Moje motto pozostaje niezmienne: ZADOWOLENIE Z SIEBIE SAMEGO JEST POŁOWĄ NASZEGO SZCZĘŚCIA...

piątek, 21 lutego 2014

Zanim się ukaże...


     Weekend przed nami, a więc może coś do poczytania?





 Po Wizie do Nowego Jorku i Oknie z widokiem na Prowansję ~ zanim ukaże się ostatnia z mojego trio, którą zatytułowałam:

                  ~ Akwarele i lawendy ~ 

 

Dwa fragmenty. Oprócz bohaterów - znanych już polubionych, nawet pokochanych poznacie nowe postacie, których życie zadziwiająco splata z mieszkańcami Portu Jefferson dostarczając im cały wachlarz różnorakich przeżyć.
No cóż, c'est la vie ... 
 

 
               Dziwne są ścieżki szczęścia. Niektórzy potrafią zbudować swoje szczęście niemal z niczego, ocalić i rozdmuchać nawet najbardziej nikłą iskrę, choć wiatr i deszcz.
Hanna Kowalewska

                     

 
                             Charlotte

 ─ Odebrałam pocztę podczas twojej nieobecności.
Mówiąc to, Caroline położyła list, który Charlotte ogarnęła zdumionym spojrzeniem, ponieważ był to list, który przyszedł „normalną” pocztą. Koperta była ofrankowana zagranicznymi znaczkami, na których widniały afrykańskie zwierzęta. List z Kamerunu od Cecilii! Ze wzruszeniem otworzyła korespondencję z Afryki i zagłębiła się w czytaniu, szybko przebiegając wzrokiem linijki drobnego pisma córki.

„Droga Mamo! ─ pisała Cecilie.
Wiem, że czekasz na konkretną i w miarę wyczerpującą relację ode mnie, więc postaram się jak tylko umiem najlepiej przekazać Ci moje wrażenia, jakie odnoszę po półrocznym już pobycie na tym kontynencie, prawie w samym środku Afryki. Muszę napisać Ci, że to piękny kraj, ale aby poznać Afrykanina, nie wystarczy wraz z nim słuchać rytmicznej muzyki bębnów, podziwiać kolorowe stroje, podglądać dziką przyrodę na safari i zachwycać się pięknem zachodów słońca...Nie wystarczy!
Europejczyk i Afrykanin mają zupełnie inne pojęcie czasu, świata, sensu życia, pracy, a nawet miłości, polityki i wojny. I cóż tu począć? Musimy poznawać tę inną kulturę, szukać wspólnego języka z nimi i nabierać też szacunku do tego co inne… A nie jest to wcale łatwe, o nie!”

─ Ależ się rozpisała dziewczyna. Caroline zaglądnęła przez ramię Charlotty.
─ Może chciałabyś głośno przeczytać?
─ Oczywiście, chętnie.
─ Zrobię kawę, a może wolisz herbatę?
─ Poproszę herbatę, bo czuję, że mi tu zaraz ciśnienie podskoczy ─ stwierdziła Charlotte uśmiechając się. ─ Trzy maczkiem zapisane kartki!

Siedziały w jej przytulnej kuchni, która coraz częściej była miejscem ich rozmów i ploteczek. Po chwili zapachniało aromatyczną herbatą, a Charlotte kontynuowała czytanie afrykańskich wiadomości.
„Przypominasz sobie mamo, że przed wyjazdem wyszukiwałam wszędzie informacji na temat „Afryki w miniaturze”? Zrobiłam co w mojej mocy, by poznać Kamerun jeszcze przed przyjazdem. Oczywiście, realia okazały się odbiegać od moich wyobrażeń.
Wielu ludzi przybyło do Afryki i zamieszkało tutaj na stałe. I jak wielu nas jest - mamy swoje spojrzenie na wszystko co znajduje się wokół nas. Biali ludzie przyjeżdżają do Afryki, bo są przekonani, że Afrykanina wszystkiego trzeba nauczyć, że Afryka jest bez kultury, religii itp... Na początku pobytu wydaje się nam, że prawie wszystko wiemy, że tak wiele możemy dać! Z czasem otwierają się nam oczy i coraz częściej milczymy.
Jest nas tutaj pięć dziewczyn, jedna siostra zakonna i należymy do Wspólnoty Sióstr Pallotynek. Mamo, wiem, że jesteś ciekawa co robię, więc właśnie chcę się z Tobą trochę podzielić moim życiem i pracą tutaj, w tropikalnym lesie, między Plemionami Baka, Fank, Njem oraz Pigmejami.       
O Kamerunie mówi się, że jest wizytówką wszelkich afrykańskich klimatów. I jest to prawda : pustynia, sawanna, busz, tropikalna dżungla i piękne wybrzeże Zatoki Gwinejskiej.
W tym rozległym kraju żyje ponad 230 plemion, które mówią swoimi językami i jest to powodem różnorodnej tradycji, która zmienia się w zależności od plemienia, więc trudno pisać o tradycjach kraju, a urzędowym językiem jest francuski i angielski.

Pamiętasz, jak przed wyjazdem pytałaś mnie dlaczego chcę tu jechać? Tak daleko, upał, węże, skorpiony i miliony mrówek, a do kompletu tych plag dodać trzeba malarię...Mogę Ci teraz powiedzieć, że to zgromadzenie mnie wysyłało, ale ja od zawsze chciałam pojechać do Afryki, a jeśli się bardzo chce, to ziemia i niebo sprzyjają człowiekowi, a Pan Bóg wysłuchuje. Zdziwiłaś się, czytając? Tak właśnie teraz myślę… Każdy z nas przynajmniej raz w życiu postawił sobie pytanie: co jest najważniejsze w życiu? Ja chciałabym jak najpożyteczniej wykorzystać czas, który mi dało przeznaczenie...Pojechałam w tę stronę świata, aby nauczyć się czegoś od ludzi, których spotkam, by móc później  podzielić się tym co wiem, i co mam. Może napiszę kiedyś o tym książkę?
Południowa i wschodnia cześć kraju to lasy tropikalne i tutaj właśnie żyje i pracuje jedna  ze Wspólnot Sióstr Pallotynek. Wschód jest jedną z najbiedniejszych, zaniedbanych części Kamerunu. Połączenia między miastami i wioskami są niedogodne, po prostu brakuje dobrych dróg. Mając dobry samochód terenowy istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek penetrując dżunglę w porze deszczowej czy też suchej, szczęśliwie dotrze do celu...

 Jesteśmy prawie na równiku czyli dzień i noc mają po 12godz. Słońce wstaje około 6 a zachodzi o 18. Mamy cztery pory roku czyli tak jak w Polsce, ale tylko liczba 4 nas łączy...duża pora deszczowa trwająca od sierpnia do października, duża pora sucha trwająca od listopada do stycznia. Potem dla odmiany mała pora deszczowa od lutego do kwietnia oraz mała pora sucha od maja do lipca. Nie ma wielkiego wyboru : deszcz lub susza. Błoto koloru cegły po kostki w porze deszczowej i tumany kurzu w porze suchej. Aktualnie zawitała do nas pora deszczowa.
W tym tropikalnym lesie zwierząt „jak na lekarstwo”; specjaliści od ochrony środowiska biją na alarm z powodu katastrofalnego przerzedzania dżungli, ale tylko bija... a las jest wycinany i ogromne drzewa każdego dnia są wywożone do portu w Douala. W naszych stronach żyje plemię Baka- Pigmeje czyli ludzie lasu. Jak długo będą ludźmi lasu?

