamy się jutro o tej samej porze, tak? Dbaj o siebie, nie przemęczaj się! – i pochylając się pocałował ekran laptopa, a to było już zupełnie do niego niepodobne.
                                                                   ***
  

Anna Strzelec -  "Akwarele i lawendy" fragm. str.122 - 125     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty