Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

środa, 21 listopada 2012

OKNO Z WIDOKIEM NA...

 
Okno z widokiem... Oczywiście na Prowansję!
 
 
 
Przyznać muszę, że podobnie jak bohaterka moich książek stałam się uzależniona... Od zapachu lawendy i marzeń o francuskiej Prowansji.

To moja czwarta książka, której promocja odbyła się kilka tygodni temu, zyskując już wielu czytelników, i której już trzeba było zrobić dodruki:) Jakie to miłe, prawda? Dla mnie, autorki no i oczywiście wydawcy - pani Katarzyny Krzan.
 Tych, którzy chcieliby nabyć moje książki informuję, że są one w Wydawnictwie www.e-bookowo.pl oraz prywatnie, u mnie, oczywiście z autografem i saszetką nescafe, którą lubiły podczas swoich spotkań popijać moje bohaterki, Leonia z przyjaciółką, Patrycją.

Fragmenty moich ostatnich dwóch ksiażek: Wiza do Nowego Jorku i Okno z widokiem na Prowansję prezentuje do posłuchania portal www.przeczytamy.pl  

Odpowiadając na liczne pytania czytelników muszę zaznaczyć, że obie książki stanowią całość opowieści o losach moich sympatycznych i bardzo kreatywnych bohaterów.



 



 Poniżej dla tych, którzy jeszcze nie poznali mojej twórczości, edytuję dwa fragmenty.

Zapraszam!


Wiza do Nowego Jorku


Rozdział II - Wiktor

    Bóg ulepił ją z ciepła i dobroci. Popatrzył na swoje dzieło i myśląc, że stać go na więcej, jak rzeźbiarz dotykając utworzonej przez siebie kobiety formował jej kształtne, jędrne piersi i okrągłe uda, zaznaczył talię, a  potem sięgnął do naczynia z napisem „ sex ” i jak olejkiem do opalania pokrył jej ciało.

Siedząc na stopniach werandy wynajmowanego domku w jednej z dzielnic Queens, Wiktor tak sobie mniej więcej wyobrażał stworzenie Leonii. Po drugiej szklaneczce whisky przychodziło mu to z dużo większą łatwością. Bo Leni była sexy i tęsknił za nią coraz bardziej. Noce z nią przypominały zanurzenie w ciepłej wodzie, która rozpływała się po całym ciele. Jej drobne stopy gładziły jego pośladki i cieszył się, że odczuwa ich zbliżenia podobnie jak on. Tak przynajmniej mówiła, że z nim jest wspaniale i wierzył, że kiedyś przestanie jej przeszkadzać i to, że Wiktor na końcu każdego miłosnego aktu rzuca głową jak źrebak.


─ Musisz tak ? Boję się, że sobie kiedyś krzywdę zrobisz, na szczęście oparcie kanapy jest miękkie ─ śmiała się.
─ To niezależne ode mnie, biologia, fizjologia, czy ja wiem? A ty czemu przychodzisz tak spokojnie i nie rzucasz się na poduszkach, jak inne dziewczyny?
Popatrzyła niego z uśmiechem zabarwionym ironią:
─ Inne krzyczały i rzucały się? I nie czekając na odpowiedź, której zresztą wcale usłyszeć nie chciała, dodała: ─ ja przychodzę do ciebie po cichutku, całym moim wnętrzem i sercem.
Jeszcze raz whisky. Musi pójść do kuchni po lód. Poetka jedna. Gdy napisała dla niego pierwszy wiersz i wysłała mu mailowo krótko po ich pierwszym spotkaniu, ogarnęła go mieszanina zdziwienia i zachwytu, ale jeszcze nie tak ogromnego, jaki wzbudziła w nim później. Wtedy czytał ten wiersz i zaczynał rozumieć, że jej oczekiwanie jest chyba ogromniejsze, niż wszystko to, co on jej dać może…
A potem wydrukował go i przypiął na lodówce magnesem z kotem.

Prawie każda twierdza ma wieżę...
  - A na wieży czekała
nie księżniczka, lecz dziewczyna
w sukience z tęsknoty
i  nadziei  utkanej...
On rozpiął jak sieć swoje ramiona -
w dół skacząc

w nich się zatrzymała.


Nawiązała w nim do ich mailowania, o twierdzy i wieży, gdzie ona na niego czeka… chyba z nutką depresji. Spotkali się następnego dnia na randce dość krótkiej, słowa opowiadań o minionych latach udawały się co chwilę w drogę, jak motyl zaangażowany w przekazywanie wiadomości – ode mnie do ciebie i z powrotem. Usiadł na Leni ramieniu, zmieniając po chwili miejsce na brzeg  Wiktorowego talerzyka z resztką bitej śmietany i znów do Leni. Jedli szarlotkę. Po powrocie do domu napisał do niej : Witaj - masz same mądre, rozsądne przemyślenia! Skąd drobna, krucha istota bierze te mądrości? Ale podziwiam, gratuluje, dobrze jest mieć takiego kumpla.

Nazwał ją na wszelki wypadek „kumplem”, choć  określenie to nie było eleganckie i wcale do niej nie pasowało. Jego dorosła córka powiedziałaby: oj, tato troszkę cię wzięło.

A on podziwiał Leonię, gdy opowiadała o swojej pierwszej książce, cytowała z pamięci jakieś fragmenty czym mu niesamowicie imponowała. Słuchał i jednocześnie zastanawiał się, jaka ona może być w łóżku…

Nigdy nie uganiał się za młodymi dziewczynami. Wolał kobiety, które dzikie lata spędzone w wirującym świetle dyskotekowych lamp miały już za sobą. Gdyby był poetą zacząłby pewnie wymyślać jakieś porównania – dojrzałe  jak owoc, rozkwitłe jak kwiat, albo inne bzdury.

Ale jaka jest Leonia, Wiktor chciałby się jak najszybciej przekonać.

                                     ***

        Nigdy nie zamieszkali razem. Leonia wzbraniała się tłumacząc mu, że w ich wieku nie powinno się już tego robić. Każdy z nas potrzebuje swój obszar, ach może to zbyt wiele powiedziane, raczej krainę prywatności, taki pejzaż - w którym ukochana osoba pojawia się i znika. Za każdym razem odkrywamy siebie na nowo, znajdujemy potwierdzenie właściwego wyboru.

− Wierz mi – mówiła patrząc na niego z uśmiechem, który wywoływał siateczkę drobnych zmarszczek wokół oczu i tę słodycz, którą kochał. ─ Tak jest najlepiej. Potrafiła też uśmiechać się tylko oczami.

Brał więc kilka dni urlopu w swoim biurze i przyjeżdżał do niej próbując za każdym razem na nowo zadomowić się w jej ciele, ukryć, odreagować. Czasami miał wrażenie, że jest tylko dodatkiem, że ona pozwala mu być przyprawą, którą bierze z półeczki używając do potrawy, jaką było jej życie z nim. Gdy powiedział o tym, roześmiała się.

─ Masz rację, bez ciebie nie smakowałoby tak dobrze. Od pewnego momentu kosztuję  je wszystkimi zmysłami.

................................................................................................


Okno z widokiem na Prowansję



               Rozdział I - W podróży

─ Parlez-vous francais, monsieur?[1]                       
Odważyła się zapytać stewarda chyba tylko dlatego, bo przypominał jej tatusia. Był trochę młodszy, ale bardzo do niego podobny. Jeszcze w domu, pakując swoje rzeczy na wyjazd do babci Leonii zastanawiała się czy lekcje francuskiego, na które mama tak uparcie woziła ją i Marikę, w ogóle na coś się przydadzą. Przecież Jeremi, nazywany przez mamę wujkiem umie mówić po polsku. Teraz chciała się po prostu przekonać: zrozumie ją ktoś, czy też cała nauka poszła w las.

─ Oui, mademoiselle, sil-vous plait[2]─ odpowiedział z uśmiechem mężczyzna, stawiając na stoliku przed Marysią plastikowy kubek z sokiem pomarańczowym.

─ Do you speeak englisch ? [3]
─ Yes, me too [1]─ roześmiała się tak radośnie, że Marika podniosła głowę z kolan Iwony, na których drzemała od kilkunastu minut.
─ Co mówiłaś?
Jasne loki opadły jej na buzię i przykryły zaspane oczy.
─ Powinnaś rozumieć ─ powiedziała wyniośle Marysia. ─ Chodziłaś na angielski? No właśnie, a poza tym wyglądasz teraz jak pudel!
─ Spałam, nie słyszałam, mamo, ona znów się mądruje. ─ Marika była bliska łez.
Iwona przygarnęła na nowo do siebie młodszą córeczkę, a starszą objęła drugim ramieniem.
─ Nie kłóćcie się, jestem pewna, że wasza znajomość języków obcych na dzień dzisiejszy jest zadowalająca. Wiem, że lot staje się męczący, ale wytrzymajcie jeszcze trochę. Została nam godzina, no może półtorej do Nowego Jorku. Włączyć bajkę?
Atrakcyjnością podróży, w której znajdowały się od sześciu godzin były nie tylko rozkładane siedzenia, poduszki, pledy do przykrycia i kolorowanki z pisakami, ale i monitory umieszczone „na plecach ludzi” – jak stwierdziła Marika o  tych, którzy siedzieli przed nimi. Iwona przewinęła pilotem kilka programów i na ekranie ukazał się początek filmu, który już co prawda dziewczynki widziały, ale ich reakcja w tym momencie była gwałtowna i pozytywna.
O, Alwin, zostaw mamo, zostaw, Alwin i wiewiórki!
─ OK, oglądamy, każda na swoim, proszę. Chyba przed miesiącem były razem w kinie i wyszły zachwycone przygodami wiewióreczek, animacją i muzyką oraz naturalnie happy zakończeniem filmu. Teraz powtórka z rozrywki, a dla Iwony parędziesiąt minut spokoju i czasu do namysłu.
─ Już nie mogę się was doczekać – mówiła Leonia w ostatniej rozmowie z nimi. Od dnia, gdy mieszkanie Steffi i Jurgena zostało sprzedane, a Manfred przysłał Iwonie dokumenty oraz przelał uczciwie na Leonii konto  połowę należnej im sumy, mogły pozwolić sobie na częstsze telefoniczne kontakty.                                        
─ Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba. Mieszanina  ciekawości i podniecenia  Iwony przed spotkaniem z matką po kilkumiesięcznym rozstaniu i wszystkich wydarzeniach, jakie całą rodzinę w ostatnim czasie spotkały sięgała zenitu. Podekscytowana jestem jak Marysia, albo Marika – myślała. Cieszyła się, że matka jest szczęśliwa, bo wiele na to wskazywało i postać tego francuskiego, morelowego ideała sądząc z opowiadań Patrycji też była interesująca ale Iwona po ostatnich przejściach, dotyczących jej ślubnego i afery, w którą została przez niego wmanewrowana nie miała ochoty na żadne damsko-męskie kontakty. Tylko Manfred stał się niespodziewanym wyjątkiem i kwita.
Stewardesa zbierała pojemniki po ostatnio serwowanym daniu, Iwona poprosiła o kawę, dziewczynki z słuchawkami na uszach zapatrzone w monitory jak pomocnice pilota machnęły tylko odmownie rękami, żeby im nie przeszkadzać.
Jeszcze kilkanaście minut i NY. Kto przyjedzie na lotnisko? Chyba go nie puści samego – myślała o matce i Jeremim. Co to za imię, a zdrobniale? Remy Martin – jak dobry koniak i uśmiechnęła się w kierunku córek widząc, że wiewiórcze przygody dobiegają końca.
─ Zapinamy pasy, moje drogie!
─ Juuuuż ?
To samo lotnisko, na którym przed pięcioma miesiącami Leonia rozpoczęła swoją amerykańską przygodę.
Dzisiaj czekali oboje: matka z radosnym bukietem lewkonii, jak zawsze szczupła, dziś sportowo ubrana. Stojący obok niej mężczyzna wyglądał podobnie, jak go sobie Iwona wyobrażała. Wysoki, szpakowaty z uśmiechem wzbudzającym zaufanie. Iwona odetchnęła z ulgą i ruszyła w ich stronę, ale dziewczynki były pierwsze.
─ Babciu, babi !                                                           
Dwie kolorowe walizki zostały w przejściu, pasażerowie omijali je przystając i obserwując radosne spotkanie Leonii z wnuczkami. Marika ściskała ją za szyję, a Marysia nie zważając na kwiaty, przytulała się do jej boku. W zamieszaniu jakie powstało Jeremi podszedł do Iwony, pomógł jej odprowadzić bagaże na stronę a potem wszyscy dokończyli ceremonię powitania. Leonia płakała.
─ Mamusiu, no coś ty, już jesteśmy, jakie piękne kwiaty, nie trzeba było, o tej porze musiały majątek kosztować! Leonia trzymała córkę w ramionach i obie miały wrażenie, że tym gestem dziękowały, przepraszały i starały się wyrazić wszystkie uczucia jakimi żyły i walczyły w ostatnim czasie.
  Witajcie w Nowym Jorku ! Załadujemy wasze walizki na wózek.                                                                  
Jeremi już podjeżdżał i jak sprawny bagażowy układał dwie duże i dwie małe walizki, a na samą górę posadził Marikę. Marysia szła obok niosąc bukiet.