Mam nadzieję mamo, że Cię nie zanudzam. Zaraz napiszę coś weselszego. Spodziewałam się biedy i nędzy na każdym kroku, a tymczasem… Tu jest zupełnie inaczej. I bynajmniej nie mam na myśli majętności mieszkańców, a raczej bogactwo ich mentalności. Być może Doume nie przypomina 5th Avenue w Nowym Jorku, ale nie jest także slumsem Rio de Janeiro. Faktem jest, że ludzie mieszkają w bardzo skromnych warunkach, ale często jest to ich wybór. Od pokoleń mieszkali w „skleconych” chatkach i cywilizacja w europejskim znaczeniu, nie wmówi im, że bieżąca woda w domu powinna być standardem. Budynki misyjne, zdecydowanie odróżniają się od pozostałych. Są jakby bardziej „nasze”, niż tutejsze. Kameruńczycy widzą, że można żyć wygodniej, ale im odpowiada aktualny stan ich domów. Żyją w tych chatkach, dopóki te się nie rozpadną, bo jakoś nie mają czasu myśleć o remontach. Najwięcej uwagi poświęcają relacjom z innymi. Wolne chwile (czyli prawie całe dnie) przeznaczają na rozmowy z sąsiadami, rozmowy o sąsiadach, odwiedzanie sąsiadów albo przyjmowanie sąsiadów. Monotonne? Nie bardzo, bo sąsiadów jest bardzo wielu! Bez obrazy, ale nastawiłam się na kompletne zacofanie mentalne. Obstawiałam co najwyżej XIX wiek we wszechogarniającym buszu. A tu wszędzie są drogi, już coraz częściej asfaltowe i każdy ma komórkę, a w domu nie ma prądu. Kobiety chodzą w szpilkach chociaż tu nie ma chodników, a w mieście można kupić wszystko, tylko trzeba mieć cierpliwość do sprzedawcy zajętego popołudniową sjestą.

Mamo, nie będę ukrywać… misja katolicka nie była moim marzeniem. Miałam o niej mylne przekonanie. Wydawało mi się, że nawracanie ludzi na wiarę, to podstawa jej istnienia. Tymczasem, misja opiera się na nauce i dbaniu o zdrowie. I oba te cele, wbrew pozorom, są spełniane bardziej po europejsku, niż afrykańsku. Przedszkolaki dorastają w „królestwie” siostry Fabiany. Mają piękny ogród z karuzelami, huśtawkami i drabinkami, salę zabaw z mnóstwem maskotek, przestronną jadalnię i każda grupa wiekowa ma swoją salę z kolorowymi tablicami. W szkole, w którą siostra Judyta wkłada całe swoje serce, każdy ma zeszyty, książki i kredki. Dzieci siedzą w ławkach, mają na sobie identyczne mundurki i tak jak w przedszkolu dostają obiad trzy razy w tygodniu. Dzieciom takie dbanie o ich rozwój bardzo odpowiada. W ośrodku zdrowia nie byłam, ale  ponieważ mieszkam z siostrą Mariettą, jestem przekonana, że tam każdy pacjent ma swoje łóżko i dostaje leki, jak w normalnym szpitalu. Tak więc wiele rzeczy pozytywnie mnie tu zaskoczyło.

Są też sytuacje, w których wciąż czuję się dziwnie. Na przykład, gdy idę do szkoły, mijam pewną budowę, gdzie pracuje dwudziestu, może trzydziestu budowniczych, cieśli itd. Gdy tamtędy przechodzę, wszyscy przestają pracować i po kolei krzyczą: „Oliwia!” Rozumiem, że zwracają na mnie uwagę, w końcu białych nie spotyka się tu na każdym kroku, ale dlaczego mówią na mnie Oliwia? Jest to dla mnie niepojęte. Przywykłam już do tego, że dzieci na mój widok mówią „blanche”. Zdziwiło mnie jednak, kiedy niedawno pewna dziewczynka z przedszkola, z którą znam się z imienia, na mój widok spokojnie powiedziała „tu es trop blanche!”, co znaczy „jesteś zbyt biała!” Zbyt biała?! Miałam ochotę jej odpowiedzieć, że jej karnacja też rzuca się w oczy. Ale tutaj to nie byłaby prawda. Fakt, jestem zbyt biała i teraz nawet mnie to cieszy. Nie mam pamięci do twarzy, a tutaj każdy się ze mną wita, więc nie boję się, że przejdę obok jakiegoś znajomego i go nie zauważę. On zauważy mnie na pewno. Kończę już Mamo, nie martw się o mnie! To ja raczej powinnam o Ciebie… Twoje nagranie dostałam. Jak przykro mi z tego powodu, ale nie martw się już, widocznie tak miało być. Czekam na wiadomość od Ciebie, całuję mocno i przytulam – Twoja Cecilie

PS. Mamo! Jak napisał Bernard Shaw: „miłość upiększa każde romantyczne przeżycie i usprawiedliwia każde szaleństwo.” Pamiętaj tylko to, co było piękne!

 

Caroline uśmiechała się do ostatnich słów napisanych przez Cecilie. Charlotte skończyła czytanie i przez dłuższą chwilę patrzyła na kartki listu i kolorową kopertę, a potem powiedziała:

─ A może powinnam pojechać do niej? Przecież ona tam nikogo nie ma…

─ Jeden pomysł za drugim! Nie nadążę za tobą!

Słuchała przyjaciółki z niedowierzaniem i pukając się w czoło wyrażała znanym gestem absolutną dezaprobatę dla jej słów. ─ I co tam chciałabyś robić?

─ Nie wiem. Tak mi przyszło do głowy… Może mogłabym pomóc w tej szkole, albo namalować serię obrazów z dżungli… i namówiłabym Cecilie do powrotu.

─ Listownie też możesz ją namawiać, a w Italii szkicować.

I Caroline mówiła dalej z dłużej nieukrywaną irytacją:

─ Czy my dla ciebie nic nie znaczymy? Ja, Alain i nasze plany? Zapomniałaś o Wenecji?

─ Pardon[1]. ─ Charlotte westchnęła i złożywszy list córki schowała go do torebki. Wstała i obchodząc stół dookoła podeszła do Caroline i objęła ją.

─ Wybacz mi, szalonej i niewdzięcznej. Oczywiście, że jesteś dla mnie ważna. Zapomnij proszę moje pomysły. Pojedziemy do Italii i będziemy się dobrze bawić.

─ A Alain?

─ Nie pytaj, nie wiem jeszcze, nic nie wiem. Wczoraj wieczorem byliśmy na spacerze. Szliśmy bulwarem, czytał swoje poezje, chciał mnie pocałować…

─ O, nie wiedziałam, że coś pisze?

─ Nie chcąc sprawić mu przykrości pochwaliłam, ale nie zachwyciło mnie. Ani jego wiersze, ni zachowanie. Nie wiem, co mam z tym fantem zrobić?

─ Nic. Zacząć pakować neseser do Wenecji!

                                             ***

Po wyjściu Charlotte, telepatycznym zrządzeniem losu zadzwonił Alain i Caroline dała upust swojemu rozdrażnieniu.

─ Mógłbyś być bardziej cierpliwy? Jak tak dalej pójdzie, to ona nam do Kamerunu poleci!

─ Zwariowałaś?

─ Ja? A ty na głodzie jesteś?

─ Nie bądź wulgarna. Zakochałem się w niej...

─ To opamiętaj się trochę. Ona jeszcze nie jest gotowa.



[1] Przepraszam (franc.)                 

                                                     ***




 


Nie warto porównywać swojego życia z innymi. Nie mamy żadnego prawa, aby wiedzieć czym jest podróż życia dla tych, co żyją wokół nas…
              
          Pocztówka z Wenecji…
 ─ Miałam nadzieję, że już jesteś gotowa, a ty co robisz?
Caroline weszła do pokoju, którą dzieliły z Charlotte. ─ Wracam od Alaina, już czeka na nas w holu, przecież planowaliśmy wspólne wyjście do miasta?
Charlotte siedziała przy biurku. Miała przed sobą kartki papieru listowego z ryciną przedstawiającą szyld hotelu Astoria i widokówkę z Placem św. Marka, którą kupiła podczas wczorajszego spaceru.
─ Jesteś specjalistką od robienia niespodzianek, naprawdę! A może poszlibyście sami? Właśnie miałam zamiar napisać kilka słów do Cecilie, a później poszukać poczty. Widząc skrzywioną minę przyjaciółki, uśmiechnęła się: ─ nie wiem, jak długo pójdzie korespondencja do Kamerunu. Może zdążymy wrócić do domu, a wiadomość ciągle będzie w drodze?
Caroline była niezadowolona, ale widziała, że Charlotte nie ustąpi.
─ Długo będziesz pisać? Może poczekamy na ciebie w kawiarni pod filarami?
─ Daj mi godzinkę. Chciałabym się jeszcze wykąpać, przebrać i spędzimy razem wieczór, dobrze?
─ Ok, ale streszczaj się, tak? Alain też czeka...
Charlotte westchnęła. Ostatnio przestała lubić komenderowanie przyjaciółki, a tym bardziej narzucające się zachowanie Alaina. Wszystko wskazywało na to, że z wyjazdem do Wenecji wiązał wiele nadziei dotyczących zbliżenia się z do niej. Żaden mężczyzna, którego znała w swoim życiu nie był natarczywy, jak on i podczas dzisiejszego wieczoru postanowiła jasno określić mu granice ich znajomości. Najpierw jednak list do córki…
 
Moja kochana Cecilie!
Swoim długim listem sprawiłaś mi olbrzymią radość! Bardzo Ci dziękuję! Przyznam, że jego fragmenty trochę mnie uspokoiły, ale niezależnie od tego zrodził się w mojej głowie pewien pomysł. Ten jednak wyjawię Ci pod koniec pisania.
Jak widzisz, wybrałam się z parą znajomych do Wenecji. Pamiętasz Caroline, prawda? Jest też z nami wspólny znajomy, Alain. Miałam nadzieję na nową, ciekawą znajomość, ale niestety rozczarowałam się. Jego zachowanie rozwiało moje złudzenia i nie jest to mężczyzna warty mojego dłuższego opisu. Jesteśmy w tym pięknym mieście od trzech dni, mieszkamy w korzystnie usytuowanym miejscu, bo zaledwie tylko kilkadziesiąt metrów, dosłownie za rogiem wąskiej uliczki, dzieli nas od Placu św. Marka. Co prawda hotel oznaczony jest tylko dwoma gwiazdkami i nocleg w nim nie przewiduje śniadania, tym samym nie jest zbyt drogi, lecz schludny. Restauracja w nim też sympatyczna, nie wspominając już o wylewności Włochów.
Oczywiście największą atrakcją jest Plac św. Marka, bazylika również jego imienia, oraz Palazzo Ducale czyli słynny Pałac Dożów. Przedwczoraj poświęciliśmy mu czas i zwiedziliśmy pomieszczenia pałacowe. Obecnie w gmachu znajduje się muzeum Museo dell'Opera, ale najpiękniejszy jest widok zewnętrzny. Trzykondygnacyjna budowla z renesansowym dziedzińcem i arkadowymi loggiami. Cudowne i przechadzając się tam czułabym się jak renesansowa dama.
Niedaleko jest słynna promenada Riva degli Schiavoni, a przy niej znajduje się port i główna przystań gondoli. Wczoraj popłynęliśmy jedną z nic przez kanał La Grande, ale przyznać muszę, że nie dla mnie byłoby zamieszkanie w Wenecji ze względu na panującą tam dużą wilgotność powietrza. Podobno, zależnie od pór roku miasto jest stale podtapiane, a tynki fasad domów stojących wzdłuż kanałów są bardzo zniszczone. Miasto, jakich wiele na świecie; posiada dużo wspaniałych zabytków i… turystów, którzy przyjeżdżają, by zwiedzać, podziwiać i to wszystko.
Na koniec córeczko, napiszę Ci o moim pomyśle. Chciałabym przyjechać do Ciebie… Zobaczyć, jak tam, w Afryce naprawdę jest. Oczywiście wierzę w to, o czym pisałaś, ale bardzo też tęsknię za Tobą! Po powrocie z Wenecji zorientuję się, jaka jest możliwość przyjazdu do Was. Może uda mi się sprzedać kilka moich obrazów, to zysk z nich przekażemy na Waszą misję, dobrze? Mam też trochę oszczędności, które mogą służyć Waszej sprawie i mieszkańcom Kamerunu. Całuję Cię mocno i  przytulam - mama
  Jeszcze pocztówka, ale to już później. I tak dziś nie znajdzie poczty. Zostawiła pisanie na stole i poszła przygotować kąpiel, bo czas płynął. Obiecała przecież Caroline przyjść za godzinę.
Leżąc we wannie, zamyśliła się… W ostatnich dniach często wspominała Jacquesa. Od dnia ich rozstania nie otrzymała żadnej wiadomości. O terminach jego koncertów czytała w prasie. Czy koncertował już we Włoszech, a może w Wenecji? Marzyła, że spacerują tutaj razem wąskimi uliczkami, a w najstarszej z pięknym, nastrojowym wnętrzem Caffe Florian pod arkadami, delektują się jedząc lody i prawdziwe, włoskie tiramisu. Może poszliby też do teatru La Fenice… Z Jacquesem wszystko byłoby inaczej. Wyobrażała go sobie ponownie na scenie, słyszała jego muzykę i te wspomnienia bolały niczym dotyk niezabliźnionej dotąd rany.
Dlatego najlepszym wyjściem będzie wyjazd do Cecilie! Tak postanowiła i o powziętej decyzji nie powie nikomu, Caroline też nie! Kolejne dni z pewnością przyniosą wiele nowości. Może jeszcze namaluje jakiś obraz, którego nikt nie zobaczy, bo Charlotte opuści Europę. Wczoraj na placu zrobiła kilka szkiców, które Caroline pochwaliła, że są wspaniałe, gdy Alain patrzył dziwnie zazdrośnie.
Woda we wannie stygła, ale kąpiel doskonale wpłynęła na poprawę jej nastroju. Jeszcze parę minut... Powinna wstać, ubrać się i pójść na spotkanie z nimi, bo przecież czekają.
Nie usłyszała odgłosu otwieranych drzwi i kroków wchodzących do pokoju…
                                                          ***

PS. W książce, dzięki uprzejmości s.Judyty http://lavieestbelleijatez.blogspot.com/ i jej zgodzie na publikację, wykorzystałam wiadomości dotyczące pracy Polskiej Misji w Kamerunie.


PS 2. Drodzy czytelnicy! Wybaczcie różnice czcionki, ale kopiowanie na bloggerze z już sformatowanej książki nie jest takie proste. Summa summarum - to przekazywana Wam treść jest najważniejsza, prawda?
Słonecznej, pachnącej niedzieli wszystkim, do mnie tu zaglądającym życzę. 


 
 Anna Strzelec   
...............................................

 


                                 

 

7 komentarzy:

  1. hoho! tego się nie spodziewalam, ze akcja wykroczy znów poza ...Europę! Ale to dobrze, dzięki niby romantycznej powieści poznać mozemy afrykański kawalek lądu, tamtejsze zwyczaje itd. co znacząco podnosi jej wartość! Cieszę się na to odkrywanie zakątków Ziemi, a także - zakątków duszy bohaterów...i trzymam kciuki za pomyślność ich losów...Haniu, trzymasz w niepewności...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tak powinnam Ewo, choć sama nie mogę doczekać się już tych narodzin :)

      Usuń
  2. Pięknie, prawie egzotycznie Pani Anno :) Czekamy, czekamy i pozdrawiamy!
    Agniecha.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo się cieszę, bo z przyjemnością czyta się Twoje książki, przy okazji rozwijając swoją wiedzę geograficzną, ale nie tylko dlatego!
    D.Ł.

    OdpowiedzUsuń
  4. Droga D.Ł. poznaję Twoje inicjały i jeszcze raz dziękuję za wierność mojemu tworzeniu. <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam,zamyśliłam sie....Jak bardzo nieodgadnione są ludzkie losy..Nikt nie wie,co dalej...Gdzie nas rzuci przeznaczenie,bo podobno mamy to zapisane w karmie..Podobno.A w powieści? Tylko autor wie...My czytelnicy,dowiadujem się o tym na końcu...Czekam na c.d. Twoich opowieści.Pozdrawiam serdecznie. Danka

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję kochana Jane! :) W mojej powieści jak w życiu, wierz mi, wszystko możliwe... nawet odnośnie odwiedzin z zaświatów, znajomy ksiądz przyznał, że są możliwe...
    Myślę, że zakończenie mojego trio przyjmiecie z... no właśnie nie wiem... Serdeczności do NY! :)

    OdpowiedzUsuń

DYSTRYBUCJA:

Moje książki można zamawiać mailowo pod adresem:
strzelec-anna@wp.pl

oraz: www.e-bookowo.pl - wersje ebooka i papierowe.

Łączna liczba wyświetleń

Popularne posty

Popularne posty

Popularne posty