[1]Tak, też ( ang.)





[1]Czy mówi pan po francusku (franc.)


[2]Tak panienko, proszę ( franc.)


[3] Czy mówisz po angielsku ( ang.)
.....................................................................................................
                                                                                       
                                                                      Anna Strzelec




9 komentarzy:

  1. Pani Anno! Czyta się pięknie, zaciekawia, że szok. Już wysyłam mailowo zamówienie i pozdrawiam cieplutko! Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Pani Tereso :)
      Zamówienie zostało zrealizowane, życzę miłej lektury i pozdrawiam.

      Usuń
  2. Witam serdecznie!

    Podsumowując lekturę kilku ostatnich postów można powiedzieć, że kolorowo u Pani i wcale nie jesiennie, czy zimowo, a gorąco, bo dużo się dzieje. Cieszę, że wyprawa do Łodzi się udała, jeśli autorka czterech powieści nie jest w stanie opisać swoich emocji po koncercie to oznacza, ze naprawdę był on niebywały :) Fajne zdjęcia!!! Ale jeszcze bardziej zachwycił mnie fragment z "Okna z widokiem na..." Super! Mam nadzieje, że kontynuacji losów Leonii będzie co najmniej tyle ile części powieści napisanej przez J.K. Rowling :D Z całego serca tego życzę, a reszta na face! Pozdrawiam serdecznie!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Adrianie!

      Chociaż tylko mailowy kontakt mamy ze sobą, sprawia mi on wiele radości! Są emocje, które trudno jest wyrazić "blogowo", czasem stają się one tematem kolejnego utworu; muzycznego lub powieściowego...? Ostatnią książkę zadedykowałam: Moim bardzo realnym i wirtualnym przyjaciołom...
      Oczywiście Tobie też!
      Reszta na face i pozdrawiam Cię równie serdecznie!

      Usuń
    2. Adrian- Avandare26 listopada 2012 19:10

      :) Dokładnie takie same słowa ślę w Pani stronę, nic dodać, nic ująć...To niebywały paradoks, tak miłe emocje w tak zimnym wirtualnym świecie. Cieszę się, że Panią poznałem. Pędzę na face i pozdrawiam!!! :)

      Usuń
  3. Haniu, aż mi wstyd ale remont i wnuki tak mi zagospodarowały czasoprzestrzeń, że dotrzeć do laptopa trudno, bo w wolnej chwili jakoś wolę utonąć w książce, np w Twojej niż wklepywać rozbiegane literki. Koniecznie ze sfery marzeń przejdź do planowania, Prowansja o każdej porze roku jest piękna, ale majową wiosną? Poproś Mikołaja albo Gwiazdora i pakuj walizkę! A ja czekam na post z Prowansji

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareszcie jesteś moja droga Lolu! Faktycznie szmat czasu upłynęło, ale teraz z przyjemnością odnotowuję, że najprawdopodobniej czytasz, czyli... wyglądasz przez moje Okno :)?
    Adwentowe serdeczności Lolu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakoś takoś, bardzo zręcznie ominęłaś druga cześć komentarza, moja Miła, ale ja nie odpuszczam. Kiedy Prowansja live! Kiedy prowansaldzka przygoda?

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz na myśli autorkę czy bohaterkę książki? :-)

    OdpowiedzUsuń

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty